Miesięczne archiwum: Luty 2013

Ania i Frania

Dostaję sporo listów przez Internet oraz komentarzy do bloga. Jest to bardzo miłe. Myślę więc o tym, jakie znaczenie w moim życiu miały listy, kartki pocztowe i widokówki. Trochę tego było. Teraz coraz mniej używa się poczty, więcej korespondencji idzie przez Internet, a nawet telefony komórkowe! Ostatnio dowiedziałam się od wnuka, że ten Internet jest też w komórce. Nie chce mi się wierzyć, ale kto wie? Co by nie było, pisanie do innych osób było i pozostaje dużą sztuką, która jest bardzo pomocna człowiekowi. Tak było ze mną.

Pierwsze i chyba najważniejsze listy, jakie dostawałam były słane od matki do nas, dzieci do Dworku Cisowego (miałam wtedy 10 lat), gdzie przez trzy lata byliśmy w szkolnym internacie. Dotyczyły zwykle spraw codziennych, rzadziej ważniejszych i wtedy matka, nigdy niczego mi nie narzucała, coś jednak doradzała. Czekało się na te listy bardzo. Niestety wszystkie one zaginęły podczas wojny. Od tego czasu wiem, że jak opuszczasz w pośpiechu dom (na przykład w sytuacji wojny), zabieraj przede wszystkim zdjęcia i ważne listy. Pewnie teraz każdy chwyciłby swój komputer, gdyż młodzi mówią, że mają w nim wszystko. No nie wiem, jednak drogiego nam charakteru pisma, na cienkich kartkach starej papeterii w nim nie ma.

Następne listy słane też niekiedy jeszcze nie przez pocztę, ale specjalnego posłańca, to były listy miłosne i różne, że tak powiem liściki. Oczywiście część szła pocztą np. z Przeworska do Czudca, a „Panna z poczty”, szybko je przekazywała do dworu. Mam taki piękny list od narzeczonego, którego miłe memu sercu żarliwe obietnice nic, a nic się nie spełniły. Mam też mądre listy pisane przez jego stryja „ku przestrodze” w tej samej sprawie, które absolutnie nie miały na mnie wpływu. Szybko wybuchła wojna i całkiem inne listy zaczęły krążyć w naszym świecie. Dużo później okazało się, że Panna z poczty, była wysoko w strukturach AK i podglądając korespondencję oraz depesze słane przez donosicieli do Gestapo w Rzeszowie, uratowała wielu osobom życie. W czasie wojny listy często pisało się szyfrem np. że „ciocie Ania i Frania zabrały się do prania i ostro młócą, angażując wszystkich innych, więc przed Bożym Narodzeniem skończą” co oczywiście oznaczało, że dzięki Anglii i Francji koniec wojny bliski.

Listy zmn.

Po wojnie, gdy zapadła żelazna kurtyna, listy z Zachodu dopiero były w cenie! Najlepsze były kolorowe widokówki, dzięki którym można było się dowiedzieć, jak ten świat wygląda. Dostawałam je od członków zespołu „Mazowsze”, który jeździł za granicę, a z którymi bardzo się przyjaźniłam. Wiele osób po wojnie zostało na Zachodzie i tak na przykład Lutyk Małkowski (syn Olgi Małkowskiej) w długim liście z Londynu opisał swoje losy okupacyjne. Z kolei z Paryża, Andrzej Niewęgłowski, architekt zaprzyjaźniony z bliskim mi gronem ludzi, wypisywał niestworzone historie o fikcyjnych osobach. Gdy komuś się udało wyjechać jak na przykład scenografowi Andrzejowi Majewskiemu, zaraz dostawaliśmy listy lub zdjęcia „stamtąd”, w tym wypadku z Rzymu. Pewnie niektóre nie dochodziły ze względu na cenzurę, ale większość tak, ku naszej nieopisanej radości. W dodatku wyjeżdżali twórcy, inteligentni i dowcipni, więc takie same było ich pisanie. Pamiętam, że kiedyś przybiegł do mnie z wiadomością Rysiek Taedling (który potem też wyemigrował do Danii), że nasz przyjaciel Kazik Wiśniak (którego rysowane liściki bardzo sobie cenię) został pobity w Zakopanem. Było to w piątek, a w niedzielę dostaję taką depeszę z Warszawy: „Miałem straszny sen, telegrafuj zaraz co z Kazikiem, Jan , Francuska 10” . Pojęcia nie miałam, kto pisze, ale ponieważ odpowiedź była opłacona, odpisałam na adres: Jan, Francuska 10: „Sen mara Bóg wiara”. Potem się okazało, że to nasz przyjaciel Jaś Biczycki, reżyser, który niekiedy mieszkał w Warszawie, choć częściej w Katowicach, i bywał nierzadko u mnie w Krakowie, dowiadywał się, co się konkretnie stało.

