BABICA – nasze gniazdo rodzinne

Pisałam poprzednio o udziale mojego Ojca w bitwie gorlickiej podczas I Wojny i szczęśliwym skutku odniesionej przez niego rany na polu bitwy. Szczęście w tym nieszczęściu polegało na tym, że mógł wraz z żoną (moją późniejszą moją matką) osiedlić się w Babicy i zająć się podupadłym majątkiem.

Babica Konstanty Pawlikowski ojciec OlgiPoprzednim właścicielem majątku w Babicy był mjr austriacki Konstanty Gwalbert Paweł Pawlikowski. Urodził się on w 1831 r. Jego brat Józef był austriackim generałem. Byli oni spokrewnieni z pisarką i poetką Marią Pawlikowską-Jasnorzewską, z domu Kossak.

Babica Karolina NitcheKonstanty Pawlikowski poślubił wdowę po Teofilu Wasilewskim, właścicielu Czudca (oraz Nowej Wsi, Zaborowa, Markuszowej i Pstrągowej) – Karolinę Joannę Wasilewską z domu Nitsche, ur. w 1834 r. w Czudcu. Niejasne plotki rodzinne utrzymywały (zapewne złośliwie, z zawiści), że prawdziwym powodem, dla którego kupił on Babicę i ożenił się z wdową, była jego szalona miłość niej, która trwała od dawna, jeszcze podczas jej poprzedniego małżeństwa. Rzekomo zrobił to, dlatego, aby być blisko ukochanej. A po śmierci jej męża poślubił ją. Nie dajmy jednak wiary tym pomówieniom. Karolina zmarła w 1890 r., natomiast Konstanty Pawlikowski zamieszkał samotnie w Babicy. Nie był dobrym zarządcą, ani gospodarzem, więc majątek stopniowo podupadał. Zmarł w Babicy w 1904 r. Rok przed śmiercią przekazał Babicę w testamencie Marii Zofii Wiktor z Czudca (mojej Matce). Wynikało to stąd, że Pawlikowscy byli bezdzietnym małżeństwem. Natomiast córką zmarłej żony z poprzedniego małżeństwa była Aleksandra, a Maria Wiktor była jej wnuczką.

Babica Aleksandra Wasilewska z MuchąAleksandra Wiktor  (zwana Olgą) z cóką Marią (zwaną Muchą)

Znowu pojawiły się plotki, że może 14-letnia wtedy Maria to nie tylko wnuczka żony, ale owoc zakazanej miłości Konstantego i Karoliny. Wynikałoby z nich, że moim pradziadkiem nie byłby Józef Wiktor, lecz Konstanty Pawlikowski senior. Oczywiście nie dajemy wiary niesprawdzonym pomówieniom, nawet tak romantycznym! W imieniu młodziutkiej właścicielki Babicy pieczę nad majątkiem sprawowała jej matka – Olga Wiktor z domu Wasilewska, urodzona w r. 1867. Z pierwszym mężem Józefem Wiktorem z Wojkówki miała trójkę dzieci: syna Zdzisława (1885-1916), córkę Marię Zofię (1889-1943) i syna Józefa (1896-1972). Później, po tragicznej śmierci męża, wyszła za mąż za Witolda Uznańskiego, który podczas II wojny został zamordowany przez hitlerowców. Olga przekazała Babicę córce po jej zamążpójściu, a więc w 1913 r. Sama mieszkała wtedy w pobliskim Czudcu, a Babica popadała w ruinę. Zmarła w 1936 r. w wieku 69 lat. Młode małżeństwo moich rodziców, „radując” się z powodu ran odniesionych przez Chimka w bitwie pod Gorlicami mogło się osiedlić w swojej Babicy.

Gorlice Maria (Mucha)Ojciec, znakomity zarządca wielu majątków ówczesnej arystokracji zabrał się energicznie do dzieła i stopniowo postawił Babicę na nogi. Uwili nasze gniazdo rodzinne. Jedno tylko wtedy zmartwienie nie pozwalało im cieszyć się do końca: nie mogli doczekać się dzieci. Modlili się do Matki Boskiej, patronki Mamy, aż po czterech latach przyszłam na świat ja. Ojciec wystawił wtedy w naszym parku, na wysepce w jeziorku, dużą figurę Matki Boskiej, jako wyraz wdzięczności za córkę. Potem przyszli jeszcze na świat moja siostra Maja i brat Kot. Przy każdym urodzeniu dziecka Ojciec zasadził lipę w pobliżu domu. Do dziś stoi tam jeszcze tylko moja lipa. Z naszej trójki też żyję tylko ja jedna.

Joachim (Chimek) JarochowskiWiem, że już kiedyś pisałam o mojej lipie, ale nie dziwcie się, że do niej wracam. Tak jak wracam do „mojej”  Babicy, którą straciłam zanim stała się całkowicie moja. I do rodziców, o których myślę z czułością i wdzięcznością.

