Podziękowanie

Pragniemy tu, na blogu Kiki gorąco podziękować wszystkim, którzy towarzyszyli nam w ostatnich chwilach życia oraz w pożegnaniu naszej mamy, teściowej i babci i prababci Kiki. Były to bardzo trudne dni, gdy zdaliśmy sobie sprawę, że mobilizacja do życia trwała krótko i siły Ją opuszczają. Najgoręcej dziękujemy Ani, opiekunce Kiki, która z wielkim oddaniem, wyczuciem i miłością, była przy Niej do końca. Gdy w lecie, chwilę nas nie było, wspierały Anię  kochane sąsiadki Ewa i Wiera, dzięki którym radziła sobie lepiej. Zaglądali też przyjaciele: Teresa Jaśkiewicz, Romkowie, których obecność koiła Jej ból i niepokój. Dziękujemy Wam bardzo! Wiemy, że robiliście to dla Kiki, ale my byliśmy spokojniejsi o Jej samopoczucie.  Gdy ono się bardzo pogorszyło niezwykle wspierający byli opiekunowie z Hospicjum św. Łazarza, szczególnie siostra Bronia. Ich misją jest nie tylko przyniesienie ulgi choremu, ale też wsparcie dla rodziny. Dzięki nim nabywaliśmy umiejętności, aby stawiać czoła temu, co najgorsze. Dziękujemy.

W ostatnich miesiącach czy tygodniach, nie mogliśmy pogodzić się z tym, że nie nadążamy z różnymi udogodnieniami dla Kiki. Gdy skończył się remont łazienki, zaplanowany dla Jej wygody, Kika właściwie nie miała już siły z niej korzystać. Kupowane dla Jej komfortu różne rzeczy, wkrótce już nie były potrzebne, gdyż ostatecznie przestała się podnosić. Nawet telewizja i muzyka przestaly Ją cieszyć. I przestala też czekać na ludzi. Wtedy już było naprawdę niedobrze…

Zaglądali do Niej sąsiedzi, jasne było dla wszystkich, że trzeba się żegnać. Goście w ostatni czwartek, byli Jej gośćmi. Ostatni raz podpisała dawno im obiecaną książkę. Ostatni wpis na blogu dyktowany był w sobotni wieczór, w jednej z ostatnich, dłuższych rozmów z synową. Udawało nam się jeszcze razem żartować z poważnych,  wydarzeń z poprzedniego dnia, z „wielkiego zgromadzenia” – jak mówiła – przy Jej łóżku. Udało się zapowiedzieć (przyjęła to z chęcią) kolejne odwiedziny przyjaciół, którzy jednak już nie zdążyli. Niedługo potem kontakt z Nią się urwał. Pozostało czuwanie, przynoszenie ulgi, podanie tlenu. Niecałą dobę potem już i to było zbędne. Chociaż byliśmy wszyscy przy Niej, nie wróciła do nas.

Wtedy doświadczyliśmy wielkiej pomocy od kolejnych przyjaciół, właścicieli firmy „Karawan”, którzy pomogli nam przebrnąć przez ostatni etap. Dziękujemy Ani i Zbyszkowi Baranowi z całego serca. Mistrz ceremonii pan Miśkowiec oraz Jaś Güntner, jeden z najstarszych krakowskich przyjaciół Kiki, przygotowali, a następnie wygłosili piękne, wzruszające mowy, podczas których ludzie się uśmiechali, nie kryjąc tego wcale, choć to przecież pogrzeb! Janku Drogi, dziękujemy Ci ogromnie za to słowo o Kice i wszystkie słowa Twoje słowa, które dostawaliśmy od Ciebie w tym czasie.

Na pogrzeb przyszło bardzo wiele osób. Wszystkim bardzo dziękujemy. Przedstawiciele Polonii ze Stavanger przywieźli piękny wieniec. Już wcześniej, tego lata – jakby czuli, że trzeba się śpieszyć – odwiedziło Kikę kilku Norwegów, Jej najbliższych przyjaciół, kiedyś zaangażowanych w akcję pomocy dla Polski. Niespodziewanie przyjechała Randi Tangen, wierna przyjaciółka (na zdjęciu poniżej), która kiedyś, osobiście odwiedzała polskie rodziny, przywożąc im dary w tamtych trudnych czasach.

Kika i RandiTeraz sprawiła wielką radość Kice, która ku własnemu zdumieniu przypomniała sobie język norweski. Był też Romek B., który wspierał Kikę po wypadku w Norwegii oraz w innych kłopotach, a dzięki któremu możemy myśleć, że mamy tam kogoś bardzo bliskiego. Przyjechał również Helge, który Ją przed laty zaprosił do Norge. Trudno opisać radość z ich spotkania po latach. Dobrze, że zdążyli… Nas z kolei wspierali przyjaciele, oczywiście drodzy czwartkowicze, a wśród nich nieoceniona Zosia Ociepka, która zrobiła dużo ciast na rodzinne spotkanie po pogrzebie. Okazało się, że bardzo pokrzepiło wszystkich i aż głupio to pisać – zniknęło do okruszka. Wielkie dzięki dla wszystkich.

Podczas pogrzebu, Piwnica pod Baranami dała prawdziwy koncert miłości. W trakcie konduktu grali jazz, tak jak pragnęła Kika, a potem zaśpiewali tak pięknie, że ciarki po plecach przeszły. Ludzie w zachwycie słuchali najpierw Oli Maurer, śpiewającej wiersz Haliny Poświatowskiej o przemijaniu, a potem całego Zespołu, któremu uwielbiana przez Kikę rodzina Półtoraków, przygrywała z sercem i gazem. Wszystkim bardzo serdecznie dziękujemy! Już zresztą wcześniej dyrektor Piwnicy, Bogdan Micek dał nam wielkie wsparcie w organizacji pogrzebu. Wspaniale nagłośniono cmentarz. Piwnica nagrała ceremonię pogrzebu, można ją oglądać na You Tubie pt. „Pożeganie Kiki”. Bardzo dziękujemy za to w imieniu rodziny oraz przyjaciół, którzy nie mogli dotrzeć na miejsce.. Bardzo gorąco dziękujemy całej kochanej Piwnicy! Wiemy też, że obrazy Kiki będą stanowiły dekorację sceny podczas zbliżającego się koncertu dla Piotra, który odbędzie się 7 września w teatrze im. J. Słowackiego. Będziemy tam razem dla Piotra, dla Kiki, Janinki, Krzysia, Wieśka, Haliny i innych. W ten sposób Im też podziękujemy za to, że byli z nami w tak niepowtarzalny sposób!

Kika z Piotrem  Kikaw Teatrze Słowackiego

„Samo się płacze”..