Mazowsze i ...

Gdy sama znalazłam się w Norwegii, jak się okazało na czterdzieści lat, właśnie dzięki listom (z telefonami było w Polsce trudno) możliwe było utrzymanie więzi z rodziną oraz z przyjaciółmi. To była najważniejsza forma komunikacji między ludźmi. Dowiadywałam się od syna, który został w Polsce, a któremu odmawiano paszportu, gdyż jego brat uciekł przez zieloną granicę na Zachód, jak mu się żyje. Sama regularnie pisałam listy i kartki (te kolorowe, na pociechę, że jest gdzieś taki świat). Mieliśmy wprawę w omijaniu cenzury PRL -u. Drogą listowną poznałam przyszłą synową już wtedy, gdy młodzi „chodzili ze sobą”. Pamiętam kiedyś przyleciał do mnie do Norwegii siostrzeniec, wyjechałam po niego na lotnisko biorąc po drodze pocztę ze skrzynki. Mając czas na lotnisku, przeczytałam w liście od syna, że zdecydowali się pobrać ze sobą, a na ślub potrzebują specjalnego ubrania tj. skafandry, górskie buty i solidny plecak i liczą, że im przyślę, bo w Polsce nie ma tego w dobrej jakości. A ślub planują wysoko w Tatrach. Ucieszyłam się tym, a równocześnie zrobiło mi się straszliwie żal, że nie będę z nimi w tak ważnym w życiu momencie. Smutek, który mnie ogarnął sprawił, że zaczęłam płakać coraz głośniej szlochając. Miejsce było dobre – nikogo znajomego na lotnisku. Nagle jednak wyrośli przede mną przyjaciele Helga i Christian Blanc, przerażeni moim stanem, gdyż nie należę do osób płaczących, ani zbyt uczuciowych. Wyjaśniłam im przyczynę tych łez, ale oni nie rozumieli. Myśleli, że jestem niezadowolona z tego, że syn się żeni, albo z jego wybranki. „Nic z tego” – mówiłam im – „po prostu płaczę z tęsknoty i tak w ogóle”. Nadal nie rozumieli, a ja nie mogłam przestać płakać, aż wylądował samolot z Łukaszem, więc musiałam przestawić się na siostrzeńca. Był on potem zresztą na ślubie mojego syna, jako delegat rodziny. Dzięki temu ślubowi dostawałam potem dużo listów od synowej, a następnie trojga wnuków. Gdy nastały komputery, listy te były nareszcie czytelne. Co postęp, to postęp!

Babica – „Lodu, lodu!”

Zima, za oknem malowniczy śnieg pokrywa drzewa i krzewy. Wracam wspomnieniami do mojej Babicy. Uprzytomniłam sobie jak dalece zmieniły się warunki życia codziennego. Widać to jaskrawo choćby na przykładzie lodówek.

KONICA MINOLTA DIGITAL CAMERA

IMG_6159

W naszym domu, w tamtych czasach ważną rolę odgrywała lodownia. Było to pomieszczenie wielkości sporego pokoju, wymurowane w głębi ziemi, poza domem. Prowadziła do niego bramka okuta blachą, którą przechodziło się do wewnętrznego, niewielkiego pomieszczenia. W styczniu, kiedy na Wisłoku (czyli rzeczce płynącej obok naszego dworku) lód był już gruby na około metr, wyłamywało się jego kawały, przenosiło się i od góry wrzucało je do lodowni. W ten sposób powstawał wewnątrz stos lodu wysokości i szerokości po kilka metrów, otaczający ze wszystkich stron to wewnętrzne pomieszczenie. W nim przechowywało się mięso, ryby, mleko, warzywa i inne produkty. Te, które przechowywano dłużej, składano w najdalszej części, a te, które miały być wykorzystywane na bieżąco, kładziono bliżej wejścia. Stamtąd wynosiło się je do domu, gdzie obok jadalni stała lodówka. Była to drewniana szafka, która w górnej części miała trzy wyłożone blachą pojemniki przykrywane od góry pokrywami obitymi blachą. Przypominało to nieco obecne zlewozmywaki. Środkowe wypełniało się lodem, a w obu pozostałych umieszczało się żywność przeznaczoną do śniadania, czy obiadu. Pod tymi pojemnikami były półki na warzywa, owoce, konfitury, kompoty. Tam jako dzieci często się zakradaliśmy i – jeśli kucharka nie widziała – wykradało się smakołyki.