„Jako lekarz – zalecam; jako człowiek – odradzam”

I Wojna Światowa, która wybuchła w 1914 roku, a więc równo 100 lat temu, zastała mojego Ojca w majątku Lubomirskich w Przeworsku, gdzie pełnił funkcję zarządcy. Mieszkał tam wraz Marią Jarochowską z d. Wiktor, moją późniejszą Matką, którą poślubił w 1913 roku, w przydzielonym mu małym domku. Ponieważ pochodził z poznańskiego (z majątku rodzinnego w Jarochowie), był poddanym króla Prus i cesarza niemieckiego Wilhelma II Hohenzollerna, zwanym czasem familiarnie „Wilusiem”. Polski formalnie wtedy przecież nie było. Powstała dopiero po 123 latach zaborów, w 1918 roku. Tak więc w 1914 roku Ojciec został wcielony do armii niemieckiej jako zwykły żołnierz piechoty. Można powiedzieć więc, że moi synowie mieli „dziadka w Wehrmachcie”! Ojciec wspominał początki wojny, jako nieustanne przewożenie jego i innych oddziałów po Europie. Zazwyczaj zwykli żołnierze nie wiedzieli nawet, gdzie aktualnie się znajdują. Ojciec wiedział tylko, że stacjonowali w Belgii pod Ypres, po czym znalazł się w okolicy Królewca w Prusach wschodnich, następnie przewieziono ich do wschodnich rejonów Karpat. Nigdzie nie walczyli, tylko stacjonowali nie wiadomo, po co. Jednak w początku maja 1914 roku, jego oddział znalazł się pod Gorlicami. Moja Matka jeździła za mężem wszędzie, gdzie tylko mogła ustalić jego miejsce pobytu. Jeździła wraz z matką Ojca – Jadwigą Jarochowską z domu Moraczewską. Wynajmowały zwykle jakiś dom położony blisko miejsca stacjonowania oddziału i stamtąd odwiedzały Chimka. Takie były czasy!

Gorlice Chimek Jarochowski ok. 1927 r.Młody Joachim Jarochowski – mój ojciec w tamtych czasach

Dziś wiem, że przemieszczanie żołnierzy w różne strony Europy było strategią armii niemieckiej, mającą na celu zmylenie Rosjan, co do rzeczywistych intencji sojuszniczych armii koalicji niemiecko-austriackiej. A polegały one na tym, że nieoczekiwanie rozpoczną one atak na całej linii frontu od Bałtyku po Morze Czarne. Tak też zrobili. W dniu 2 maja 1914 r. rozpoczęła się batalia. Najpierw wzdłuż całego frontu (liczącego tysiące kilometrów długości) wkroczyła ciężka artyleria, zasypując pozycje rosyjskie wieloma tysiącami pocisków i bomb, po czym ruszyła piechota. Według historyków współczesnych, bitwa pod Gorlicami  była największą bitwą górską w całej I Wojnie Światowej.

Gorlice bitwaBitwa pod Gorlicami

Rozkaz ataku dla żołnierzy z oddziału, w którym służył Ojciec, zastał ich na odkrytym, płaskim, rozległym polu, ciągnącym się do podnóża wysokiego, stromego wzniesienia, porośniętego gęstym lasem. W lesie tym kryli się liczni żołnierze rosyjscy. Atak w tych warunkach był bez sensu i z góry skazany na niepowodzenie. Niewidzialni Rosjanie (wśród których byli Polacy z zaboru rosyjskiego) strzelali do doskonale widocznych Niemców (wśród których też byli Polacy – z zaborów pruskiego i austriackiego) jak do kaczek. Skutek był do przewidzenia. Ojciec został ranny: odłamek pocisku trafił go w łokieć. Ojciec legł w trawie nieprzytomny i leżał w upale do zmroku. Kiedy wreszcie ocknął się pod wpływem nocnego chłodu, wstał, po czym zorientował się, że wszyscy z jego oddziału zginęli, oprócz niego. Pod osłoną nocy, osłabiony, przemknął się do majątku Długoszów w Siarach. Był tam ustanowiony armijny lazaret i punkt opatrunkowy. Ojca zaopatrzono i wysłano na tyły frontu na dalsze leczenie. Stamtąd Matka dostała powiadomienie. W późniejszych latach mówiła nieraz z humorem, że kiedy dostała wiadomość, iż Joachim Jarochowski został ranny w bitwie, to skakała z radości na metr wysoko! A trzeba wiedzieć, że zawsze miała sporą nadwagę.

Gorlice Mucha z Wiktorów JarochowskaPortret Marii z Wiktorów Jarochowskiej – mojej matki (autor Tadeusz Cybulski)

Matka zaczęła ruszać wszelkie koneksje i znajomości, aby jej męża można było porządnie wyleczyć. Aż pewnego razu dotarła do generała (nazwiska już nie pamiętam), lekarza, który na jej błagania o leczenie męża odpowiedział znamiennie: „Jako lekarz – zalecam; jako człowiek – odradzam”. Matka zrozumiała w lot, że jest to szansa, iż Ojciec może nie być wysłany na front, co też się potwierdziło. Miał on wprawdzie do końca życia paraliż trzech palców prawej dłoni, ale tak ją usprawnił, że niemal wszystko nią robił: pracował, grał w tenisa, polował, jeździł konno. No i przede wszystkim przeżył, dzięki czemu możecie czytać te słowa!

Gorlice MuchaMoja matka w tamtych czasach

Lato, lato, kwiaty, kwiaty..

Niby przyszło lato, słońce, ale wciąż było zbyt zimno, aby wybrać się na taras. Kot mi to powiedział, nie opuszczając mojego łóżka. Nasłuchiwałam więc śpiewu ptaków i grzechotania srok za oknem. Patrzyłam na kwiaty w wazonach, których o tej porze w domu jest cała masa. Niektóre piękne i szlachetne, jak na zdjęciu poniżej. Postawiono je na parapecie mojego okna, i stąd ten wpis o kwiatach, gdyż stale na nie patrzę i o nich myślę..