Od wczoraj, gdy na blogu Kiki ukazała się wiadomość o Jej śmierci, otrzymaliśmy wiele dobrych słów pocieszenia i współczucia, również w komentarzach od czytelników. Bardzo dziękujemy za wszystkie, w tym za te bardzo osobiste i te bardzo piękne (jak wiersz czy sentencje). Jak powiedział pewien ksiądz z Watykanu do bohatera filmu (na podstawie książki „Urząd” Tadeusza Brezy), gdy Ignacy Gogolewski mówił o biskupie:”przecież on umarł, już nic nie może!”. Hierarcha odrzekł: „Pamiętaj, czasem ci co umarli, żyją jeszcze bardziej!” (cytowane z pamięci). Myślimy, że tak może być z Kiką. Również – jak widzicie Państwo – Jej blog wciąż jeszcze żyje.

Pewnie po pogrzebie, który odbędzie się 18.08.2014, w poniedziałek, na Rakowicach w Krakowie, o godz.12.20, poczytamy  jeszcze Jej słowa. Albo nawet dodamy jakieś wspomnienia. Pogrzeb ma nie być – zgodnie z życzeniem Kiki – smutny. Będzie jazz – tak sobie życzyła i ktoś pięknie zaśpiewa (oczywiście Piwnica pod Baranami), może ktoś powie słowo pożegnania…

Jeszcze raz dziękujemy Wam, którzy czytaliście bloga Kiki, co Ją niezwykle cieszyło i pytała „czy aby ktoś Jej odpisał?” Drukowaliśmy więc komentarze, aby przeczytała, a Kika dyktowała odpowiedzi na nie, gdy miała siłę i wenę. Robiliśmy to w czwórkę: Wanda i Maciek , Piotr (ukochany wnuk) oraz Jaś Strzałka, któremu Kika już wcześniej podyktowała swoje wspomnienia do książki „Podwójne życie Szaszkiewiczowej”. Jasiu też czuwał trochę, nad językiem (żeby nie było większych błędów), co „Dziedziczkę” (tak między sobą nazywaliśmy Kikę z Jasiem) niekiedy irytowało: że „za bardzo uładzone te wypowiedzi”.  Bała się, żeby nie było zbyt nudno. A nas bawiło, że czasem bardzo krytykowała to, co sama opowiedziała. Pytała:, a któż to napisał, co za nuda! Po chwili jednak przyznawała, że to ona i szukała w pamięci jakiejś „draki”. Najważniejsze, żeby zdarzył się jakiś skandal – to była Jej dewiza. I żeby śmiesznie, bez obrażania kogokolwiek to opisać.  Były też sytuacje, gdy ktoś z dawnych znajomych, a nawet rodziny,  dzięki blogowi się odnalazł! To dopiero była radość i okazja do zrobienia fryzury, założenia ulubionych korali oraz  pierścieni i spotkania. Pod koniec życia było to trudne, ale wciąż możliwe!

Podpisujemy się rysunkiem Kazia Wiśniaka, który jak wszyscy kochał Kikę (i to z jaką wzajemnością!)  i który jak nikt, potrafił oddać kreską Jej charakter na przykład w komiksie z Przekroju za redaktora Eilego..

Wiśniak o rodzinie

Pożegnanie

Niestety…

W takim dniu jak dziś, każde zdanie na tym blogu można zacząć tylko od słowa „niestety”.

 Niestety, Wczoraj odeszła od nas autorka tego bloga, moja ukochana babcia Kika

TOBRPNietuzinkowa, pogodna, niepowtarzalna, zaskakująca – długo by można wymieniać Jej cechy. Ci, którzy Ją znali lub czytali Jej wspomnienia, wiedzą, że trudno jest dobrać właściwe słowa, by oddać to, jak niezwykłą była osobą.

Na pewno by nie chciała, żeby wspominać ją ze smutkiem i płaczem. Wolałaby widzieć nas opowiadających o niej ze śmiechem, w dużym, głośnym, żywiołowym gronie.

Nie płaczcie więc, zachowajcie we wspomnieniach Jej szalone życie, ukochaną Babicę, dalekie ciche fiordy, niekonwencjonalne, ale mądre rady, dowcipne powiedzonka. Miejcie przed oczami bajecznie kolorowe „szydełkiem malowane” obrazy, posłuchajcie Jej ukochanego II koncertu fortepianowego Rachmaninowa, i… uśmiechajcie się wspominając Kikę. To nam pozostało…

To niesamowite (choć akurat w przypadku Kiki nic nie powinno dziwić), że ukoronowaniem Jej życia było wręczenie Orderu. Zapewne wielu z nas o czymś takim marzy, a właśnie Jej się udało! Cóż, po prostu – Kika!  Obiecałem Kikuni, że zamieszczę wpis na blogu, z uzasadnieniem przyznania Jej orderu oraz jego zdjęcie i oto one:

Legitymacja

IRENA MARIA SZASZKIEWICZ OBYWATELKA KRÓLESTWA NORWEGII OTRZYMAŁA KRZYŻ OFICERSKI ORDERU ODRODZENIA POLSKI ZA WYBITNE ZASŁUGI DLA NIEPODLEGŁOŚCI POLSKI, ZA WSPIERANIE PRZEMIAN DEMOKRATYCZNYCH I NIESIENIE POMOCY POLAKOM W CZASIE STANU WOJENNEGO ORAZ ZA DZIAŁALNOŚĆ NA RZECZ ROZWOJU I PROMOCJI POLSKIEJ KULTURY.

Order

 A to fragmenty z zajmującego ponad 5 stron wniosku o przyznanie Krzyża:

„Pani Irena „Kika” Szaszkiewiczowa, obecnie 97 latka, w czasie II wojny światowej należała do Armii Krajowej. Przede wszystkim pomagała w aprowizacji Akowców, dostarczając żywność czy podwody. Kilkakrotnie brała udział w akcjach zagrażających bezpośrednim aresztowaniem lub nawet śmiercią, np. przewożąc znaczną ilość broni ze zrzutów alianckich wozem konnym z jednej tajnej akowskiej skrytki do drugiej. Innym razem kupiła w sklepie dużą ilość kwasu siarkowego podlegającego ścisłej reglamentacji, potrzebnego żołnierzom AK do sabotażu w rzeszowskiej fabryce broni – rzekomo do odchwaszczania nim kortów tenisowych, na których grał komendant policji niemieckiej. Wielokrotnie kopiowała niemieckie dokumenty i mapy sztabowe, przekazując je Podziemiu.

