Życzenia wielkanocne

Okazuje się, że właśnie minął miesiąc od ostatniego wpisu na blogu. Zaprzyjaźnieni czytelnicy zaczęłi się niepokoić czy wszystko w porządku ze mną. Chcę rozwiać te obawy: może nie wszystko, ale w sumie w porządku! Dużo miałam różnych zajęć, a robienie czegokolwiek przychodzi mi z coraz większym trudem. Dlaczego? Pewien lekarz mówi, że odpowiedzialny za to jest pesel, w który wpisaną mamy datę urodzenia.

BARAN2

Dziękuję wszystkim za dobre życzenia świąteczne. I nawzajem życzę wesołych świąt w otoczeniu miłych osób. I lepszej pogody, która pozwoli Wam na piękne spacery, a mnie wyjść chociaż na taras i popatrzeć na kwiaty, które synowa wciąż sadzi. A także zagonić moich pisarczyków do roboty czyli zapisania moich wspomnień i myśli na blogu! A teraz popatrzcie na życzenia, które dostałam od  przyjaciela, a którymi warto obdarzyć wszystkich!

kura z jajami

Kwas azotowy, czyli jak się tłumaczyć

Mój wnuk, nasz rodzinny historyk, wciąż drąży okupacyjne wspomnienia. Przypomniała mi się druga moja akcja dla AK, a mianowicie zdobycie  kwasu, potrzebnego najpewniej do jakiejś dywersji.

Otóż pewnego dnia zgłosili się do mnie znajomi z Podziemia, że pilnie potrzebują kilku litrów kwasu azotowego i kilku litrów kwasu siarkowego. Zapewnili mnie przy tym, że można je kupić o w sklepie u Shaiter’a w Rzeszowie. Już przed wojną był to duży sklep z artykułami dla rolników, który z czasem rozrósł się w trzypiętrowy dom towarowy. Kupowało się tam  wszystko, od podkowy, przez nawozy, aż po części do maszyn rolniczych. Jak wszyscy ziemianie, bywaliśmy tam często, więc moja obecność nikogo nie dziwiła. Na to właśnie liczyło Podziemie.

Gdy pytałam Akowców po co im te kwasy, okazało się, że sami nie wiedzą. Problem w tym, że zakup tak dużej ilości takich substancji mógł jednak wzbudzić czyjeś podejrzenia. Z kwasem siarkowym było jeszcze pół biedy, bo w gospodarce używało się go do badania próbek tłuszczu w mleku. Co prawda na nasze potrzeby wystarczały śladowe ilości, ale zawsze jakoś można by się wyłgać. Duży problem stanowił jednak kwas azotowy – gdy próbowałam podpytać znajomych do czego się go stosuje, nikt nie wiedział. Jak więc wytłumaczyć w sklepie chęć jego kupienia? Pojechałam  umówionego dnia do Rzeszowa licząc, że może nikt nie spyta, albo że wymyślę coś na miejscu.

Często tak w życiu działałam (i bardzo wszystkim polecam!), że tłumaczenie się z czegoś zostawiałam na przysłowiową ostatnią chwilę. Człowiek przyciśnięty do muru chyba się jakoś mobilizuje, bo zawsze znajdowałam odpowiednie słowa. Gdy na przykład wracałam zbyt późno do domu, nie wymyślałam wcześniej żadnej historii, tylko zdawałam się na impuls. Zdarza się, że już pytający odpowiada sobie sam, wystarczy tylko potwierdzić: „Co – znowu się pewnie zasiedziałaś u tej Krysi, tak?”. Wtedy wystarczy tylko potwierdzić.

Są też przecież inne sposoby – trzeba w momencie otrzymania niewygodnego pytania zarobić jakieś straszne zamieszanie: rozlać mleko, przewrócić coś robiąc wielki hałas, czy samemu się potknąć efektownie upadając. Po chwili nikt już nie będzie pamiętał, że to pytanie w ogóle padło.

Wchodząc więc do sklepu Sheiter’a nie miałam w głowie żadnego sensownego wytłumaczenia. Przywitałam się, podałam sprzedawcy listę zakupów i zaczęłam się rozglądać po leżących towarach. Subiekt to zapisał i poszedł realizować zamówienie. Myślałam, że mam spokój, gdy nagle, będąc już kilka metrów ode mnie, odwrócił się i zapytał: „A kwas azotowy to Pani do czego?”. To była tak rzadko kupowana substancja, że pewnie sam był ciekaw, ale odpowiedzieć trzeba… I nagle, jak zawsze, olśniło mnie!

Przypomniałam sobie, że kilka dni temu córki Shaiter’a, właściciela sklepu, spędzały wakacje w Babicy i chciały zagrać w tenisa na naszym korcie. Powiedziałam więc: „A wie Pan, nasz kort strasznie zarósł różnymi mchami i nie możemy tego nijak zwalczyć. Próbowaliśmy wszystkiego i nic nie pomagało. Na takie zielsko może pomóc tylko kwas azotowy. A przecież córki Pańskiego szefa za kilka dni chcą u nas zagrać ponownie.”

Oczywiście sprzedawca nie znał się na pielęgnacji kortu (bo niby skąd!), ale podziałało chyba nazwisko Sheiter’a, bo odpowiedział „a tak, oczywiście!”. I poszedł do magazynu. Ja zresztą nie musiałam wieźć tego kwasu, bo umówieni już wcześniej Akowcy odebrali go własnym transportem ze sklepu.

A mnie do dziś została w głowie zagadka: po co im był ten kwas? Gdy coś więcej poczytałam, okazało się, że kwas azotowy jest bardzo silny, niszczy nawet metal powodując jego korozję. Potem się pokątnie dowiedziałam, że być może był potrzebny Podziemiu do jakiejś dywersji w zakładach lotniczych – prawdopodobnie wystarczyło wpuścić parę kropel w niewidoczne miejsce silnika, by z czasem uległ on awarii.