IMG_0294Bukiet róż w towarzystwie naszej Pandusi, która pozuje do zdjęcia. Dzisiaj jest podobno dzień psa

Ostatnia niedziela czerwca była wreszcie bardzo ciepła, więc spędziłam ją w dużej mierze na tarasie. Oczywiście synowej chodziło o to, abym się trochę poruszała, a nie tylko napawała wyglądem pięknych kwiatów oraz pergoli z winorośli.. Trzeba przyznać, że jest na co popatrzeć! Doceniłam piękny kolor obfitej surfinii, i rozmaitość dalii w wielkiej donicy. Równie piękne są pnące pelargonie oraz te wielkie, stojące na baczność i obsypane masą kwiatowych kul. I jeszcze niecierpki, te mniej szlachetne o małych delikatnych kwiatkach. Widziałam je kiedyś na zdjęciu z Kostaryki, gdzie był mój syn, w postaci wielkich krzaków obsypanych kwieciem. Tak jest ze wszystkimi kwiatami, potrzebują ciepła i słońca. W Hiszpanii, gdzie byłam u wnuczki, cały sąsiedni dom i otaczający go mur, oplatały cudowne bougenville, pachniały kwiaty pomarańczy, a w miejskim parku rozmaite lilie były wielkości człowieka!

IMG_0300A musicie wiedzieć, że ja nawet w Norwegii, gdzie aura nie jest specjalnie sprzyjająca, plantowałam w ogrodzie i na tarasie masę kwiatów. Wcześniej w naszym majątku w Babicy zajmował się tym bardzo sympatyczny ogrodnik, więc nie nabrałam wielkiej wprawy, ale nadrobiłam to potem i do dziś mam „rękę do kwiatów”. Nie wszyscy to mają, ale ludzie ze wsi, tak jak ja, chyba częściej niż inni. Zawsze polowałam na rzadkie kwiaty w różnych domach, aby uszczknąć po kryjomu szczepkę i wsadzić ją dość szybko do wody. Zawsze się przyjęła. Mieliśmy w Babicy cudowne, kremowe pnące róże z gatunku Marechal niel, a na klombach wyniosłe irysy, mieczyki i chyba hortensje. I znów róże wielu odmian i kolorów. Wszędzie też pięły się groszki, gdyż matka je bardzo lubiła. Było więc, jak w piosence Ewy Demarczyk „groszki i róże”. Zawsze dostaję od przyjaciół groszki, zaś od rodziny – konwalie. I polne kwiaty od synowej..

IMG_0258Dzieci, w tym wypadku nasze Julcia i Polcia, bywają ozdobą ogrodu

A w Norwegii ustawiałam skrzynki piętrowo na kamieniach, wieszałam kosze z donicami, ustrajałam kwiatami np. stare taczki i różne stare garnki walające się w ogrodzie. Stąd lubię kolor różowy, bo szeroka gama różu, aż do fioletu, ozdabiała najpiękniej surową urodę norweskiej natury. Nawet na małym balkoniku (na zdjęciu poniżej) kwitły kwiaty. Norwegowie to doceniali i podziwiali. Uwielbiałam na przykład nasturcje, bo mi przypominały małe polskie ogródki.

Kika i nasturcjeNa tarasie w Stavanger z rodziną

Kiedyś synowa wróciła zachwycona z Holandii, gdzie właśnie kwitły narcyze, tulipany i żonkile. Codziennie znajdowała tam w swoim pokoju świeże kwiaty. To też jest nadmorski kraj o klimacie raczej surowym. Pewnie dlatego ludzie kochają kwiaty i wkładają dużo wysiłku w ich pielęgnację.  Od tego czasu na wiosnę, synowa taszczy do domu naręcza różnokolorowych tulipanów. A ja zanurzam w nich twarz. Niektóre pięknie pachną, a wszystkie są  jedwabiste w dotyku. Albo łubiny! Popatrzcie na zdjęcie z Wołowca, gdzie te kwiaty wyszły po prostu z ogrodu Pani Marii  i obsadziły przyległe poletka, rowy i skraj lasu. Ponoć było tam jeszcze więcej kolorów! Fiolety i odcienie różu.

DSCN0669Niestety nie mogę tego zobaczyć w naturze. A może ze trzy lata temu jeszcze,  podziwiałam piękne malwy w Zabrzeży, ślicznym, letnim domu Teresy i Krzysia Kwintów.  Spędzają tam każdą wolną chwilę, a Krzysiek podobno sam wszystko naprawia, maluje i cuduje. I efekty zaraz widać! Ciekawe kto dba u nich o kwiaty? Bo chyba nie same sobie radzą? Tak mówił o kwiatach nieodżałowany przyjaciel domu, Kaczor, że u niego w mieszkaniu kwiaty same sobie radzą. Ale chyba zmyślał, bo żyły.

DSCN0895Malwa w Zabrzeży

A jeszcze w zeszłym roku byłam z rodziną w ogrodzie botanicznym, by podziwiać różne cuda. Na przykład wielki łan rumianków. Teraz patrzę na stojące w wazonie. Sami powiedzcie, czyż nie jest to najpiękniejszy widok? Właściwie trudno znaleźć słowa, aby je opisać, lepiej sadzić i potem patrzeć jak rosną. Róbcie to koniecznie, a będzie się wam pięknie żyło!

IMG_0298

Czyżby koniec sezonu?

Kończy się sezon towarzyski, za chwilę wakacje, urlopy i podróże. Nie będę narzekać, z pewnością będą mnie odwiedzać ci, którzy akurat są w mieście. Sama pamiętam ten czas, mimo iż nie było mnie stać na wywczasy i często zostawałam w mieście, jako bardzo miły! Można było nareszcie odpocząć od dzieci, Inni też wysyłali swoje na kolonie i spotkaniom nie było końca! W niedzielę jak zawsze wędrowaliśmy po okolicach Krakowa, które dzięki temu znam doskonale.