 Pomagała również Żydom w czasie okupacji. Zrobiła wiele, by wydostać z lwowskiego getta rodzinę żydowskiego artysty Artura Nachta-Samborskiego, późniejszego wybitnego malarza i profesora akademickiego. W 1942 roku, gdy już trwały stamtąd wywózki do obozu zagłady w Bełżcu, Irena pojechała do getta, przekazując informacje od Artura. Rodzina Nachtów powierzyła jej swoje ostatnie kosztowności, które Kika zawiozła Arturowi. Potem przewoziła zaszyte w ubraniu duże sumy w złocie należące do Nachtów, co ostatecznie pomogło wydostać z getta jego rodzinę. Większość z nich przeżyło Holokaust.

 Pani Szaszkiewiczowa ponadto położyła ogromne zasługi w działalności społecznej, szczególnie pomocy rodakom. Kilkanaście lat po jej przyjeździe do Norwegii pomagała w latach 80-tych urządzić się i przystosować coraz liczniej przybywającej z Polski emigracji (głównie politycznej).

Wraz ze swoim synem Joachimem „Jaszą” Szaszkiewiczem była organizatorką pomocy norweskiej dla ubogich rodzin w Polsce w latach 80-tych w ogromnej skali. Pomoc ta trwała całe lata, a jej rozmiar można określić w tysiącach wysłanych paczek, setkach ciężarówek, tysiącach ton przewiezionych leków, żywności, ubrań oraz wszelkich innych przedmiotów pierwszej potrzeby sprzętu gospodarstwa domowego jak pralki, lodówki.

Do Polski pojechało ponad 500 ciężarówek (tirów) z pomocą. Do samego Elbląga trafiło ponad 1000 ton leków, żywności, ubrań i środków czystości. Przesyłano także wiele różnych sprzętów już nie tylko rodzinom ale też instytucjom – np. szpitalom, parafiom, klubom sportowym. Nie pominięto też instytucji naukowych – np. Polska Akademia Nauk otrzymała sprzęt elektroniczny. To oczywiście tylko przykłady, bo lista obdarowanych jest bardzo długa. W 1982 r. pani Irena z synem zorganizowali podarowanie przez Norweski Czerwony Krzyż 904 sztuk wysokomlecznych, ciężarnych krów norweskich polskim rolnikom. Obdarowani rolnicy zobowiązali sie przekazać pierwsze cielęta sąsiadom.Również dzięki ofiarności Norwegów na skutek starań pani Ireny oraz jej syna, przez wiele lat dzieci z polskich domów dziecka jeździły na wakacje do Norwegii.

 Pani Kika i syn aktywnie pomagali opozycji antykomunistycznej, nielegalnie przewożąc do Polski gilotyny do papieru, farbę drukarską, powielacze i inny sprzęt poligraficzny dla podziemnych wydawnictw jak np. NOW-a, oraz sprzęt komunikacyjny (radiostacje, telefony itp.), książki i inne publikacje niezależne. P. Irena skorzystała ze znajomości z Jerzym Giedroyciem, szefem słynnej „Paryskiej Kultury” i dzięki niemu zdobyła bardzo dużo ich książek, broszur, artykułów, czy numerów „Kultury”, które przemycono do Polski. Często osobiście brała udział w przewożeniu zakazanych materiałów, ryzykując aresztowaniem lub deportacją.

 Pani Szaszkiewiczowa położyła wielkie zasługi również w zakresie kultury: przede wszystkim była aktywną uczestniczką krakowskiej „Piwnicy pod Baranami”.

Wkład p. Ireny w rozwój tego legendarnego miejsca był jednak znacznie szerszy niż tylko występowanie na kabaretowej scenie. Starsza, o pokolenie od większości Piwniczan, „matkowała” wielu z nich. Zawsze znajdowała czas, by ich wysłuchać, doradzić czy wesprzeć. Pomagała im też (w miarę swoich bardzo skromnych możliwości) ekonomicznie i bytowo. Mimo, że porzucona przez męża, utrzymywała się ze skromnej pielęgniarskiej pensji i sama wychowywała dwóch synów, nigdy nie odmawiała pomocy. Mieszkając w maleńkiej kawalerce, przyjęła pod swój dach młodego studenta, bezdomnego wówczas, nocującego na dworcu Piotra Skrzyneckiego, który pozostał w jej maleńkim mieszkanku przez rok. Dało mu to możliwość rozwinąć skrzydła w Piwnicy i zbudować na trwałe swą pozycję konferansjera i głównej postaci kabaretu.

Przemieszkiwali u p. Kiki także inni Piwniczanie, jak np. Wiesław Dymny z Barbarą Nawratowicz, czy pisarz Ireneusz Iredyński. Wielu Piwniczan i nawet artystów niezwiązanych z kabaretem regularnie odwiedzało słynne mieszkanko p. Ireny przy Urzędniczej, które tym samym stało się jednym z centrów artystycznego życia Krakowa. Przychodzili tu stale Kazimierz Wiśniak, Janusz Warpechowski, Andrzej Majewski, Tadeusz Kwinta, Jan Güntner, Krzysztof Litwin, Janina Garycka i wielu innych.

Pani Irena współpracowała także z najważniejszym czasopismem w latach 60-tych, czyli krakowskim „Przekrojem”. Była współautorką, wraz z Piotrem Skrzyneckim oraz wybitnym rysownikiem i scenografem Kazimierzem Wiśniakiem, i tytułową bohaterką pierwszego polskiego komiksu (nazywanego Obrazkowa Opowieść Współczesna), ukazującego się cyklicznie w „Przekroju” pt. „Szaszkiewiczowa, czyli Ksylolit w jej życiu”. Komiks cieszył się ogromną popularnością, gdyż jego nowatorska forma i zabawna, a miejscami wręcz purnonsensowna treść, wnosiły radość do szarzyzny życia Polaków w czasach komunistycznych. „Przekrój” wielokrotnie zamieszczał artykuły autorstwa p. Szaszkiewiczowej, jak również pisane o niej przez innych. Dzięki bogatym w zdjęcia relacjom z jej corocznych letnich podróży autostopem po Polsce z synami, p. Irena przyczyniła się do rozpropagowania wśród Polaków mody na podróżowanie autostopem. To właśnie ona jest autorką słynnego powiedzenia „Kierowcy są jak ryby: biorą albo nie biorą”. Innym razem opisano spływ p. Kiki barką po Wiśle z Krakowa do Gdańska.

 Mieszkając już w Norwegii, tworzyła przez wiele lat niepowtarzalne obrazy „szydełkiem malowane”. Jest to rodzaj wykonanych z włóczki, pogodnych, wielobarwnych obrazów, utrzymanych w konwencji sztuki naiwnej, nowatorskich w formie. Wystawiane były już w wielu miejscach na świecie.

W domu p. Szaszkiewiczowej w Stavanger znajdowała się stała ekspozycja polskiej sztuki ludowej – wystawa o nazwie „11 kotów”. Wszystkie eksponaty pochodziły ze zbiorów p. Ireny. Tym samym pani Kika stała się znaczącym ambasadorem polskości w krainie fiordów. Współtworzyła i aktywnie działała w Towarzystwie Polsko-Norweskim w Stavanger, stawiającym sobie za cel polsko-norweską współpracę kulturową, promowanie kultury polskiej, a także pomoc charytatywną Polakom.