Film z wernisażu

Drodzy czytelnicy, podaję link do filmu, który nakręcił na moich urodzinach Franciszek Vetulani. Bardzo dziękuję Frankowi za tę pamiątkę. Nie wiem jak mu się to udało zrobić w ciasnocie jaka tam panowała, ale efekt jest bardzo dobry. Zresztą zobaczcie sami: http://youtu.be/xyTB21fcucg

Wystawa, wystawa i po wystawie..

Kika Szaszkiewiczowa.Obiecałam Wam zdjęcia z mojego urodzinowego wernisażu – dotrzymuję słowa! Autorem, któremu bardzo dziękuję  jest fotograf, Grzegorz Kozakiewicz, który zawsze się znajdzie tam, gdzie się coś dzieje.

Kika Szaszkiewiczowa.A przy okazji raz jeszcze bardzo gorąco dziękuję wszystkim, którzy się do tego przyczynili. Marysi Tomaszewskiej za użyczenie lokalu, który był podziwiany na równi z moimi dziełami. Jurkowi Vetulaniemu za brawurowe poprowadzenie imprezy, a jego wnukowi Frankowi za ofiarne sfilmowanie całości. Mam nadzieję na prezentację filmu w jakiś nieodległy czwartkowy wieczór.

Kika Szaszkiewiczowa.Tamara Kalinowska pięknie zaśpiewała

Piwnicy dziękuję za kapitalny występ. Włodarzom Krakowa za odznaczenie mnie prawdziwym orderem! Czwartkowym przyjaciołom, komisarzom wystawy za jej aranżancję. Niewidzialnej ręce za użyczenie sztalug. Wszystkim gościom za to, że tak licznie dopisali. Dzieciom, że to wytrzymały i dobrze się bawiły. Mam nadzieję, że dorośli też.. Podobno pan Barman był bardzo miły i profesjonalny, a to najważniejsza funkcja w takiej sytuacji!

Kika Szaszkiewiczowa.Tadzio Kwinta ubawił wszystkich do łez i rozruszał towarzystwo – stara dobra szkoła kabaretu!

Z kolei do domu, z okazji moich urodzin napłynęły liczne kartki z życzeniami, przemiłe listy, kwiaty, a telefon dosłownie się urywał. Od Prezydenta Rzeszowa dostałam piękne życzenia.

Życzenia Prezydenta Rzeszowa

Wydawnictwo Literackie przysłało mi kosz wiosennych kwiatów oraz życzenia w formie wiersza (w końcu to literaci!), który zamieszczam poniżej.

Życzenia WLDostałam masę słodkich i pachnących prezentów oraz trochę dobrych książek. A także, od kochanych przyjaciół, oryginalnego anioła w fioletowej sukience, z dostawą do domu. I jeszcze piękny czajnik do parzenia herbaty, mojego ulubionego napoju (ze świetną herbatą w załączeniu) i śliczny dzwonek do wzywania kogoś z rodziny, gdy czegoś potrzebuję.

Z MurzynamiEgzotyczni goście

Ze Stavanger przyleciał mój wielbiciel Ryszard Kalinowski, z którego rodziną jestem zaprzyjaźniona od czasu, gdy na fali emigracji solidarnościowej osiedli w Norwegii. Przywiózł mi życzenia, opowiedział o nowinkach, o swojej teraźniejszej tam działalności. Pożartowaliśmy jak za dawnych czasów. Poczułam się jakby mi ubyło lat. Podobnie, gdy śpiewał dla mnie Jacek Wójcicki . Jeszcze raz dziękuję za wspaniałą zabawę!

Kika Szaszkiewiczowa.

Urodzinowa wystawa

Przedwczoraj miałam bardzo emocjonujące przeżycia! Rodzina i przyjaciele zorganizowali piękną wystawę moich prac (część z nich można zobaczyć w „galerii” blogu). Odbyła się we wspaniałych pomieszczeniach odrestaurowanego domu w Krakowie przy ulicy Senackiej 6. Urocza i urodziwa właścicielka, Mary Tomaszewska, z czystej, bezinteresownej dobroci oddała nam do dyspozycji swoją elegancką „Look in Gallery”. Tam nasi przyjaciele: Agnieszka, Beata, Kasia i Hirek, intrygująco pomysłowo i z prawdziwym artyzmem, wyeksponowali moje prace tak efektownie, że nabrały nowego wyrazu.

Bardzo Wam dziękuję!

wystawa Zapr.

A oto zaproszenie na wernisaż wystawy, które jak zawsze błyskawicznie i z pomysłem, zrobił   przyjaciel rodziny Marcin Szczęk. Do tego, żeby było dowcipne, przyczynił się  mój wnuk Piotr.

Podczas otwarcia wernisażu, nieoceniony przyjaciel, profesor Jerzy Vetulani opowiedział o mnie z taką elokwencją i dowcipem, że wciąż odbieram sygnały od rozbawionych osób, które przybyły na to spotkanie. A było ich sporo, ponad  setka! Wśród wielu facecji przypomniał mi, że przed wielu laty w „Przekroju” ukazał się tzw. Dowód Osobisty, tj. ankieta z wieloma pytaniami, w której na jedno: „Jak chciałbyś umrzeć?”, napisałam odpowiedź: „Najlepiej wcale!”. Jurek Vetulani ciągnął, że „od tej pory większość czytelników i uczestników ówczesnego „dowodu osobistego” już nie żyje, a Kika dotrzymała słowa!”

wystawa VetJurek Vetulani trzyma mowę

Nieoczekiwanie dla mnie, zjawiła się także przemiła pani Magdalena Sroka, v-ce Prezydent Krakowa ds. Kultury i Promocji Miasta i wręczyła mi order „Honoris Gratia”, przyznawany osobom zasłużonym dla Krakowa. Musiał maczać w tym palce ktoś bardzo mi życzliwy. Nie wiem komu dziękować?