Nigdy nie zdarzyło się, aby Wisłok nie pokrył się grubym lodem. Ale pamiętam, że raz ojciec odwlekał z jakichś powodów wyrąbywanie lodu, a zima skończyła się wyjątkowo wcześnie, już w lutym i nie zdążył się z tym uporać. Przez całe następne lato słyszałam utyskiwania i narzekania ojca, że trzeba ten lód wycinać w styczniu, bo inaczej – katastrofa, a przynajmniej przyczynek do rozpadu małżeństwa.

rzeka pod lodem

W miastach jeździły po ulicach chłodnie na kółkach – wielkie, metalowe budy konne, którymi lodziarze wozili kloce lodu pozyskanego z rzek i obcinanego do standardowej wielkości (chyba 1m na 20 i 20 cm). Jadąc, krzyczeli głośno „Lodu, lodu!”, na które to zawołania z domów wychodziły gospodynie i kupowały odpowiednią liczbę kloców. Lodówki elektryczne, tak powszechne dzisiaj, zaczęły się pojawiać dopiero w latach 50-tych. Ale nie zawsze uważaliśmy, że to niezbędny sprzęt domowy! Dopiero, kiedy zaczęliśmy go używać, okazało się, że bez nich ani rusz. Tak bywa z różnymi innymi innowacjami.

 

O przyjaźni niewirtualnej

Czas pomówić o przyjaźni, gdyż jest to jedna z ważniejszych wartości w życiu człowieka. Zawsze otaczało mnie dużo osób, lubiłam życie towarzyskie, które jak powiedział zaprzyjaźniony ze mną pisarz Stefan Otwinowski „w Krakowie jest bardzo dobrze zaprogramowane”. Polega to na tym, że mieszają się ze sobą wszystkie klasy społeczne i różne środowiska. A najbardziej interesujące jest to, że profesor uniwersytetu, artysta i pielęgniarka mają szanse wymienić poglądy. I nikt się nie wywyższa. Podobnie było przed wojną w Krakowie, gdzie ziemiaństwo mieszało się z mieszczaństwem, a także z uczonymi z uniwersytetu. Bywało się w różnych domach, których gospodynie „trzymały salon”, gdzie obowiązkowo bywali artyści, czy tzw. ludzie pióra. Coś podobnego ma miejsce w domu mojego syna, w którym teraz mieszkam, gdzie zawsze w czwartek spotykają się przyjaciele z różnych środowisk i w różnym wieku. Nie muszę dodawać, że jestem najstarsza! Najmłodsza bywa moja prawnuczka, 3-letnia Pola Anna, która przygląda się wszystkiemu z uwagą, a najbaczniej temu, czy wjechały już jakieś wety, czyli desery, a szczególnie jej ulubione ptasie mleczko. Wieczory czwartkowe bardzo lubię, gdyż rozmowy, które się toczą są szalenie ciekawe! I tylko niekiedy tyczą się polityki. Moja synowa żartuje, że prowadzi „Salon Terapeutyczny u Szaszkiewiczów”. Chyba jest w tym trochę racji, bo przetrwał on kilkadziesiąt lat i w ciężkich czasach komuny bywał miejscem wzajemnego wsparcia. Mieszkałam wtedy w Norwegii, gdzie życie towarzyskie pozostawiało wiele do życzenia.