Nigdy się nie wyparła swoich korzeni, zawsze uważała się za Polkę i zawsze używała pięknej polszczyzny.

Nawet teraz, mimo zaawansowanego wieku i stopniowego podupadania na zdrowiu, Irena Kika Szaszkiewiczowa nadal jest bardzo aktywna. Napisała książkę wydaną w 2011 r. przez Wydawnictwo Literackie, pt. „Podwójne życie Szaszkiewiczowej”, opisującą jej barwne życie.

Obecnie, w wieku 97 lat, prowadzi bloga pt. „Moje pierwsze sto lat” (pod adresem internetowym: www.szaszkiewiczowa.eu) i jest najstarszą blogerką w Polsce, a może i na świecie”.

Kika w szlafrokuNiestety to już przeszłość.

Uroczystość podniosła, a zarazem wesoła!

Zgodnie z obietnicą zamieszczam parę słów o uroczystości wręczenia mi Krzyża Oficerskiego Orderu Odrodzenia Polski przez pana Wojewodę Małopolski, Jerzego Millera. Na szczęście pozwolono mi zostać w łóżku, wokół którego zgromadzili się wszyscy, zarówno osoby urzędowe jak rodzina i przyjaciele. Atmosfera była zarazem uroczysta jak też swobodna i nawet wesoła! Chociaż odznaczenie poważne, jak mnie pouczał wnuk, to jednak była to okazja do pożartowania, gdyż w końcu nie jestem żadnym bohaterem. Wyraziłam więc wątpliwość czy mi się ten order należy!

IMG_1242A wtedy pan Wojewoda z całą powagą i równocześnie żartobliwym błyskiem w oku odrzekł: – Proszę, niech pani nie podważa decyzji Pana Prezydenta Rzeczpospolitej! No to już siedziałam cicho, tylko zaproponowałam, aby tak piękne biało-czerwone kwiaty, użyć raz jeszcze dla kogoś innego. Pan Jerzy Miller w lot podjął dowcip i zapewnił mnie, że wprawdzie w Krakowie jesteśmy oszczędni, ale bukiet jest tylko dla mnie. Odczytano laudację, na szczęście krótką, z której wynikało skąd ta decyzja. Okazuje się, że zasłużyłam na nią poczynając od moich aktywności w czasie okupacji, potem już po wojnie dla kultury (Piwnica pod Baranami i inne), a następnie pomoc Polsce za Solidarności, a właściwie jej mieszkańcom, którą zorganizowaliśmy z synem mieszkając wówczas w Norwegii. Nie wiem, czy moja twórczość, czyli obrazy szydełkiem malowane, też się do tego przyczyniła, ale może tak? W końcu działa na podniesienie nastroju naszych rodaków w kraju i na uchodźctwie, a to też patriotyczny obowiązek!

obraz z czytania laudacjiCzytanie laudacji. Za plecami gości widoczny mój całkiem niezły obraz.

A bez żartów, jestem naprawdę wzruszona i nawet dumna z tej pięknej uroczystości, której się doprawdy nie spodziewałam. Mój ukochany wnuk Piotr, z którego inicjatywy to odznaczenie dostałam, z tego właśnie się najbardziej cieszył, że będę tak przyjemnie zaskoczona! Wiem od osób, które były na tej bardzo kameralnej uroczystości, że też im było miło. A oprócz najbliższej rodziny było kilkoro przyjaciół. Wszystkim bardzo serdecznie dziękuję, a nade wszystko wnukowi! I jeszcze raz Panu Prezydentowi RP Bronisławowi Komorowskiemu, który by jednak nic nie zdziałał, gdyby nie miał tak świetnych ludzi w terenie, jak nasz krakowski Wojewoda, któremu z tego wszystkiego zapomniałam podarować moją książkę! Wyślę mu ją przez umyślnego, gdyż chyba się nie przesłyszałam, że wie on o moim blogu. A poza tym, mówiono mi, że gdy wychodził pożegnał się nawet z Adasiem, moim prawnukiem. Bardzo kulturalny człowiek. Zapomniałam go z wrażenia zapytać o jego rodzinę i korzenie. W każdym razie tą drogą ślę mu wiele serdeczności!

IMG_1258Adam Wincenty Szaszkiewicz, mój prawnuk wpatruje się w order i we mnie. Będzie kiedyś mógł powiedzieć, że poznał swoją prababkę Kikę.

Teraz dwa słowa do Was drodzy czytelnicy, pozwólcie, że odpocznę po tych wszystkich przejściach. Zawieszam pisanie, gdyż muszę się zająć moim chorowaniem. Chciałoby się powiedzieć zdrowieniem, ale nie jest to łatwa, ani krótka droga i różnie się kończy… Postaram się, żeby dobrze, gdyż mam od Was tyle dobrych, ciepłych życzeń, że może zadziałają! Wnuk mi obiecał, że zamieści na blogu dłuższe partie uzasadnienia dla przyznania mi tego odznaczenia. I jego bardzo ładny wizerunek. Dlatego zaglądajcie tu, może się doczekacie?

Order za życie

Moi czytelnicy w listach oraz bezpośrednio przez dzieci (ukłony dla Ewy z Paryża), dowiadują się o moje następne wpisy. Z przykrością muszę wyznać, że dochodzę do kresu mojej pisaniny. Darujcie drodzy moi – nie mam już sił. Jeżeli one wrócą – a byłby to cud – wrócę do pisania.

IMG_0436Po powrocie z krótkich wakacji na Kaszubach, mój syn z rodziną nasłali na mnie lekarzy, oraz moc pielęgniarek. Mam jeść, pić, ruszać kończynami dla zdrowia, pozwalać je masować, oddychać miarowo i dbać o krążenie. Wystarczy! Z tego wszystkiego potrafię tylko pić (i to niechętnie), oddychać i pojękiwać. Serce bije samo. Od przemiłego i dowcipnego doktora Wojciecha Chrobota dostałam skuteczny plaster na ból, więc jest mi lżej. Sama obecność doktora u nas w domu podziałała jak plaster! Od świetnych, mądrych pielęgniarek dostaję fachowe zabiegi, wokół zmęczonego mego ciała. Ale przede wszystkim od mieszkańców Majorki, jak nazywają swój dom syn i synowa, dostaję serdeczną troskę. A mogli sobie siedzieć dalej na tych wakacjach. Zobaczcie sami zdjęcia jeziora o świcie, nad którym mieszkali oraz zdjęcie Pandy, która nagle poczuła tam zew krwi!