 Wystawa order

Członkowie kabaretu Piwnica pod Baranami pod kierunkiem pomysłowego i życzliwego mi bardzo Bogdana Micka, zorganizowali dla mnie bardzo sympatyczny koncert. Tamara Kalinowska, Jacek Wójcicki, Piotr Kuba Kubowicz, Tadzio Kwinta, i Marek Michalak śpiewali wzruszająco i komicznie – jak to w Piwnicy. Zwracali się wprost do mnie, która siedziałam przed nimi.  Bardzo to było miłe.

Dziękuję Wam za to!

Dzięki wspaniałemu cateringowi „Chimery”, zapewnionemu przez niezawodnego przyjaciela Artura Wrońskiego oraz całemu szeregowi butelek napojów orzeźwiających, atmosfera wernisażowa stopniowo przeszła w rozbawione spotkanie towarzyskie, które przeciągnęło się dobrze po północy. Jest co wspominać.. Kwiatami pachnie cały dom! Gdy spłyną  jakieś zdjęcia, podzielę się z Wami.

A wystawę można oglądać do 8 marca,  codziennie w godzinach od 12.00 do 18.00

Serdecznie Zapraszam!

Karabiny i drzewka

Wychowanie w dwudziestoleciu międzywojennym cechowało się wielkim patriotyzmem. Nie dziwi więc fakt, że Polska była jedynym z podbitych przez Niemców krajem, gdzie zjawisko zorganizowanej kolaboracji właściwie nie istniało. Za to ogromna liczba moich znajomych zaangażowana była w konspirację. Oczywiście dowiadywałam się o tym (jeśli w ogóle) przeważnie po wojnie, bo w trakcie okupacji ściśle przestrzegano zasad bezpieczeństwa.

Ja zostałam zaprzysiężona do Związku Walki Zbrojnej, poprzedniczki AK, chyba w roku 1941. Moim bezpośrednim przełożonym był Staszek Pokrywka, przed wojną zawodowy żołnierz, za okupacji jeden z lokalnych dowódców konspiracji. Jednak z dwóch powodów nie mogłam zbyt aktywnie działać w strukturach Podziemia: po pierwsze, jako ziemianka byłam zbyt rozpoznawalna w okolicy, a po drugie Staszek roztoczył nade mną coś na kształt parasola ochronnego. Być może chodziło o to, że się we mnie trochę podkochiwał, a być może dał mojemu ojcu obietnicę, że nie będzie mnie narażał.

Jednak przypominam sobie przynajmniej dwa przypadki, gdy przysłużyłam się Akowcom. Pierwszym z nich była akcja przewozu pod nosem niemieckiej policji broni ze zrzutów alianckich. Zaczęło się od tego, że przyszedł do mnie Staszek z kilkoma ludźmi i poprosił, abym wzięła elegancki powóz z furmanem oraz duży kufer, i pojechała z nimi. Domyśliłam się od razu, że będziemy coś przewozić, ale powiedzieli, że dowiem się dopiero w ostatniej chwili. Nie pytałam więcej, bo jak to w konspiracji: „Mniej wiesz – dłużej żyjesz”. Jechaliśmy chyba z 10 km, aż za Czudec, po strasznych wertepach. Staszek, jego dwaj ludzie i ja siedzieliśmy w powozie, a obstawa jechała rowerami: jeden daleko przed a drugi za nami. Pamiętam, że była to wczesna wiosna, więc odbywały się omłoty. Zorganizowane to było tak, że z mijanej młocarni wyskakiwało dwóch ludzi i prowadzili do następnej młocarni. Tam zeskakiwali z rowerów, a wskakiwali inni.

Dojechaliśmy aż do końca drogi, głęboko w jakiś nieznany mi las. Dalej Akowcy poszli pieszo, a ja czekałam w powozie jakieś półtorej godziny. W końcu wrócili niosąc ze sobą broń: chyba osiem karabinów, trochę granatów oraz jakąś broń krótką. Mieliśmy to wszystko przewieźć do innej kryjówki. Okazało się, że nie ma jak ukryć karabinów – były za długie by zmieścić się w kufrze, więc lufy wystawały. Wpadłam wtedy na pewien pomysł: mijając jakieś gospodarstwo chłopskie zauważyłam oparte o płot, stojące w pękach, powiązane małe drzewka. Kazałam jednemu z naszych żołnierzy chwycić taki pęk i wziąć do powozu. Wcisnęłam drzewka korzeniami do kufra, a wystające gałęzie maskowały lufy karabinów.

Najgorsze było to, że musieliśmy przejechać przez Rynek w Czudcu, gdzie największą narożną kamienicę zajmował posterunek niemieckiej policji, a droga szła bezpośrednio pod nią. Na ulicach toczył się normalny codzienny ruch, zresztą raczej niewielki, bo nikt nie chciał przebywać zbyt blisko Niemców. Kiedy wjechaliśmy na Rynek, zobaczyliśmy taką scenę: kilkadziesiąt metrów przed nami trzech Niemców kontroluje chłopską furmankę, a przygląda się temu stojący bliżej nas komendant policji. Kazałam wtedy Staszkowi podjechać blisko komendanta i zatrzymać powóz. Staszek zbladł i zaprzeczył, ale powiedziałam stanowczo: „Nie ma czasu na dyskusje, rób co mówię!”. Komendanta znałam z widzenia, bo przyjeżdżał do nas do majątku po warzywa, więc zdarzyło się nam czasem zamienić kilka słów.