Ostatnio, z okazji imienin synowej, wiele osób nas odwiedziło, a niektóre z nich zasiadły na dłużej, na pogawędkę przy mnie. Musicie wiedzieć, że nie bardzo mam już siły na dłuższe bywanie w salonie wśród gości i mój bardzo wygodny fotel zajmuje teraz Panda, nasza bardzo towarzyska pieska, która pilnie baczy na to, co wjeżdża na stół. Zawsze coś zdąży zwinąć, ostatnio zmywała talerze z końcówkami zostawionych na nich szparagów oraz łupin z bobu. Wystawcie sobie: żeby pies jadł zieleninę?! Oczywiście uwielbia też czereśnie (pestki czasem wypluwa), a truskawki najchętniej w śmietanie. Rzodkiewką też nie pogardzi!

Wśród miłych gości trafił się Zygmunt, przyjaciel mojego syna, którego znam od lat, gdyż razem byli w domu dziecka w Krzeszowicach. Otóż Zygmunt, z którym długo sobie porozmawiałam, przypomniał sobie prezent, jaki mu przywiozłam wiele lat temu zza granicy. Było to mydło na sznurku zawieszane, rzecz bardzo praktyczna dla kogoś, kto może mieć trudności ze znalezieniem go, gdy mu się z rąk wyśliźnie i „ucieknie”. Zygmunt jest niewidomy, więc dla niego była to bardzo praktyczna rzecz! Bardzo go podziwiam, gdyż należy do niezwykłych ludzi, nie tylko, dlatego, że był i nadal jest bardzo zaradny, ale ze względu na jego odwagę za komuny, gdy działał w opozycji, a potem w podziemiu i nieźle za to obrywał. Powspominaliśmy stare dzieje, Zygmunt uważnie wypytał mnie o samopoczucie i wiem od synowej, że dzwonił z radami jak mam się odżywiać, żeby utrzymać się przy życiu.

Przyszli też Ania i Romek, z którymi serdecznie się przyjaźnię, mimo, iż jak reszta gości są z pokolenia moich dzieci. Z Romkiem rozmawia mi się wyśmienicie. Należy on do niezwykle wrażliwych słuchaczy, a i sam ma wiele do opowiedzenia. Niestety jest człowiekiem bardzo zajętym i nie widujemy się zbyt często. Z kolei jego żona zwana u nas Myszką obdarowuje nas wszystkich wspaniałymi prezentami. Od Romka dostaję zawsze piękne kwiaty.

Z kolei Nina i Rysiek stanowią razem bardzo ciepłą parę i z wielką troską zapewniali mnie o konieczności jedzenia, aby żyć. Robili to z humorem, gdyż szczególnie Rysiek prześmiewa wszystko, co się da. Niestety też nie zaglądają zbyt często. Może właśnie dlatego spotkania z nimi zawsze potem długo pamiętam. Mają też kapitalnych synów, których wieki całe nie widziałam.

Część towarzystwa, tak zwaną czwartkową, widuję częściej i właśnie za parę dni zapewne się spotkamy. Jest wśród nich wybitny naukowiec i równie wybitny kucharz, Krzysztof, który przyniósł na spotkanie (nie po raz pierwszy zresztą) bardzo ponoć pyszne danie. Załączam zdjęcie – zgadnijcie sami, co to jest. Grzechem byłoby przecierać to przez sitko, a tylko w tej postaci mogę ostatnio przyjmować pokarmy.

danie KrzysiaZobaczymy, co przyniesie w czwartek! Jest to człowiek, z którym każda rozmowa osiąga wysoki poziom i jest bardzo interesująca. Krzysztof ma specyficzne poczucie humoru z nutą złośliwości i sprawia wrażenie trzymającego dystans. A naprawdę jest bardzo bliskim i oddanym przyjacielem rodziny. W ogóle to czwartkowe towarzystwo jest atrakcyjne – chyba też dla siebie samych, bo nieustannie się spotykają ze sobą, rzecz jasna w czwartki u nas, ale nie tylko. I tak, zawsze czekam na Kasię i Mirka, ukochaną Beatę i jej bardzo przystojnego partnera. I oczywiście sąsiadów: Ewę i Krzysia oraz Irenę i Jacka. No i przede wszystkim na Jasia Strzałkę, który wiernie do mnie telefonuje, a jak już przyjdzie, toczymy niekończące się rozmowy! Z Jasiem właśnie moja synowa spędziła swój wieczór imieninowy w Teatrze Starym na spotkaniu z cyklu „Na kanapie Konrada Swinarskiego”. Dwóch wybitnych filozofów: oo. Jan Andrzej Kłoczowski i prof. Zbigniew Mikołejko, dyskutowało niezwykle błyskotliwie i ciekawie na temat wolności, tożsamości, duchowości i polityki. Na ten ostatni najmniej, chociaż stanowi on kontekst pozostałych. Zachwycające jest to, że wciąż coś ciekawego dzieje się w tym Krakowie! Smutne, że nie mogę tam bywać, ale dostaję wyczerpujące relacje. Synowa już myśli, na co pójść w trakcie festiwalu kultury żydowskiej. Jak więc widzicie trudno mówić o końcu sezonu!