IMG_0461Wrócili jak zawsze nie sami tylko z długim ogonem, tym razem moich Hiszpolskich prawnuków oraz ich przyjaciół. Harmider, ruch w naszym domu trwał bez przerwy! Towarzystwo ganiało na miasto, urządzali gry i zabawy w domu. Odbyły się hucznie czyjeś urodziny (zgubiłam się czyje), ale sądząc po tym, że co chwilę strzelały balony ponoć po całym domu rozwieszone, było to dziecko – pewnie jakieś prawnuczę moje. Synowa mówi, że Pola, która do niedawna wyciągała mi z szufladki ptasie mleczko. Teraz już go nie używam..  I to wszystko w ten upał, który im zupełnie nie przeszkadzał! W swojej Maladze mają dwa razy taki. I nagle jak nożem uciął, wszystko ucichło, ucałowali mnie i odlecieli. Szkoda, bo to bardzo miłe i świetnie wychowane dzieci: Gaby i Gucio. Tym razem nie bardzo miałam siłę aby  z nimi dużo rozmawiać, ale zaglądali do mojego pokoju z serdeczną troską.

IMG_0429Muszę się na koniec pochwalić, że przyznano mi Krzyż Oficerski Orderu Odrodzenia Polski, który w najbliższy piątek wręczy mi Wojewoda Krakowski pan Jerzy Miller. Ponoć osobiście przyjdzie na Majorkę: rodzina przejęta, a ja muszę zrobić duży wysiłek żeby tego dożyć! Doprawdy, to nie są żarty w stylu Jurka Vetulaniego. Jak będę miała to za sobą i starczy mi sił, to Wam opowiem o tej uroczystości. I może mi w końcu powiedzą, za jakie zasługi go dostałam?

BABICA – nasze gniazdo rodzinne

Pisałam poprzednio o udziale mojego Ojca w bitwie gorlickiej podczas I Wojny i szczęśliwym skutku odniesionej przez niego rany na polu bitwy. Szczęście w tym nieszczęściu polegało na tym, że mógł wraz z żoną (moją późniejszą moją matką) osiedlić się w Babicy i zająć się podupadłym majątkiem.

Babica Konstanty Pawlikowski ojciec OlgiPoprzednim właścicielem majątku w Babicy był mjr austriacki Konstanty Gwalbert Paweł Pawlikowski. Urodził się on w 1831 r. Jego brat Józef był austriackim generałem. Byli oni spokrewnieni z pisarką i poetką Marią Pawlikowską-Jasnorzewską, z domu Kossak.

Babica Karolina NitcheKonstanty Pawlikowski poślubił wdowę po Teofilu Wasilewskim, właścicielu Czudca (oraz Nowej Wsi, Zaborowa, Markuszowej i Pstrągowej) – Karolinę Joannę Wasilewską z domu Nitsche, ur. w 1834 r. w Czudcu. Niejasne plotki rodzinne utrzymywały (zapewne złośliwie, z zawiści), że prawdziwym powodem, dla którego kupił on Babicę i ożenił się z wdową, była jego szalona miłość niej, która trwała od dawna, jeszcze podczas jej poprzedniego małżeństwa. Rzekomo zrobił to, dlatego, aby być blisko ukochanej. A po śmierci jej męża poślubił ją. Nie dajmy jednak wiary tym pomówieniom. Karolina zmarła w 1890 r., natomiast Konstanty Pawlikowski zamieszkał samotnie w Babicy. Nie był dobrym zarządcą, ani gospodarzem, więc majątek stopniowo podupadał. Zmarł w Babicy w 1904 r. Rok przed śmiercią przekazał Babicę w testamencie Marii Zofii Wiktor z Czudca (mojej Matce). Wynikało to stąd, że Pawlikowscy byli bezdzietnym małżeństwem. Natomiast córką zmarłej żony z poprzedniego małżeństwa była Aleksandra, a Maria Wiktor była jej wnuczką.

Babica Aleksandra Wasilewska z MuchąAleksandra Wiktor  (zwana Olgą) z córką Marią (zwaną Muchą)

Znowu pojawiły się plotki, że może 14-letnia wtedy Maria to nie tylko wnuczka żony, ale owoc zakazanej miłości Konstantego i Karoliny. Wynikałoby z nich, że moim pradziadkiem nie byłby Józef Wiktor, lecz Konstanty Pawlikowski senior. Oczywiście nie dajemy wiary niesprawdzonym pomówieniom, nawet tak romantycznym! W imieniu młodziutkiej właścicielki Babicy pieczę nad majątkiem sprawowała jej matka – Olga Wiktor z domu Wasilewska, urodzona w r. 1867. Z pierwszym mężem Józefem Wiktorem z Wojkówki miała trójkę dzieci: syna Zdzisława (1885-1916), córkę Marię Zofię (1889-1943) i syna Józefa (1896-1972). Później, po tragicznej śmierci męża, wyszła za mąż za Witolda Uznańskiego, który podczas II wojny został zamordowany przez hitlerowców. Olga przekazała Babicę córce po jej zamążpójściu, a więc w 1913 r. Sama mieszkała wtedy w pobliskim Czudcu, a Babica popadała w ruinę. Zmarła w 1936 r. w wieku 69 lat. Młode małżeństwo moich rodziców, „radując” się z powodu ran odniesionych przez Chimka w bitwie pod Gorlicami mogło się osiedlić w swojej Babicy.

Gorlice Maria (Mucha)Ojciec, znakomity zarządca wielu majątków ówczesnej arystokracji zabrał się energicznie do dzieła i stopniowo postawił Babicę na nogi. Uwili nasze gniazdo rodzinne. Jedno tylko wtedy zmartwienie nie pozwalało im cieszyć się do końca: nie mogli doczekać się dzieci. Modlili się do Matki Boskiej, patronki Mamy, aż po czterech latach przyszłam na świat ja. Ojciec wystawił wtedy w naszym parku, na wysepce w jeziorku, dużą figurę Matki Boskiej, jako wyraz wdzięczności za córkę. Potem przyszli jeszcze na świat moja siostra Maja i brat Kot. Przy każdym urodzeniu dziecka Ojciec zasadził lipę w pobliżu domu. Do dziś stoi tam jeszcze tylko moja lipa. Z naszej trójki też żyję tylko ja jedna.

Joachim (Chimek) JarochowskiWiem, że już kiedyś pisałam o mojej lipie, ale nie dziwcie się, że do niej wracam. Tak jak wracam do „mojej”  Babicy, którą straciłam zanim stała się całkowicie moja. I do rodziców, o których myślę z czułością i wdzięcznością.