Zeskoczyłam z powozu i podbiegłam do niego, witając się i plotąc coś piąte przez dziesiąte, oczywiście wspominając, że wiozę drzewka. Równocześnie obserwowałam policjantów sprawdzających ten drugi wóz. Mówiłam bardzo głośno, ekspresyjnie, żeby być widoczną z daleka. Jak tylko zobaczyłam, że tamci skończyli kontrolę, w pół słowa wskoczyłam na wóz i kazałam furmanowi ruszać z kopyta. Mijani policjanci machali na nas rękami krzycząc „Halt!”, ale ja odpowiedziałam głośno, że już nas komendant sprawdził. Widzieli wcześniej, że z nim rozmawiam, więc odpuścili, a my pojechaliśmy dalej. Potem się dowiedziałam, że byliśmy o krok od strzelaniny, bo ludzie na rowerach z naszej obstawy mieli już odbezpieczone pistolety. Będąc w pewnej odległości od nas, nie wiedzieli, dlaczego stanęliśmy i myśleli, że Niemcy nas kontrolują. Gdy mijaliśmy Babicę, ja zeszłam z powozu i poszłam do domu, a Akowcy pojechali dalej do jakiejś swojej, uprzednio przygotowanej kryjówki.

Później strasznie zrugałam Staszka, że akcja była źle przeprowadzona: przede wszystkim powinni mi powiedzieć po co jedziemy, bo miałabym możliwość przygotować coś bardziej właściwego – np. furmankę, która rzuca się w oczy dużo mniej niż powóz. A w ogóle to zaraz wymyśliłam jeszcze coś: do tak długiej broni trzeba było wziąć trumnę, ubrać się na czarno, zwiesić głowy udając powagę i udawać, że się wiezie zwłoki.

 

 

 

 

 

Konspiracja w czasie okupacji – opowieść na prośbę wnuka

Czasy drugiej wojny światowej przypadły na lata mojej młodości. Ponoć młodość wspomina się najmilej, ale muszę przyznać, że nie lubię wracać pamięcią do lat okupacji. Gdy wnukowi opowiadałam ostatnio o jakimś zdarzeniu z tamtych czasów, pytał: „Czyli w tej sytuacji ryzykowałaś życiem?”. A przecież wtedy człowiek wstawał rano, nie wiedząc czy dożyje wieczora. Ryzykowało się właściwie wszystkim, każde nieopatrznie powiedziane słowo, kontakt z nieodpowiednią osobą, czy po prostu przejaw dobroci lub życzliwości mógł zaprowadzić przed pluton egzekucyjny. Myślę, że w takiej sytuacji chyba łatwiej było się angażować w ryzykowne przedsięwzięcia – jak współpraca czy przynależność do struktur Polskiego Państwa Podziemnego.

Przed wojną, razem z resztą rodzeństwa, należałam do harcerstwa. Dzięki temu poznałam masę wspaniałych ludzi, z których większość, po wybuchu wojny wstąpiła do konspiracji. Oczywiście w strukturach różnych organizacji było wiele osób niezwiązanych z harcerstwem, które się zasłużyło polskości. Pamiętam na przykład pewną niepozorną panią z poczty w Czudcu (mówiło się o niej „panna z poczty”), o której po wojnie się dowiedziałam, że dzięki swej uczciwości i bohaterstwu uratowała wiele istnień ludzkich. Po prostu dokładnie analizowała przychodzące listy, telegramy i słuchała rozmowy telefoniczne, wyławiając donosy, czy inne potrzebne Podziemiu informacje. Donosy niszczyła, a wszelkie wiadomości o konfidentach przekazywała AK-owcom. Dzięki temu unieszkodliwiono wielu niemieckich sługusów, a na kilku, tych najbardziej niebezpiecznych wydano wyroki śmierci. Normalnie ich nie likwidowano, zakładając, że na ich miejsce Niemcy na pewno kogoś znajdą i zajmie sporo czasu rozpracowanie nowego agenta. Lepiej więc, mieć taką kanalię na oku i uważać na słowa w jego obecności.

Jednak pewnego dnia, pani ta przechwyciła bardzo ważną informację, że jeden z wyjątkowo znaczących konfidentów, poirytowany tym, że jego donosy nie odnoszą skutku, zapowiedział, że osobiście uda się do gestapo w Rzeszowie. Stworzyło to tak dużą groźbę dla struktur Podziemia, że by uprzedzić niemiecką akcję, AK zdecydowało się zlikwidować od razu niemal wszystkich kapusiów w okolicy. Przez to uniknięto represji, a Niemcy zamiast uderzyć w struktury podziemia, musieli cała siatkę budować od nowa, co wymaga mnóstwa czasu.

Ja, dzięki kontaktom z czasów harcerstwa, jakby naturalnie zostałam wciągnięta do struktur Armii Krajowej. Najpierw poprosiła mnie o przysługę moja znajoma z tamtych czasów, której nazwiska dziś nawet nie pamiętam. Chodziło o to, że w naszym dworze w Babicy mieli kwaterunek dwaj niemieccy wojskowi lekarze. Byli to ludzie raczej przyzwoici, którzy zaraz zadeklarowali, że będą leczyć okoliczną ludność, a ja służyłam im za tłumaczkę. Nie znałam słowa po niemiecku, ale radziłam sobie używając słownika, z czasem ucząc się tego języka. Mieli niedostępne Polakom sulfamidy, więc ich usługi cieszyły się dużym wzięciem. Moim zadaniem dla konspiracji było kopiowanie dokumentów tych lekarzy. Codziennie jeździli oni na chyba jakąś odprawę i obiad do Czudca, więc miałam kilka godzin by pomyszkować w ich rzeczach. Najtrudniejsze było to, by na koniec wszystko tak z powrotem poukładać, żeby Niemcy nie zorientowali się, że ktoś tam grzebał. Kiedy zauważyłam jakiś interesujący dokument, przepisywałam go, zwykle nie rozumiejąc nawet treści. Przekazywałam te kopie rzeczonej znajomej, ale nie mam pojęcia, czy kiedyś się Podziemiu przydały.