 Wracając do przyjaźni, trzeba na nią uważać, bo jak mówiła moja matka „jak zrobisz komuś przysługę to masz pewnego wroga na całe życie”. Ludzie nie lubią czuć wdzięczności, jest to stan jakiejś psychicznej niewygody. Ale w prawdziwej przyjaźni wymiana jest niezbędna i bezinteresowna. Tak było między mną, a Kasią Ziembicką-Komornicką, a każda z nas uważała, że dostaje od tej drugiej więcej niż sama daje. W swoim długim życiu przyjaźniłam się z wieloma ludźmi. Większości moich przyjaciół nie ma już niestety na świecie. Brakuje mi ich bardzo i ich poczucia humoru, jak Piotra Skrzyneckiego, czy Krzysia Litwina. Ale wyrośli nowi przyjaciele, a niektórym z nich opowiedziałam całe moje życie i to nie w terapeutycznych celach! Mam na myśli Jasia Strzałkę, który teraz jest właściwie członkiem naszej rodziny wraz z pieskiem Wacusiem. Wacek z kolei przyjaźnił się z naszą Zulą, czyli ukochaną psiną, której też już niestety nie ma.

 Jasio do przyjaźni Są różne rodzaje przyjaźni: te wczesne, najgłębsze, na całe życie lub takie, które się kończą wraz z przechodzeniem do następnej jego fazy. I są też takie, które trwają, chociaż z przerwami, ale uczucia pozostają te same i można wrócić po latach do przerwanej rozmowy. Bywają też przyjaźnie dramatyczne, zerwane nagle, z ważnych powodów – tych na szczęście nie miałam chyba wcale. Są takie, które zakwitają na stare lata pomiędzy ludźmi w różnym wieku i obu stronom są bardzo potrzebne. Mam takich wiele i bardzo je sobie cenię. Podobno można się zaprzyjaźnić nawet przez blog, jak mówi moja synowa i na dowód przytacza swoje przyjacielskie uczucia do autorki bloga pt. „Zapiski teściowej”, której wcale nie zna. Wierzę, że może trwać (i to nie wiecznie) miłość bez wzajemności, ale żeby przyjaźń – coś mi się nie wydaje. Byłaby to przyjaźń – jak się to teraz mówi – wirtualna! Ale może dobra i taka?jasiuz Wacusiem

Czego życzyłam Karolowi Wojtyle

Wszyscy spoglądają teraz na Watykan, mówią o Benedykcie XVI, wspominają Jana Pawła II. Przypomniało mi się w związku tym pewne drobne, acz zabawne zdarzenie związane z Janem Pawłem II, a właściwie z kardynałem Karolem Wojtyłą, bo rzecz się działa jeszcze w Jego krakowskich czasach.

Było to w pamiętnym roku 1968, kiedy szalał ten straszny żydożerca Moczar. Tysiące Polaków żydowskiego pochodzenia zmuszono wówczas do emigracji. Ja także postanowiłam wtedy wyjechać za granicę, choć nie z powodu pochodzenia. Nikt mnie z Polski nie wyganiał, ale ja się tu dusiłam, a przede wszystkim chciałam zarobić na Zachodzie jakiś grosz, by pomóc swoim synom zdobyć wykształcenie i dach nad głową.

A tak się szczęśliwie złożyło, że nieco wcześniej zaprzyjaźniłam się w Krakowie z bardzo sympatycznym Norwegiem, o którym pisałam w ,,Podwójnym życiu Szaszkiewiczowej”, Helge zaprosił mnie do siebie i obiecał pomóc znaleźć jakąś pracę. Mając więc zaproszenie, mogłam starać się o paszport – i jesienią dostałam niespodziewanie paszport; niespodziewanie, bo wcześniej parę razy mi go odmawiano. Mogłam natychmiast wyjeżdżać. Ale żal mi było jechać przed Bożym Narodzeniem, które chciałam spędzić z Maćkiem i Jaszą, Nastała Wigilia, a już wcześniej umówiłam się Janką Garycką, że w Wigilię razem pójdziemy na Pasterkę do kościoła Dominikanów. Wybierali się tam również moi chłopcy, na spotkanie w słynnej Beczce, czyli w duszpasterstwie młodzieżowym, po czym też mieli pojawić się na Pasterce.

Kim była Janka? Była dobrym duchem Piwnicy pod Baranami, jedną z osób najbliższych Piotrowi Skrzyneckiemu, który mieszkał u niej kilka ładnych lat. Niejeden program Piwnicy nie powstałby, gdyby nie czuwała nad nim Janka. Była otoczona piwniczną cyganerią, ale sama pozostawała wzorem wszelkich cnót. Była przede wszystkim świetnie wykształcona, bo studiowała pod kierunkiem Kazimierza Wyki. Janka należała do osób głęboko wierzących i praktykujących. Znałyśmy się od lat i chyba nie przesadzę, jeśli powiem, że się przyjaźniłyśmy.