„Jako lekarz – zalecam; jako człowiek – odradzam”

I Wojna Światowa, która wybuchła w 1914 roku, a więc równo 100 lat temu, zastała mojego Ojca w majątku Lubomirskich w Przeworsku, gdzie pełnił funkcję zarządcy. Mieszkał tam wraz Marią Jarochowską z d. Wiktor, moją późniejszą Matką, którą poślubił w 1913 roku, w przydzielonym mu małym domku. Ponieważ pochodził z poznańskiego (z majątku rodzinnego w Jarochowie), był poddanym króla Prus i cesarza niemieckiego Wilhelma II Hohenzollerna, zwanym czasem familiarnie „Wilusiem”. Polski formalnie wtedy przecież nie było. Powstała dopiero po 123 latach zaborów, w 1918 roku. Tak więc w 1914 roku Ojciec został wcielony do armii niemieckiej jako zwykły żołnierz piechoty. Można powiedzieć więc, że moi synowie mieli „dziadka w Wehrmachcie”! Ojciec wspominał początki wojny, jako nieustanne przewożenie jego i innych oddziałów po Europie. Zazwyczaj zwykli żołnierze nie wiedzieli nawet, gdzie aktualnie się znajdują. Ojciec wiedział tylko, że stacjonowali w Belgii pod Ypres, po czym znalazł się w okolicy Królewca w Prusach wschodnich, następnie przewieziono ich do wschodnich rejonów Karpat. Nigdzie nie walczyli, tylko stacjonowali nie wiadomo, po co. Jednak w początku maja 1914 roku, jego oddział znalazł się pod Gorlicami. Moja Matka jeździła za mężem wszędzie, gdzie tylko mogła ustalić jego miejsce pobytu. Jeździła wraz z matką Ojca – Jadwigą Jarochowską z domu Moraczewską. Wynajmowały zwykle jakiś dom położony blisko miejsca stacjonowania oddziału i stamtąd odwiedzały Chimka. Takie były czasy!

Gorlice Chimek Jarochowski ok. 1927 r.Młody Joachim Jarochowski – mój ojciec w tamtych czasach

Dziś wiem, że przemieszczanie żołnierzy w różne strony Europy było strategią armii niemieckiej, mającą na celu zmylenie Rosjan, co do rzeczywistych intencji sojuszniczych armii koalicji niemiecko-austriackiej. A polegały one na tym, że nieoczekiwanie rozpoczną one atak na całej linii frontu od Bałtyku po Morze Czarne. Tak też zrobili. W dniu 2 maja 1914 r. rozpoczęła się batalia. Najpierw wzdłuż całego frontu (liczącego tysiące kilometrów długości) wkroczyła ciężka artyleria, zasypując pozycje rosyjskie wieloma tysiącami pocisków i bomb, po czym ruszyła piechota. Według historyków współczesnych, bitwa pod Gorlicami  była największą bitwą górską w całej I Wojnie Światowej.

Gorlice bitwaBitwa pod Gorlicami

Rozkaz ataku dla żołnierzy z oddziału, w którym służył Ojciec, zastał ich na odkrytym, płaskim, rozległym polu, ciągnącym się do podnóża wysokiego, stromego wzniesienia, porośniętego gęstym lasem. W lesie tym kryli się liczni żołnierze rosyjscy. Atak w tych warunkach był bez sensu i z góry skazany na niepowodzenie. Niewidzialni Rosjanie (wśród których byli Polacy z zaboru rosyjskiego) strzelali do doskonale widocznych Niemców (wśród których też byli Polacy – z zaborów pruskiego i austriackiego) jak do kaczek. Skutek był do przewidzenia. Ojciec został ranny: odłamek pocisku trafił go w łokieć. Ojciec legł w trawie nieprzytomny i leżał w upale do zmroku. Kiedy wreszcie ocknął się pod wpływem nocnego chłodu, wstał, po czym zorientował się, że wszyscy z jego oddziału zginęli, oprócz niego. Pod osłoną nocy, osłabiony, przemknął się do majątku Długoszów w Siarach. Był tam ustanowiony armijny lazaret i punkt opatrunkowy. Ojca zaopatrzono i wysłano na tyły frontu na dalsze leczenie. Stamtąd Matka dostała powiadomienie. W późniejszych latach mówiła nieraz z humorem, że kiedy dostała wiadomość, iż Joachim Jarochowski został ranny w bitwie, to skakała z radości na metr wysoko! A trzeba wiedzieć, że zawsze miała sporą nadwagę.

Gorlice Mucha z Wiktorów JarochowskaPortret Marii z Wiktorów Jarochowskiej – mojej matki (autor Tadeusz Cybulski)

Matka zaczęła ruszać wszelkie koneksje i znajomości, aby jej męża można było porządnie wyleczyć. Aż pewnego razu dotarła do generała (nazwiska już nie pamiętam), lekarza, który na jej błagania o leczenie męża odpowiedział znamiennie: „Jako lekarz – zalecam; jako człowiek – odradzam”. Matka zrozumiała w lot, że jest to szansa, iż Ojciec może nie być wysłany na front, co też się potwierdziło. Miał on wprawdzie do końca życia paraliż trzech palców prawej dłoni, ale tak ją usprawnił, że niemal wszystko nią robił: pracował, grał w tenisa, polował, jeździł konno. No i przede wszystkim przeżył, dzięki czemu możecie czytać te słowa!

Gorlice MuchaMoja matka w tamtych czasach

Lato, lato, kwiaty, kwiaty..

Niby przyszło lato, słońce, ale wciąż było zbyt zimno, aby wybrać się na taras. Kot mi to powiedział, nie opuszczając mojego łóżka. Nasłuchiwałam więc śpiewu ptaków i grzechotania srok za oknem. Patrzyłam na kwiaty w wazonach, których o tej porze w domu jest cała masa. Niektóre piękne i szlachetne, jak na zdjęciu poniżej. Postawiono je na parapecie mojego okna, i stąd ten wpis o kwiatach, gdyż stale na nie patrzę i o nich myślę..

IMG_0294Bukiet róż w towarzystwie naszej Pandusi, która pozuje do zdjęcia. Dzisiaj jest podobno dzień psa

Ostatnia niedziela czerwca była wreszcie bardzo ciepła, więc spędziłam ją w dużej mierze na tarasie. Oczywiście synowej chodziło o to, abym się trochę poruszała, a nie tylko napawała wyglądem pięknych kwiatów oraz pergoli z winorośli.. Trzeba przyznać, że jest na co popatrzeć! Doceniłam piękny kolor obfitej surfinii, i rozmaitość dalii w wielkiej donicy. Równie piękne są pnące pelargonie oraz te wielkie, stojące na baczność i obsypane masą kwiatowych kul. I jeszcze niecierpki, te mniej szlachetne o małych delikatnych kwiatkach. Widziałam je kiedyś na zdjęciu z Kostaryki, gdzie był mój syn, w postaci wielkich krzaków obsypanych kwieciem. Tak jest ze wszystkimi kwiatami, potrzebują ciepła i słońca. W Hiszpanii, gdzie byłam u wnuczki, cały sąsiedni dom i otaczający go mur, oplatały cudowne bougenville, pachniały kwiaty pomarańczy, a w miejskim parku rozmaite lilie były wielkości człowieka!