Na prośbę tej znajomej kopiowałam też emblematy widoczne na pojazdach wojskowych Niemców, służące, jako kryptonimy oznaczeń odpowiednich oddziałów. Nie używali oni słów i liter by oznaczyć pojazdy, a zamiast tego mieli różnego rodzaju obrazki, przedstawiające proste wizerunki zwierząt, roślin, budynków itp. Ja je skrzętnie przerysowywałam, notując gdzie i kiedy widziałam dany emblemat. Myślę, że informacje te pomagały Akowcom identyfikować ruchy wojsk niemieckich.

W ogóle drodzy czytelnicy trzeba Wam wiedzieć, że jedną z zasad konspiracji jest to, że „im mniej wiesz – tym lepiej dla ciebie!”. W związku z tym bardzo często wykonuje się jakieś zadanie od przełożonego, nie mając pojęcia, jaki jest jego cel.

Pani, od której otrzymywałam te zadania, trafiła wkrótce do Auschwitz. Wysyłaliśmy jej tam paczki, ale niestety nie przeżyła wojny, umierając tuż przed jej końcem. Wojna zabrała tak wielu porządnych ludzi z naszego otoczenia, że nie powinno nikogo dziwić, że trudno mi się o tych czasach opowiada. Skoro jednak Piotr, mój ukochany wnuk mnie naciska, opowiem następnym razem coś więcej o mojej (nader co prawda skromnej) działalności dla Armii Krajowej.

Mój Rzeszów – Zamek

Muszę się pochwalić otrzymaną niedawno, imponującą, Encyklopedią Rzeszowa, którą przysłał mi prezydent tego miasta, pan Tadeusz Ferenc. W ten sposób chwalę się także pośrednią znajomością z panem Prezydentem, o którym Polityka ostatnio pisała, w artykule o Rzeszowie, w którym rządzi On już trzecią kadencję! Synowa przypadkiem spotkała pana Ferenca w Krakowie i pozdrowiła Go ode mnie, gdyż kiedyś prosiłam ją o to, gdy była na konferencji swojej ukochanej  Siemachy. Wystarczyło pozdrowienie i miła rozmowa, po czym pocztą przyszła wspaniała encyklopedia! To cenne dzieło stworzone przez 90 autorów z różnych dziedzin wiedzy, liczy 1100 stron, zawiera blisko trzy tysiące haseł, jest wspaniale, bogato ilustrowane i bardzo nowocześnie wydane. Na okładce umieszczono piękną płaskorzeźbę rzeszowskiego ratusza na metalowej plakietce. Całość w eleganckim futerale.

Rzeszów3W skromnym rzecz jasna rewanżu przesłałam panu Prezydentowi moją książkę. Może się kiedyś spotkamy, gdyż sądząc po dedykacji dla mnie, załączonej do tego dzieła, pan Tadeusz Ferenc jest bardzo eleganckim człowiekiem, dbającym o swoich krajan. A ja przecież spędziłam opodal Rzeszowa dzieciństwo i młodość. Rzeszów był moim miastem. Nie należał wtedy do najpiękniejszych miast i jak pisze ostatnia Polityka „jest miastem znanym z tego, że z niczego nie jest znane”. To jednak się zmienia również dzięki prezydentowi, o czym bardzo ciekawie pisze Polityka w cyklu portrety miast polskich, jak na zdjęciu poniżej.

RzeszówJednym z najważniejszych zabytków Rzeszowa jest Zamek. Ta imponująca budowla z XVI wieku, pamięta czasy tatarskich najazdów, którym się zresztą skutecznie oparła. Miała ona swoje jasne i ciemne karty przeszłości. Oprócz okresów zmagań z najeźdźcami, była także niestety miejscem więziennych represji i haniebnych kaźni stosowanych wobec patriotów. Jednym z takich okresów była okupacja niemiecka, kiedy to Zamek Ligęzów (tak go nazywaliśmy od nazwiska pierwszych właścicieli i założycieli Zamku, ale był też nazywany Zamkiem Lubomirskich, jego późniejszych właścicieli) był więzieniem hitlerowskim i miejscem wykonywania wyroków wobec niewinnych Polaków.

Rzeszów2W początku listopada 1939 w więzieniu tym znalazł się mój Ojciec. Był to przejaw ogólnopolskiej represji wymierzonej przez okupanta w polską inteligencję. W tym samym czasie miała miejsce słynna tzw. Sonderaktion Krakau – niemiecka akcja pacyfikacyjna wobec polskich profesorów w UJ, których podstępnie zaproszono do Uniwersytetu na zebranie organizacyjne, po czym aresztowano ich i wywieziono do obozów koncentracyjnych w Sachsenhausen i Dachau. W naszej okolicy zatrzymywano konsekwentnie właścicieli ziemskich, uczonych, nauczycieli, lekarzy, dyrektorów – ogólnie mówiąc – przedstawicieli inteligencji. Słyszało się o tych zatrzymaniach i ojciec także się tego spodziewał, ale jakoś go to omijało. Miał jednak przygotowany mały kuferek z podręcznymi rzeczami do zabrania na wypadek aresztowania. Pewnego dnia przyszli do naszego dworu w Babicy trzej kulturalni, uprzejmi Niemcy, którzy zapytali o Ojca, po czym poprosili go wskazanie drogi do Niebylca. Prosili, aby to wytłumaczył kierowcy, który został w samochodzie przy szosie, 200 m od dworu. Ojciec poszedł więc z nimi. Byłam tego bezpośrednim świadkiem, więc zaraz powiedziałam o tym Matce. Ta natychmiast nakazała mi wziąć kuferek ojca i pobiec jak najszybciej za nimi. Dobiegłam zdyszana do szosy w chwili, kiedy właśnie Niemcy wpychali Ojca do samochodu. Zdążyłam mu podać ten kuferek! Od tego czasu, gdy było zagrożenie, że kogoś zamkną lub wywiozą, mówiło się: uważajcie na pytanie o drogę do Niebylca.