Janina Garycka               Kika, miniatura Garyckiej  Na zdjęciach: Janina Garycka z moim synem Maćkiem oraz miniatura Jej autorstwa

No więc idziemy z Janką na Pasterkę, a odprawiał ją Karol Wojtyła, który właśnie tej jesieni otrzymał kapelusz kardynalski. Wojtyła miał od lat taki zwyczaj, że Pasterkę odprawiał najpierw w Nowej Hucie – gdzie wtedy jeszcze nie było kościoła, a ludzie modlili się w prowizorycznej kaplicy – po czym jechał pomodlić się do Dominikanów.

Wiedziałam oczywiście, kim jest ten kapłan, bo z początkiem lat 60-tych bierzmował mojego Maćka. Był wtedy chyba najmłodszym biskupem w Polsce. Pamiętam zachwyt, z jakim podczas owego bierzmowania wsłuchiwałam się w Jego kazanie. Byłam tak poruszona Jego słowami, że wyszedłszy z kościoła, zaczęłam wypytywać kogo się dało, kim jest ten niezwykły biskup, bo wcześniej nie miałam okazji uczestniczyć w odprawianej przez Niego Mszy.

Wybierając się do Dominikanów, miałyśmy, szczególnie Janina, cichą nadzieję, że po Pasterce będziemy mogły zamienić z Karolem Wojtyłą choć słowo i pogratulować mu nominacji kardynalskiej. I rzeczywiście, po Mszy, idąc środkiem kościoła, kardynał nagle się zatrzymał i pyta:

– Janina? A ty co tu robisz? – Przyszły papież i Janka znali się bowiem od lat, bo razem studiowali na polonistyce, stąd byli po imieniu i pozostali na zawsze w najmilszej przyjaźni.

– A cóż ja mogę robić w kościele? – odpowiada nieco jakby obrażona i zdziwiona takim pytaniem Janka.

– A dlaczego nie byłaś u mnie w kurii? – serdecznie pyta kardynał, jak sądzę, myśląc o uroczystości związanej z nadaniem mu godności kardynalskiej.

– Taka sama droga ode mnie do Twojej kurii – z godnością powiada na to Janka – jak od Ciebie z kurii do mnie!

A ja żeby jakoś zatrzeć niezręczną sytuację, bo kardynał taki serdeczny, a Janka nie bardzo, wtrącam się:

– Bo Janka czeka, aż ksiądz zostanie papieżem – chcąc przez to powiedzieć, że jak każdy żołnierz nosi w plecaku buławę marszałkowską, tak każdy ksiądz może zostać biskupem Rzymu.

– Ojojoj, jak mi pani źle życzy, za nic bym nie chciał! – zatrzepotał rękami Wojtyła.

Taka to historia przypomniała mi się w tych niezwykłych dla Kościoła dniach.

Święto kotów

Mieszkam od pewnego czasu w pokoju, który dzielę z Konstancją (pięknie pręgowana ciemna), zwaną poufale Kotą lub Kocią. Jej koleżanka tej samej rasy (kot dachowy) o imieniu Teodora (jaśniejsze futro, miejscami białe i śliczna mordka), zwana przez domowników Totą lub Tocią, zajmuje największy pokój mieszkania. O tę moją małą sypialnię musiałam z Konstancją walczyć, gdyż chciała mnie wygryźć z mojego własnego łóżka! Ostatecznie każda z nas uważa, że wygrała tę walkę, a Kocica jest przekonana, że  to ja u niej mieszkam, a ona łaskawie się na to zgadza.

konstancja i TeodoraTak bowiem jest z kotem, który od wieków towarzyszy człowiekowi, a mnie dopiero od połowy mego życia czyli od wyjazdu do Norwegii. Z dzieciństwa pamiętam mieszkającego w dworskiej kuchni kota kucharki, który patrzył z wyższością na liczne psy, a one tylko czekały, aby wyszedł przed dom. Kot ani myślał! W Babicy psy i oczywiście konie były w większym poważaniu u ludzi. Z czasem przekonałam się, że kot ma przewagę nad psem, w pewnym sensie też nad człowiekiem.