IMG_0300A musicie wiedzieć, że ja nawet w Norwegii, gdzie aura nie jest specjalnie sprzyjająca, plantowałam w ogrodzie i na tarasie masę kwiatów. Wcześniej w naszym majątku w Babicy zajmował się tym bardzo sympatyczny ogrodnik, więc nie nabrałam wielkiej wprawy, ale nadrobiłam to potem i do dziś mam „rękę do kwiatów”. Nie wszyscy to mają, ale ludzie ze wsi, tak jak ja, chyba częściej niż inni. Zawsze polowałam na rzadkie kwiaty w różnych domach, aby uszczknąć po kryjomu szczepkę i wsadzić ją dość szybko do wody. Zawsze się przyjęła. Mieliśmy w Babicy cudowne, kremowe pnące róże z gatunku Marechal niel, a na klombach wyniosłe irysy, mieczyki i chyba hortensje. I znów róże wielu odmian i kolorów. Wszędzie też pięły się groszki, gdyż matka je bardzo lubiła. Było więc, jak w piosence Ewy Demarczyk „groszki i róże”. Zawsze dostaję od przyjaciół groszki, zaś od rodziny – konwalie. I polne kwiaty od synowej..

IMG_0258Dzieci, w tym wypadku nasze Julcia i Polcia, bywają ozdobą ogrodu

A w Norwegii ustawiałam skrzynki piętrowo na kamieniach, wieszałam kosze z donicami, ustrajałam kwiatami np. stare taczki i różne stare garnki walające się w ogrodzie. Stąd lubię kolor różowy, bo szeroka gama różu, aż do fioletu, ozdabiała najpiękniej surową urodę norweskiej natury. Nawet na małym balkoniku (na zdjęciu poniżej) kwitły kwiaty. Norwegowie to doceniali i podziwiali. Uwielbiałam na przykład nasturcje, bo mi przypominały małe polskie ogródki.

Kika i nasturcjeNa tarasie w Stavanger z rodziną

Kiedyś synowa wróciła zachwycona z Holandii, gdzie właśnie kwitły narcyze, tulipany i żonkile. Codziennie znajdowała tam w swoim pokoju świeże kwiaty. To też jest nadmorski kraj o klimacie raczej surowym. Pewnie dlatego ludzie kochają kwiaty i wkładają dużo wysiłku w ich pielęgnację.  Od tego czasu na wiosnę, synowa taszczy do domu naręcza różnokolorowych tulipanów. A ja zanurzam w nich twarz. Niektóre pięknie pachną, a wszystkie są  jedwabiste w dotyku. Albo łubiny! Popatrzcie na zdjęcie z Wołowca, gdzie te kwiaty wyszły po prostu z ogrodu Pani Marii  i obsadziły przyległe poletka, rowy i skraj lasu. Ponoć było tam jeszcze więcej kolorów! Fiolety i odcienie różu.

DSCN0669Niestety nie mogę tego zobaczyć w naturze. A może ze trzy lata temu jeszcze,  podziwiałam piękne malwy w Zabrzeży, ślicznym, letnim domu Teresy i Krzysia Kwintów.  Spędzają tam każdą wolną chwilę, a Krzysiek podobno sam wszystko naprawia, maluje i cuduje. I efekty zaraz widać! Ciekawe kto dba u nich o kwiaty? Bo chyba nie same sobie radzą? Tak mówił o kwiatach nieodżałowany przyjaciel domu, Kaczor, że u niego w mieszkaniu kwiaty same sobie radzą. Ale chyba zmyślał, bo żyły.

DSCN0895Malwa w Zabrzeży

A jeszcze w zeszłym roku byłam z rodziną w ogrodzie botanicznym, by podziwiać różne cuda. Na przykład wielki łan rumianków. Teraz patrzę na stojące w wazonie. Sami powiedzcie, czyż nie jest to najpiękniejszy widok? Właściwie trudno znaleźć słowa, aby je opisać, lepiej sadzić i potem patrzeć jak rosną. Róbcie to koniecznie, a będzie się wam pięknie żyło!

IMG_0298

Czyżby koniec sezonu?

Kończy się sezon towarzyski, za chwilę wakacje, urlopy i podróże. Nie będę narzekać, z pewnością będą mnie odwiedzać ci, którzy akurat są w mieście. Sama pamiętam ten czas, mimo iż nie było mnie stać na wywczasy i często zostawałam w mieście, jako bardzo miły! Można było nareszcie odpocząć od dzieci, Inni też wysyłali swoje na kolonie i spotkaniom nie było końca! W niedzielę jak zawsze wędrowaliśmy po okolicach Krakowa, które dzięki temu znam doskonale.

Ostatnio, z okazji imienin synowej, wiele osób nas odwiedziło, a niektóre z nich zasiadły na dłużej, na pogawędkę przy mnie. Musicie wiedzieć, że nie bardzo mam już siły na dłuższe bywanie w salonie wśród gości i mój bardzo wygodny fotel zajmuje teraz Panda, nasza bardzo towarzyska pieska, która pilnie baczy na to, co wjeżdża na stół. Zawsze coś zdąży zwinąć, ostatnio zmywała talerze z końcówkami zostawionych na nich szparagów oraz łupin z bobu. Wystawcie sobie: żeby pies jadł zieleninę?! Oczywiście uwielbia też czereśnie (pestki czasem wypluwa), a truskawki najchętniej w śmietanie. Rzodkiewką też nie pogardzi!

Wśród miłych gości trafił się Zygmunt, przyjaciel mojego syna, którego znam od lat, gdyż razem byli w domu dziecka w Krzeszowicach. Otóż Zygmunt, z którym długo sobie porozmawiałam, przypomniał sobie prezent, jaki mu przywiozłam wiele lat temu zza granicy. Było to mydło na sznurku zawieszane, rzecz bardzo praktyczna dla kogoś, kto może mieć trudności ze znalezieniem go, gdy mu się z rąk wyśliźnie i „ucieknie”. Zygmunt jest niewidomy, więc dla niego była to bardzo praktyczna rzecz! Bardzo go podziwiam, gdyż należy do niezwykłych ludzi, nie tylko, dlatego, że był i nadal jest bardzo zaradny, ale ze względu na jego odwagę za komuny, gdy działał w opozycji, a potem w podziemiu i nieźle za to obrywał. Powspominaliśmy stare dzieje, Zygmunt uważnie wypytał mnie o samopoczucie i wiem od synowej, że dzwonił z radami jak mam się odżywiać, żeby utrzymać się przy życiu.