Był to już wieczór i być może dlatego nie odebrano ojcu kuferka, kiedy wrzucano Go do celi. Tam w ciemności zobaczył wiele osób śpiących na podłodze. Wśród nich rozpoznał członków rodziny: Adama Uznańskiego i Józefa Wiktora z Czudca, lekarza więziennego z Zamku, i innych. Kuferek bardzo wszystkich ucieszył, bo były w nim różne przydatne drobiazgi, jak np. żyletki do golenia, mydło, przybory do jedzenia, bielizna na zmianę, ciepła odzież. W tym samym czasie w więzieniu tym przebywał Wincenty Witos.

Nazajutrz okazało się, że więźniowie wprawdzie nie są karmieni, ale wolno dostarczać im żywność, w tym także i ciepłe potrawy. Pod murami Zamku powstała długa, na co najmniej 200 osób kolejka ludzi z paczkami dla swoich bliskich. Matka szybko zorientowała się, że zamiast przekazywać im małe, indywidualne paczki, należy robić duże gary jedzenia i wraz z innymi dworami podjęli akcję dostarczania ich dla większych grup więźniów. Najcenniejszy był to dar dla tych, którzy nie mieli pomocy od rodziny. Kolejka ludzi stała pod więzieniem nieustannie i oczekiwanie w niej zabierało dużo czasu, ciepłe jedzenie stygło i coraz rzadziej można je było dostarczać. Dlatego wraz z rodzeństwem pełniliśmy w kolejce swoiste dyżury, aby odstawać swoje i być w tej kolejce w różnych miejscach. Akcja znakomicie się udawała, a renoma Ojca w więzieniu rosła. Po około dwóch tygodniach władze niemieckie wypuściły z więzienia wszystkich więźniów, którzy mieli ponad 60 lat. Był to efekt międzynarodowych protestów przeciwko tak zbrodniczemu traktowaniu inteligencji polskiej, szczególnie w odniesieniu do sławnych profesorów UJ, i nacisków dyplomatycznych na Niemcy. Ojciec wrócił do domu!

Hitlerowcy też wyciągnęli wnioski z tej akcji pacyfikacyjnej i później, na przykład we Lwowie, zamiast więzić od razu rozstrzeliwali profesorów i innych przedstawicieli inteligencji polskiej.

Szydełkiem malowane – poezją opisane

Dość długo nie pisałam, ale doprawdy nie dlatego, że karnawał się zaczął i mnie wciągnął! Wręcz przeciwnie wciągnęło mnie łóżko, gdyż rodzina uznała, że mój paskudny kaszel, to coś więcej niż zwykły kaszel, a wezwany lekarz ochoczo (jakżeby inaczej) potwierdził, że to zapalenie płuc. Ja wiem swoje i coraz mniej kaszlę, rodzina wie swoje, czyli, że leczenie działa! Pan doktor jest bardzo miły i uważnie mnie osłuchuje. W ten sposób wszyscy są zadowoleni.

Wrócę dziś do wspomnień z moich wystaw, gdyż dzięki jednej z nich powstał piękny tekst Agnieszki Osieckiej, który zamieszczam tu w całości. Agnieszka, która nie mogła być na otwarciu wystawy w Galerii Grażyny Hase w Warszawie, przysłała „słowo” odczytane z tej okazji. A na wystawie była cała Warszawa, gdyż miejsce to było bardzo modne.

galeria Hasse zaproszeniePamiętam, że Roman Bratny, który przyjaźnił się z moim bratem, po wystawie powiedział, że bardzo cieszy się z tego, że moje obrazy mu się podobają, bo i tak musiałby napisać o nich dobrze, a tak, może napisać to szczerze. Niezwykle serdeczny i pomocny nam w wielu sprawach, okazał się uroczy, przyszły mąż Maryli Rodowicz zwany Peugeot’em. Było bardzo „światowo”, inaczej niż w Krakowie, ale równie „klimatycznie”, jak mówią moje wnuki.

A oto piękny tekst Agnieszki Osieckiej:

Kiedy Pani Kika była małą dziewczynką, lasy były jeszcze ogromne, w lasach mateczniki, a w matecznikach – niedźwiedzie. Za lasami były stepy i chmury, a wśród lasów, stepów i chmur tkwiły małe białe dworki z salonikami, w których paliły się piękne ozdobne lampy naftowe. W jednym z takich nieistniejących już dworków, jedna z nieistniejących już ciotek ofiarowała Kice szydełko. Dziewczynka natychmiast zabrała się do roboty. Jak twierdzą kronikarze rodzinni, przejawiała w tej robocie talent i pilność.

Mijały lata, minęło pół wieku. Zatrzęsły się lasy, chmury i dworki. W zamieszaniu zginęło też szydełko Pani Kiki. Minęło jeszcze trochę czasu, ziemia pod nogami naszej bohaterki się trochę ustała i oto nad dalekim cichym fordem, ktoś, kogo powinniśmy ozłocić, ofiarował jej następne szydełko. Kice zabłysły oczy, usiadła pod elektrycznym kaloryferem i z miejsca zabrała się do roboty. Jak twierdzą świadkowie i jak Państwo stwierdzicie za chwilę, przejawia Ona w tej robocie i talent, i pilność, i rozmach, i wyobraźnię i poczucie humoru, i coś, co nazwałabym metafizycznym stosunkiem do włóczki.