List do Estreichera

Obiecałam napisać o liście sprzed przeszło sześćdziesięciu lat, który został odnaleziony w archiwum rodziny Estraicherów, a którego kopię przyniosła ostatnio Marysia Vetulaniowa. Autorką jestem ja sama, chociaż piszę jako mój pierworodny syn Maciek. List opisuje jego położenie zaraz po porodzie i adresowany jest do lekarza, który towarzyszył odbieraniu Maćka przez Staszka Szyszkę. Ów lekarz to właśnie bodaj Leon Estraicher (imienia nie jestem pewna), którego znałam z Krakowa.  Przyjechał do Dusznik na krótki urlop i trafiła mu się gratka, czyli pomoc w przyjściu na świat mojego pierworodnego. Sam poród był dość śmieszny, bo szybki i bez bólu, a zachowanie obu lekarzy tak niecodzienne, że gdy to wspominam, to jeszcze odczuwam wrażenia zimna. Tego zimna, które  zawsze nachodzi kobietę po porodzie i trzeba się nią wtedy zająć, przykryć, zadbać o to, by wróciła do siebie. Ale panowie doktorzy kompletnie to zaniedbali i rozczulali się nad urodą mojego syna. Zupełnie jak stare ciotki, zastanawiali się, do kogo jest podobny i „jakie ma śliczne brewki” i jaki jest urodziwy. Ja leżałam bez opieki, a nie chciałam krzyczeć, żeby nie budzić innych pacjentów (rzecz działa się w nocy, jak na przyzwoity poród przystało). W końcu skończyli, obmyli dziecko i przyszli do mnie. Stąd może pomysł na list (poniżej) od maleńkiego Maćka,  do przyjmującego poród lekarza, który tak się nazachwycał noworodkiem!

List od małego MaćkaNastępne wydarzenia też były zabawne. Gdy zobaczyłam dziecko nazajutrz, byłam bardzo zawiedziona jego wyglądem Wydał mi się dość brzydki w porównaniu z tym nocnym opisem. Nie było śladu brewek, mały miał zaledwie parę włosków i tylko wielkie oczy, które odziedziczył po swoim ojcu dodawały mu uroku. Postanowiłam poprawić mu nieco urodę, gdyż w odwiedziny miał przyjść mój ojciec. Szybko namalowałam mu czarną kredką brakujące brewki. Okazało się jednak, że pogorszyłam sytuację, gdyż delikatna skórka noworodka zareagowała opuchlizną i zaczerwienieniem. I tak go znalazł jego dziadek Chimek, który bardzo czekał na wnuka. Ku mojemu zdumieniu, ale też radości, ojciec uznał, że jego wnuk jest najpiękniejszym dzieckiem, jakie w życiu widział. Wiedziałam, że być może prawda jest inna, ale bardzo mnie to uspokoiło.

Maciek w mau 1947Swoją drogą mój syn wyrósł potem na bardzo ładnego chłopca i przystojnego człowieka, a jego urodę zawsze podkreślały piękne brwi nad mądrymi oczami. Te  piękne  oczy odziedziczyła po nim córka Kasia. Po tym wszystkim nabrałam przekonania, że uroda jest rzeczą względną, a dziadkowie bywają bardziej zaślepieni od rodziców. Chociaż mój wnuk Piotr twierdzi uparcie, że jego dzieci są obiektywnie najładniejszymi na świecie. Może to tylko mężczyźni są tak bardzo zaślepieni miłością?

Cup of tea

Home, my sweet home! Nareszcie wróciłam do domu, chociaż nie byłam w stanie wejść do niego na własnych nogach. Jestem dużo słabsza bo apetyt mam tylko na herbatę i to taką jak lubię: mocną, gorzką i podaną w pięknej porcelanowej filiżance. A jak się zapewne domyślacie nie miałam do niej dostępu w pensjonacie, gdzie podają w kubeczku lekko zabarwioną wodę i usiłują ci ją posłodzić!

filiżankaMam nadzieję, że „moja” herbata postawi mnie na nogi, chociaż synowa mi podaje dodatkowo jakiś wzmacniający napój o smaku waniliowym i zapewnia, że i tak muszę wrócić do jedzenia. Ale póki co myślę z wdzięcznością o herbacie. Lubiłam ją już przed wojną, a jeszcze bardziej wtedy, gdy ktoś z babickich gości oświadczył, że jest znacznie lepsza, gdy niesłodzona. W czasie wojny piło się napój herbaciany gorszego sortu, a kawy prawie nie było. Ale już po wojnie, pamiętacie herbatę Ulung w puszkach? W Norwegii, która pije cienką kawę na sposób amerykański, można było kupić każdy rodzaj herbaty i rozmaite podgrzewacze na stół, co sprawiało, że była cały czas dostępna. Nawet -  jak przed wojną – dostepna była herbata z samowara! Był czas, że po godzinie 17.00 nie mogłam pić mocnej herbaty, gdyż wtedy nie mogłam zasnąć. Odkryłam wtedy smakowe herbaty owocowe, w tym moją ulubioną z czarnej porzeczki. Teraz piję herbatę naturalną, czasem earl grey, chętnie lapsang souchong, która smakuje jakby była lekko podwędzana. Tak więc rozkoszuję się swoim łóżkiem, herbatą oraz towarzystwem Konstancji, która przywitała mnie owacyjnie, a teraz głośno mruczy, gdy ją głaskam.

kika i KotKonstancja zwana Kotą, z którą dzielę pokój oraz łóżko

Patrzę też na kwiaty – ostatnie piwonie i ostro pomarańczowe bratki, które pachną szalenie. Nie ma to jak w domu! W telewizji jak to mówią ogórki, ale też sensacje z jakimiś podsłuchanymi rozmowami. No i piłka nożna, będzie można wspólnie z wnukiem i może nawet synem oglądać mecze. Powoli dojdę do siebie i mam nadzieję wrócę do pisania dla Was. Synowa z pewnością zacznie wystawiać mnie w fotelu na taras, gdzie kwiatów ponoć moc! Przybędą czwartkowi goście, wpadną z wrzaskiem prawnuki: Pola, Malwina, Ignaś i Julka, a może Maurycy i Makary oraz coraz bardziej rozumny (sądząc ze spojrzenia) półroczny Adaś. A co do remontu – wciąż trwa i końca nie widać..