Przyszli też Ania i Romek, z którymi serdecznie się przyjaźnię, mimo, iż jak reszta gości są z pokolenia moich dzieci. Z Romkiem rozmawia mi się wyśmienicie. Należy on do niezwykle wrażliwych słuchaczy, a i sam ma wiele do opowiedzenia. Niestety jest człowiekiem bardzo zajętym i nie widujemy się zbyt często. Z kolei jego żona zwana u nas Myszką obdarowuje nas wszystkich wspaniałymi prezentami. Od Romka dostaję zawsze piękne kwiaty.

Z kolei Nina i Rysiek stanowią razem bardzo ciepłą parę i z wielką troską zapewniali mnie o konieczności jedzenia, aby żyć. Robili to z humorem, gdyż szczególnie Rysiek prześmiewa wszystko, co się da. Niestety też nie zaglądają zbyt często. Może właśnie dlatego spotkania z nimi zawsze potem długo pamiętam. Mają też kapitalnych synów, których wieki całe nie widziałam.

Część towarzystwa, tak zwaną czwartkową, widuję częściej i właśnie za parę dni zapewne się spotkamy. Jest wśród nich wybitny naukowiec i równie wybitny kucharz, Krzysztof, który przyniósł na spotkanie (nie po raz pierwszy zresztą) bardzo ponoć pyszne danie. Załączam zdjęcie – zgadnijcie sami, co to jest. Grzechem byłoby przecierać to przez sitko, a tylko w tej postaci mogę ostatnio przyjmować pokarmy.

danie KrzysiaZobaczymy, co przyniesie w czwartek! Jest to człowiek, z którym każda rozmowa osiąga wysoki poziom i jest bardzo interesująca. Krzysztof ma specyficzne poczucie humoru z nutą złośliwości i sprawia wrażenie trzymającego dystans. A naprawdę jest bardzo bliskim i oddanym przyjacielem rodziny. W ogóle to czwartkowe towarzystwo jest atrakcyjne – chyba też dla siebie samych, bo nieustannie się spotykają ze sobą, rzecz jasna w czwartki u nas, ale nie tylko. I tak, zawsze czekam na Kasię i Mirka, ukochaną Beatę i jej bardzo przystojnego partnera. I oczywiście sąsiadów: Ewę i Krzysia oraz Irenę i Jacka. No i przede wszystkim na Jasia Strzałkę, który wiernie do mnie telefonuje, a jak już przyjdzie, toczymy niekończące się rozmowy! Z Jasiem właśnie moja synowa spędziła swój wieczór imieninowy w Teatrze Starym na spotkaniu z cyklu „Na kanapie Konrada Swinarskiego”. Dwóch wybitnych filozofów: oo. Jan Andrzej Kłoczowski i prof. Zbigniew Mikołejko, dyskutowało niezwykle błyskotliwie i ciekawie na temat wolności, tożsamości, duchowości i polityki. Na ten ostatni najmniej, chociaż stanowi on kontekst pozostałych. Zachwycające jest to, że wciąż coś ciekawego dzieje się w tym Krakowie! Smutne, że nie mogę tam bywać, ale dostaję wyczerpujące relacje. Synowa już myśli, na co pójść w trakcie festiwalu kultury żydowskiej. Jak więc widzicie trudno mówić o końcu sezonu!

List do Estreichera

Obiecałam napisać o liście sprzed przeszło sześćdziesięciu lat, który został odnaleziony w archiwum rodziny Estraicherów, a którego kopię przyniosła ostatnio Marysia Vetulaniowa. Autorką jestem ja sama, chociaż piszę jako mój pierworodny syn Maciek. List opisuje jego położenie zaraz po porodzie i adresowany jest do lekarza, który towarzyszył odbieraniu Maćka przez Staszka Szyszkę. Ów lekarz to właśnie bodaj Leon Estraicher (imienia nie jestem pewna), którego znałam z Krakowa.  Przyjechał do Dusznik na krótki urlop i trafiła mu się gratka, czyli pomoc w przyjściu na świat mojego pierworodnego. Sam poród był dość śmieszny, bo szybki i bez bólu, a zachowanie obu lekarzy tak niecodzienne, że gdy to wspominam, to jeszcze odczuwam wrażenia zimna. Tego zimna, które  zawsze nachodzi kobietę po porodzie i trzeba się nią wtedy zająć, przykryć, zadbać o to, by wróciła do siebie. Ale panowie doktorzy kompletnie to zaniedbali i rozczulali się nad urodą mojego syna. Zupełnie jak stare ciotki, zastanawiali się, do kogo jest podobny i „jakie ma śliczne brewki” i jaki jest urodziwy. Ja leżałam bez opieki, a nie chciałam krzyczeć, żeby nie budzić innych pacjentów (rzecz działa się w nocy, jak na przyzwoity poród przystało). W końcu skończyli, obmyli dziecko i przyszli do mnie. Stąd może pomysł na list (poniżej) od maleńkiego Maćka,  do przyjmującego poród lekarza, który tak się nazachwycał noworodkiem!

List od małego MaćkaNastępne wydarzenia też były zabawne. Gdy zobaczyłam dziecko nazajutrz, byłam bardzo zawiedziona jego wyglądem Wydał mi się dość brzydki w porównaniu z tym nocnym opisem. Nie było śladu brewek, mały miał zaledwie parę włosków i tylko wielkie oczy, które odziedziczył po swoim ojcu dodawały mu uroku. Postanowiłam poprawić mu nieco urodę, gdyż w odwiedziny miał przyjść mój ojciec. Szybko namalowałam mu czarną kredką brakujące brewki. Okazało się jednak, że pogorszyłam sytuację, gdyż delikatna skórka noworodka zareagowała opuchlizną i zaczerwienieniem. I tak go znalazł jego dziadek Chimek, który bardzo czekał na wnuka. Ku mojemu zdumieniu, ale też radości, ojciec uznał, że jego wnuk jest najpiękniejszym dzieckiem, jakie w życiu widział. Wiedziałam, że być może prawda jest inna, ale bardzo mnie to uspokoiło.

Maciek w mau 1947Swoją drogą mój syn wyrósł potem na bardzo ładnego chłopca i przystojnego człowieka, a jego urodę zawsze podkreślały piękne brwi nad mądrymi oczami. Te  piękne  oczy odziedziczyła po nim córka Kasia. Po tym wszystkim nabrałam przekonania, że uroda jest rzeczą względną, a dziadkowie bywają bardziej zaślepieni od rodziców. Chociaż mój wnuk Piotr twierdzi uparcie, że jego dzieci są obiektywnie najładniejszymi na świecie. Może to tylko mężczyźni są tak bardzo zaślepieni miłością?