- Na miłość boską, dziewczyno – mówię do Kiki – dlaczgoś Ty tego nie robiła przez ostatnie pięćdziesiąt lat?

- Bo nie miałam szydełka – odpowiedziała skromnie moja niezwykła koleżanka.

O, bo Kika jest niezwykła. Jak nasi rówieśnicy wiedzą (a młodzież powinna się dowiedzieć) Kika była swego czasu mityczną królową autostopu. Jej to podróże z dwojgiem dzieci – podróże przesławnej Szaszkiewiczowej, opiewał przesławny wówczas „Przekrój”. Ona to śpiewała w Piwnicy pod Baranami rozdzierającą pieśń „Parlez moi d’amour” i Ona to zarabiała na życie, robiąc zastrzyki bogatym Krakowiankom, które leżały w pościeli przystrojone we wszystkie swoje brylanty. Ona to wreszcie, choć wylądowała bliżej Bieguna Północnego niż ktokolwiek z tu obecnych, zachowała serce gorące, duszę upalną, a robota pali się Jej w rękach. Osobowość poetycka Kiki była w Jej czasach krakowskich tak intensywna, że niektórzy uważali ją za postać fikcyjną. A jednak nie. Kika jest realna. I spójrzcie Państwo, do jakiego stopnia.

Wypijmy toast za szydełko. Za to pierwsze i za to drugie.

Agnieszka Osiecka

Warszawa dn.15 marca 1984 r.

 Agnieszka Osiecka foto

Bardzo przystojna autorka tekstu najpewniej w jakiejś kolorowej podróży.

Poniżej przykładowe wpisy do pamiątkowej księgi z wystawy. Ten pierwszy, dowcipny  pochodzi od nie żyjących już rodziców mojego przyjaciela Michała. Na kolejnej kartce, już dzień po wernisażu  wpisały się koleżanki z Cisowego Dworku.

Wpis Spandowskiego

Wpisy wystawowe

Po wystawie poszliśmy wszyscy do dużego mieszkania Katarzyny Ważyk, artystki malarki, gdzie poznałam jej matkę, aktorkę. W tym mieszkaniu zachwyciły mnie malowidła w kuchni, na przykład na lodówce namalowany był stary piec, do złudzenia go imitujący i sprytnie kamuflujący lodówkę! Było tam masę ludzi, harmider, gwar i wciąż dzwonił telefon. Ja miałam nieszczęście siedzieć blisko tego urządzenia, więc gdy chwilami zostawałam z nim sam na sam, podnosiłam słuchawkę i mówiłam: „Centryb”, a wtedy głos w słuchawce odpowiadał: „a to przepraszam” i panie domu miały chwilę spokoju. Niestety sprawa się wydała i była straszna bura, gdyż to ponoć skomplikowało jakieś sprawy wielu osobom. Pomyślcie, jakie spustoszenia towarzyskie mogą czynić dziś telefony komórkowe, których na takim przyjęciu jest kilkadziesiąt, skoro tylko jeden, tak utrudniał rozmowy!

Burzliwe dziedzictwo Adama Wincetego Sz.

Mój najmłodszy prawnuczek Adaś ma już trzy tygodnie życia. Jest to jedyny jak do tej pory mój prawnuk, który poprzez nazwisko będzie kontynuował linię potomków rodu Szaszkiewiczów. Przy tej okazji wspominam ciekawe, a niekiedy nawet dziwne koleje losu tego rodu. Czy będzie on dziedzicem tego rodu w sensie psychologicznym – przekazów, wzorców i cech?  Aż się boję..

IMG_9394Maleńki Adaś z mamusią Lucynką zwaną Lusią

Rodzina ta wywodzi się z dalekich, ukraińskich kresów, z terenów Podola i Wołynia, gdzie jej członkowie mieli swoje siedziby od XV wieku do rewolucji sowieckiej. W Herbarzu Kacpra Niesieckiego napisano, o herbie własnym Szaszkiewicz: „Nadanym miał być ten klejnot rycerzowi na imię Szaszko, że w okazji z Poganami nieprzyjaciółmi krzyża Chrystusowego i walecznie stawał, i zwycięsko ich płaszał”. Zachował się u nas „Rodowód rodziny”, spisany przed laty przez któregoś z przodków. Jego lektura odkrywa mniej lub bardziej chlubne karty dziejów tej rodziny, na przykład w sienkiewiczowskich czasach walk z Turkami i Tatarami na „czarnym szlaku”. Są tam opisy zajazdów i podbojów, tryumfy i klęski (jeden z Szaszkiewiczów na przykład dostał się do niewoli tatarskiej, a kiedy wrócił po kilku latach, okazało się, że bracia rozdzielili już jego majątek pomiędzy siebie).

Pewnie niejedną z tych historii przytoczę jeszcze w niniejszym blogu, tym razem jednak chcę przejść do bardziej współczesnych czasów, do losów najbliższej rodziny mojego męża Antoniego.