Jeszcze na wygnaniu..

Pragnę zapewnić czytelników, że myślę o nowych wpisach, które jednak pojawią się niebawem po moim powrocie do domu. To się przeciąga, gdyż remont zawsze napotyka na przeszkody i wydłuża w czasie. Ja postanowiłam wrócić do domu, gdy w łazience będzie już woda. Nasza rodzinna projektantka wnętrz, moja wnuczka warszawska – Kasia, ma coraz to nowe pomysły, a rodzice jej kibicują. Mam nadzieję, że w planie jest woda w łazience, ale kiedy to nastąpi? Póki co jest mowa tylko o lustrach i płytkach, fugach  oraz punktach świetlnych. Synowa planuje kwiaty w łazience.

groble

IMG_0006

Tymczasem jestem w pensjonacie w Grobli (zdjęcia powyżej) gdzie odwiedzają mnie ludzie i zwierzęta (przychodzą sarny i gołębie zakładają gniazda na moim balkoniku). Opieka jest bardzo dobra, wciąż ktoś wpada, dopytuje się o samopoczucie lub przynosi jakieś smakołyki. Często zaglądają przyjaciele i rodzina. Gdyby mi tylko sił przybywało, a nie ubywało, niestety jest odwrotnie.. Wszyscy przypisują to apetytowi, który mnie chwilowo opuścił. Na szczęście jest to apetyt na jedzenie, a nie na życie!  Czekajcie na mnie, mam sensacyjne sprawy dzięki Marysi Vetulaniowej, która przyniosła pewien list sprzed przeszło sześćdziesięciu lat. Od kogo?  Cierpliwości, proszę! Przesyłam Wam wielkie serdeczności z miejscowości Grobla, gdzie odpoczywam od miasta.

luft z WierąOdwiedziny Wiery, serdecznej sąsiadki z domu w Krakowie

Wakacje przez remont

Drodzy czytelnicy, spieszę powiadomić, że zostałam wywieziona „na luft” czyli przymusowy pobyt w pensjonacie w miejscowości Grobla niedaleko Nowego Brzeska. Jest tu bardzo wygodnie wręcz luksusowo! Odwiedzajcie mnie – zapraszam! Rodzina chciała mi oszczędzić huku i kurzu z kucia łazienki,  w której trwa remont, oraz braku wody bieżącej. Taka jest oficjalna wersja,  nigdy nie wiadomo czy to prawda? Przekonam się po powrocie, czyli za dwa tygodnie i tą drogą dam Wam znać. Martwię się jedynie o koty, bo sytuacja życiowa się im z pewnością pogorszy. Ale przetrwają!  Czego i Wam serdecznie życzę. Adios!

Makatka1

Koty łowią ryby

Ryszard Horowitz w Krakowie!

Znów czas poleciał do przodu i nie da się go dogonić. Majówka, na którą wszyscy czekają, gdzieś wyjeżdżają, biegają, na coś się umawiają, już dawno za nami. Miło wspominam te dni, gdyż codziennie zjawiał się ktoś z Warszawy, a na koniec nasz przyjaciel, specjalista od inkunabułów, Michał Spandowski, załapał się na wystawę Ryszarda Horowitza, na którą naturalnie też się wybrałam do Pałacu Sztuki.  I powiem wam, że nie żałuję, bo było to wydarzenie na wielką skalę!

Kika i HorowitzSpotkanie na wernisażu w 2014 r

Był cały Kraków – kto żyw przygnał na wystawę. Było masę zdjęć Ryśka, był on sam z rodziną i wielką świtą krakowskich VIP-ów. Nieoceniony Jurek Vetulani zdobył dla mnie katalog z wystawy, a bardzo uprzejmi i przystojni młodzieńcy wnosili mnie na wózku  i znosili z wysokich schodów. Nad wszystkim czuwał mój ukochany wnuk Piotrek, dzięki któremu mój wózek nie został zadeptany w tłumie.

HorowiyzZdjęcie z plakatu na wystawę

Rysia Horowitza znam jeszcze z czasów krakowskich, gdy był nastolatkiem i nic nie zapowiadało, że dojdzie do takiego poziomu artyzmu w fotografii. Chodził do szkoły, interesował się sztuką. Był prześlicznym i bardzo miłym chłopcem. Poznałam też jego uroczą siostrę i nie muszę zapewniać jak błogosławiliśmy los, że ta rodzina wyszła żywa z wojny. Ryszard, już, jako dorosły człowiek, opowiadał mi z czułością o swojej mamie. Zapamiętałam np., że gdy ją odwiedził chyba w Wiedniu, zachęcała go by jadł sardynki zapewniając, że są „zagraniczne”.

IMG_0567nasze spotkanie po wielu latach – kilka lat temu w Krakowie

Jego samego spotkałam w Nowym Yorku, gdzie wybraliśmy się do wielkiego, kilkupiętrowego sklepu z aparatami fotograficznymi, kamerami etc. Potrzebowałam jakiegoś obiektywu dla syna Jaszy i Rysiek znalazł go, wybrał, a zamiast zapłacić podpisał jakiś świstek. Gdy pytałam go czy nie ma karty, czemu nie dał czeku, mruknął tylko, że „znają go tutaj i ani karty, ani niczego nie potrzebuje”. Zażartowałam, że gdybym wiedziała, poprosiłabym o dużo więcej, wyobrażając sobie, że on nie musi wcale za to płacić! Rysiek był dla mnie bardzo uczynny i miły. I zawsze z tym nieśmiałym uśmiechem, który mu do dziś pozostał, a który jest chyba zasłoną dla przeżyć i uczuć, których nie ujawnia. Teraz na wystawie, wyglądał na bardzo skrępowanego własną wielkością.. Cieszę się, że ma szczęśliwą rodzinę, śliczną i przemiłą żonę i że jego zdjęcia dają ludziom tyle pięknych, mocnych wrażeń.

IMG_0571na poprzedniej wystawie w Krakowie, Ryszard z żoną

Na wystawie spotkałam też Jurka Fedorowicza, aktora, działacza społecznego i polityka, który siedział ze mną dłuższą chwilę. Mogłam powspominać odległą przeszłość, np. o tym, że gdy rodziłam mojego Maćka na ziemi kłodzkiej, pan Jerzy urodził się w tym samym miejscu i w tym samym czasie! Pamiętam, ile razy przyjechałam z Norwegii, zawsze się gdzieś z nim spotkałam, najczęściej na jakimiś wydarzeniu ważnym dla Krakowa. I zawsze witamy się serdecznie jak starzy przyjaciele, jakby wyczuwając, że na podobnych sprawach nam zależy. Tym razem pan Jerzy pokazywał wszystkim zdjęcia swoich wnuczek w telefonie komórkowym. Pomyślałam sobie, że kolejna rzecz go łączy z moim synem, poza miejscem i czasem narodzin, to jest miłość do dzieci i w ogóle do ludzi!

jerzy fedorJerzy Fedorowicz taki, jaki jest

Jeszcze przed oczami przesuwają mi się twarze przyjaciół spotkanych na tym wernisażu: siostry Leszczyńskie, Joanna Ronikierowa i jej córka Kasia, cała rodzina Vetulanich, Irena i Jacek Nalepowie i wiele innych. Tylko nikt z naszych nie zrobił mi żadnego zdjęcia! Ale zmyślna żona mojego wnuka, znalazła jedno zdjęcie w internecie, więc zamieszczam je na początku niniejszego wpisu. Dziękuję Lucynko!

Przypadki pana Bylickiego

Gdy ma się już prawie setkę lat na karku, liczba osób, z którą się człowiek w życiu zetknął może przyprawić o zawrót głowy. Jednak niektórzy ludzie zostawili jakiś trwalszy ślad w mej pamięci. Należy do nich niewątpliwie pan Stanisław Bylicki, o którym już kiedyś pisałam, a który miał coś, co można nazwać szóstym zmysłem, czy może nadprzyrodzonymi zdolnościami przewidywania niektórych zdarzeń. Dzięki temu potrafił wychodzić cało z niezwykłych opresji. Podczas mijającej majówki odwiedziła nas rodzina pana Stanisława, przywożąc prawdziwe skarby – film z wesela Kasi Bylickiej z 1940 roku, na którym jestem odmłodzona o przeszło 70 lat! Przeglądam w komputerze stare zdjęcia z tamtych lat, zostawione dla nas przez Nika Bylickiego i Jego żonę Irenkę i wspominam, wspominam.. Przypomniała mi się kapitalna historia właściciela Żyznowa, który na tych zdjęciach stanowi piękne tło dla uroczej, zgranej rodziny Bylickich i ich krewnych i przyjaciół.

ŻyznówŻyznów od strony zajazdu

Kiedy 1-ego września 1939 roku Niemcy najechali Polskę, wielu rodaków uciekało na wschód. Wojna już wcześniej wisiała w powietrzu, więc atakiem ze strony Wermachtu nie byliśmy jakoś szczególnie zaskoczeni. Jednak nagle zdarzyło się coś, czego nikt nie był w stanie przewidzieć: 17-ego września ruszyli na nas także Sowieci. Państwo Byliccy mieli majątek Żyznów na Rzeszowszczyźnie, niedaleko naszej Babicy, ale posiadali też mieszkanie we Lwowie. Wtedy wielu ziemian miało jakieś drugie lokum w większym mieście, zwykle Lwowie lub Krakowie, bo do obu tych miast często się jeździło – a to załatwiać sprawy urzędowe, a to w interesach, a to w odwiedziny do znajomych, czy na różne bale. Po ataku ze strony Rosjan zapanowała konsternacja i gdy nasza klęska już była jasna, wszyscy się głowili, do której strefy lepiej trafić: okupowanej przez Niemców czy przez Rosjan? Żydzi przeważnie uciekali na wschód, ziemianie jednak woleli zostać w swoich majątkach, licząc (jak się później okazało – raczej słusznie), że słynący z gospodarności Niemcy, nie będą chcieli zrobić krzywdy producentom płodów rolnych.

Wtedy nikt z nas nie wiedział, czego się tak naprawdę spodziewać ani po jednych ani po drugich. Zwłaszcza Rosjanie stanowili zagadkę, bo choć co nieco wiedziano o ich nieludzkiej polityce wobec „obszarników” i „kułaków” na terenie ZSRR, to naiwnie liczyliśmy, że na terenie podbitej Polski nie pozwolą sobie aż na tyle. Ale co to wszystko ma do pana Bylickiego?