Dziadek Józef z PeggyJego ojciec, Józef, jako osiemnastoletni oficer elitarnego carskiego Korpusu Paziów w Petersburgu, poznał piękną, o rok młodszą tancerkę, Amerykankę z Chicago, Margaret Crosby, która przyjechała tam na występy, jako członkini zespołu baletowego. Jej uroda i wdzięk podziałały oszałamiająco na młodego oficera, a jego urok, wykwintne maniery i uczucie zauroczyły młodą tancerkę do tego stopnia, że szaleńczo się w sobie zakochali i wkrótce wzięli ślub, w 1914 roku. W tym samym roku wybuchła I Wojna Światowa a trzy lata póżniej –  rewolucja bolszewicka, która zmiotła z powierzchni ziemi liczne polskie majątki i miejscowości. Małżonkowie mieli wtedy dwoje dzieci, bliźnięta. Straciwszy dom, w zagrożeniu życia przedzierali się z terenów objętych działaniami wojennymi i rewolucyjnymi do krewnych w głębi kraju, jednak po licznych dramatycznych przejściach dotarli tam już bez dzieci. Nieznane są ich losy. Mówiło się, że jedno zginęło, a drugie oddane zostało pod czasową opiekę pewnemu kolejarzowi, lecz słuch o nim zaginął. Oficer Józef i tancerka Peggy zamieszkali w Polsce, Józef został zawodowym wojskowym. Jednak (nie ostatni raz zresztą), znów stracił głowę dla pewnej uroczej damy – Wandy Małutowskiej i w 1922 roku małżeństwo ich rozpadło się. Peggy była w zaawansowanej ciąży. Szczęśliwym zrządzeniem losu znalazła niezwykle troskliwą opiekę w życzliwej rodzinie krewnego Szaszkiewiczów – Adolfa Bnińskiego, ówczesnego znanego działacza politycznego, senatora i wojewody poznańskiego. Bnińscy mieli pałac i dobra w Nekli w poznańskiem. Tam 6 czerwca tegoż roku urodziła syna Antoniego, mojego późniejszego męża, a jego ojcem chrzestnym został Adolf Bniński. W Nekli spotkała Józefa Michałowskiego. Był on, jak się okazało, dobrym przyjacielem Józefa Szaszkiewicza, z którym wspólnie byli w petersburskim korpusie paziów. Zajął się on osamotnioną Peggy tak serdecznie, że w dwa lata później wzięli ślub, zaś jej syn Antoni został (nie bez oporów) przyjęty do nowej rodziny.

Antoni Szaszkiewicz ojciec MaćkaAntoni Szaszkiewicz

Peggy i Józef Michałowscy zamieszkali w Małopolsce. W Jaśle w 1925 r. urodziła się im córka Dorota, zwana Dodą, a następnie Irenek.  Józef Michałowski wraz z trójką dzieci: pasierbem Antonim, córką Dodą i synem Irenkiem mieszkali początkowo w Dobrzechowie – rodowym dworze Michałowskich, a po jego utracie i likwidacji, w 1928 r. – w Poznaniu, gdzie zawarł spółkę samochodową z hr. Tyszkiewiczem. Spółka przeniosła się następnie, około 1932 r. do Gdyni. Tam też zamieszkał Michałowski z dziećmi. Po wojnie wyjechał do Włoch gdzie ostatni raz się ożenił.

Michałowski Józef2Józef Michałowski ojczym Toniego

Wojna 1939 roku rozrzuciła ich po świecie. Irenek skończył szkołę wojskową w Szkocji, zamieszkał na stałe w Anglii, gdzie dotąd żyje wraz z rodziną.

IrenekIrenek Michałowski w dzieciństwie

Doda początkowo mieszkała w Iwierzycach w majątku Starowiejskich, a potem u nas w Babicy, zaś Toni w Przeworsku i w Babicy. W Iwierzycach właśnie, na ślubie Dody Michałowskiej z Januszem Stojowskim, poznałam czarującego, przystojnego młodzieńca. Pracował wtedy w wytwórni wódek i likierów w Przeworsku, której właścicielem był książę Lubomirski. Ślub nasz odbył się w 1944 roku, niestety już po śmierci mojej matki.

Doda, Iwierzyce

Karta ze wspomnień Dody Stojowskiej

Peggy z Crosbych Michałowska zginęła w pierwszych dniach wojny, we wrześniu 1939 roku. Po bitwie nad Bzurą w okolicy Tułowic, pełniąc funkcję sanitariuszki, zajmowała się wraz z innymi zbieraniem ciał poległych żołnierzy. Została tam postrzelona przez karabin maszynowy z niemieckiego czołgu. Nazajutrz zabrano ja do szpitala polowego, ale zmarła z upływu krwi. Pochowana została ostatecznie w Błoniach pod Warszawą.

Mój syn Maciej, który wydobywa ze mnie te rewelacje o rodzinie Szaszkiewiczów jest wielce zatroskany tak burzliwym dziedzictwem w linii męskiej, mojego najmłodszego prawnuka Adama Wincentego. Ale przecież wszystko ma co najmniej dwie strony! Po pierwsze trzeba wziąć poprawkę na burzliwe czasy, w których żyli: wojny, rewolucje, utraty majątku, po prostu wielkie zmiany. Po drugie różnice, jakie były pomiędzy amerykańską praprababką Adasia, a jego kresowym, ze wschodu prapradziadkiem. Musiała być to przepaść cywilizacyjna. Oboje młodzi, piękni, ale niezbyt przystosowani do samodzielnego życia i pracy. Ratowały ich mocne charaktery i koneksje rodzinne. Dzięki nim przetrwał ich syn Antoni, mój mąż, a następnie jego przyrodnie rodzeństwo, które wyrosło na bardzo porządnych ludzi.

Z kolei synową trapi sprawa braku więzi w opisanej wyżej rodzinie. Cóż powiedzieć w tej sprawie – może tyle, że Adam dziedziczy jeszcze przekazy rodzinne innych rodzin, ze strony prababki (to ja), babki (synowa) i najważniejsze swojej matki (Lucynka), gdzie te więzi są mocniejsze. Być może to wszystko razem się jakoś zrównoważy i dziecko będzie szczęśliwe i dobrze przystosowane w dorosłości. W każdym razie lepiej niż jego niektórzy przodkowie! Tego mu serdecznie życzę oraz tego, aby miał ciekawe życie! Tylko czy to nie stoi w sprzeczności ze sobą?