Żyznów Bylicki w powozieŻyznów Bylicki w powozie2Otóż w trakcie klęski wrześniowej rodzina Bylickich się podzieliła: ich dorosłe już dzieci Wojtek, Kasia, Andrzej i Magdzia pojechały do Lwowa, a rodzice zostali w swoim majątku w Żyznowie. Wtedy jednak jak grom z jasnego nieba spadł na nas atak radziecki i okazało się, że zostali rozdzieleni nową granicą. Przebiegała ona w okolicach Przemyśla i okazała się bardzo trudna do sforsowania. Pan Bylicki nagle postanowił pojechać swoim samochodem do Lwowa i przywieźć dzieci do Żyznowa. Odwodziliśmy go od tego wszyscy: „Dla Sowietów jesteś obszarnikiem, zaraz Cię zastrzelą”, „Życie Ci niemiłe – samemu się pchać w ich łapy?!”.

Jednak pan Bylicki miał – jak już wcześniej wspominałam – pewną niezwykłą zdolność. Po pierwsze posiadał wielki dar przekonywania i wzbudzania zaufania. Mógł pleść przysłowiowe androny (i lubił to robić), a Ci co go nie znali, wierzyli w to święcie. Po prostu się wydawało, że skoro on tak powiedział, to tak właśnie musi być. Po drugie: nachodził go czasem taki dziwny stan, że umiał jakby przepowiadać przyszłość; wiedział co nastąpi i co w związku z tym należy zrobić. Dzięki temu przez dwadzieścia lat udało mu się utrzymać Żyznów, mimo że rodzina miała ogromne kłopoty finansowe. Ich majątek wielokrotnie powinien zostać zlicytowany, ale pan Bylicki zawsze jakoś wychodził z tego obronną ręką. Mój ojciec wiele razy mówił: „No, tym razem jednak mu się nie uda, na pewno stracą Żyznów”, po czym się okazywało, że dzięki zdolnościom pana Stanisława jakoś się wykręcali.

Kiedy więc we po klęsce wrześniowej ustaliła się granica, licznie obsadzona wojskiem i pogranicznikami, pan Bylicki, niepokojąc się o losy dzieci postanowił pojechać do Lwowa. Nie miał o nich do tej pory żadnych informacji, ale naszło go jedno z tych przywidzeń, że to właśnie dziś ma się zebrać i pojechać. My byliśmy pewni, że w najlepszym razie mu się nie uda, a w najgorszym nie wróci żywy, on się jednak na nikogo nie oglądał, wsiadł w auto i pojechał. Dotarł na punkt graniczny niedaleko Przemyśla i okazało się, że Niemcy żadnych trudności nie robią, nawet nie bardzo pilnując granicy. Trzeba więc było dogadywać się z Rosjanami.

Pan Stanisław zgłosił się do jakiegoś dowódcy punktu granicznego, powiedział, kim jest, że ma majątek, chce kupić benzynę, że ma samochód z szoferem i chce jechać do Lwowa po dzieci. Sowieci go przesłuchali, po czym zostawili na zewnątrz komendy i kazali czekać. Odtąd zaczęły się niekończące, trwające kilka dni przesłuchania, ciągle z tym samym zestawem pytań: kim jest, po co jedzie, do kogo itp. Noc spędzał w aucie, po czym od rana przychodzili kolejni Rosjanie, a to zwykli żołnierze, a to jacyś komisarze, czasem ci sami, czasem inni i wciąż pytali o to samo. On za każdym razem cierpliwie odpowiadał zgodnie z prawdą. Podejrzliwym Rosjanom się w głowie nie mieściło (zresztą nikomu by się nie pomieściło!), że ziemianin sam, z własnej woli, może chcieć jechać do ZSRR. Sami nie wiedzieli, co zrobić w tak nietypowej sytuacji, zwłaszcza, że w Armii Czerwonej ryzykownie było podejmować samodzielnie jakiekolwiek decyzje, zwlekali więc jak mogli. Nagle jednego z oficerów olśniło i podszedł do p.Bylickiego mówiąc: „Chcecie przywieźć tu dzieci, tak? To jak my je tu przywieziemy ze Lwowa, to będziecie zadowoleni i odjedziecie stąd, tak?”. Pan Stanisław odpowiedział, że tylko o to mu chodzi. Wtedy Sowieci zaproponowali, żeby dał im swoje auto, to przywiozą całą czwórkę.

żyznów samochód2Każdy by się w tej chwili zastanawiał, że w tej sytuacji nie zobaczy już ani dzieci ani auta, ale nie Staszek Bylicki. Bez namysłu przekazał im samochód, a kilku żołnierzy wsiadło wcześnie rano do środka i pojechali. Jeszcze tego samego dnia wrócili ze wszystkimi dziećmi! Potem młodzi Byliccy opowiadali nam, że po południu wpadli im nagle do mieszkania krasnoarmiejcy i zaczęli gwałtownie ich pospieszać: „Zbierać się! Bystro, bystro! Wasz tata czeka na granicy!” Byliccy wietrzyli podstęp, ale o żadnej dyskusji nie było mowy, więc chcąc nie chcąc wsiedli i pojechali. A na granicy Rosjanie ich po prostu przekazali ojcu i kazali czym prędzej odjeżdżać. Przyjechali do Żyznowa i zaraz potem prosto do nas do Babicy.

Gdy potem opowiadali komuś tę historię, wydawała się tak nieprawdopodobna, że mało kto im wierzył. Nawet my pewnie uważalibyśmy, że p.Stanisław koloryzuje, gdyby nie to, że faktycznie przywiózł dzieci z ZSRR!   Ciekawe co by teraz powiedział na wyczyny Putina na Ukrainie!