W Stavanger pierwszy kot – znajda, który do nas trafił przyniesiony w nocy przez jakąś młodzież, był malutki, i straszliwie zabiedzony, więc cięty na jedzenie. Od razu ulubił sobie miejsce do spania wokół mojej szyi. Nadaliśmy mu imię Murzyn, bo był cały biały, bez jednej plamki. Zaprzyjaźniony z nami Francuz, zapalony „kociarz” orzekł, jak się potem okazało niesłusznie, że jest to kotka, więc przez pewien czas Murzyn dostawał tabletki antykoncepcyjne. Może dlatego był potem dość gruby, ale bardzo kochany! Kolejna kotka dla odmiany cała czarna trafiła do nas, zwrócona z domu, gdzie jej nie chciano. Murzyn się do niej bardzo ucieszył. Odprowadzała mnie rano do autobusu, aż któregoś dnia nie zastałam jej w domu. Tylko Murzyn biegał wokół domu bardzo niespokojny i coś mi opowiadał. Wyruszyłam z nim na poszukiwania w kierunku autobusu i po pewnym czasie okazało się, że Czarna wdrapała się na wysokie drzewo, z którego nie umiała zejść. Deliberowaliśmy długo nad tym, co zrobić i próbowali ją zdjąć, ale ona wtedy uciekała wyżej. Gdy zaczęliśmy się oddalać kotka rozpaczliwie piszcząc i miaucząc bohatersko skoczyła z drzewa

.9 kotów na płocie                   Zaproszenie-litwinaDziewięć kotów na płocie                                                          Zaproszenie Krzysztofa Litwina

Trzeba wiedzieć, że każdy kot ma przynajmniej dwa domy, a czasem więcej. Mówi się zapewne słusznie, że to nie my mamy koty tylko one nas mają. Przyjaźniłam się kiedyś z ogromnym czarnym kotem, który siał popłoch wśród innych kotów.  Nosił się z godnością, chodził zawsze powoli i był naprawdę wyjątkowo okazały (kot nad kotami!). Kiedyś miałam wolny dzień i wylegiwałam się w łóżku, gdy nagle to wielkie kocisko weszło do mieszkania i skoczyło na moje łóżko. Głowa wielkości główki dziecka tkwiła przed moją twarzą, a z niej patrzyły na mnie wielkie zielone oczy. Nie jestem strachliwa, ale nie ruszałam się zbytnio na wszelki wypadek. On położył się w nogach łóżka i zasnął. Przychodził do nas często, miał przypięty dzwoneczek, który odpinaliśmy mu na czas pobytu na naszym terenie.  Nazywaliśmy go Dzwonnik. Po 2-3 latach poszłam do pewnego sklepu na drugiej ulicy, aby powiedzieć właścicielowi jak może sobie sprowadzić pianino. I wtedy zobaczyłam za jego domem w głębi ogrodu następny dom, na tarasie którego siedział dumnie Dzwonnik. Wokół domu, ale w przyzwoitej odległości kręciło się dosłownie kilkanaście kotów patrzących w jego stronę z respektem. Gdy mnie zobaczył szalenie się do mnie ucieszył, a gdy podbiegł się łasić zdumiony sklepikarz opowiedział mi, że jest to humorzaste bydlę, którego nawet ludzie się boją, chociaż jest to kot mieszkający u syna tego Norwega. On nawet chciał go obłaskawić i kusił sardynkami, ale kot tym wzgardził. „Bo on u mnie je tylko kaszankę” – powiedziałam stropionemu miłemu panu.

W następnych domach mieliśmy następne koty. Pewna kotka, która przyplątała się z małymi wzruszyła mnie bardzo, gdy nie chciała opuścić miejsca, chociaż my wyprowadzaliśmy się na wyspę. Cóż było robić, trzeba było zabrać tę kocią rodzinę, gdy nazajutrz tkwiła pod zamkniętym już domem. Do ogrodu domu, do którego przeprowadziliśmy się przychodził kot, który prawdopodobnie wcześniej tam mieszkał. Nie wpuszczaliśmy go za próg, bo wygląd miał bandycki, a mieliśmy już własne koty. Ale dokarmialiśmy go na schodach, bo nie miał domu i biedował. Po pewnym czasie nagle zniknął. W zimie, tuż przed wigilią robiłam coś w kuchni i nagle dostrzegłam za oknem naszego zagubionego stołownika. Ale jakże zmienionego: tłustego, w nowym futrze! Dumnie paradował po parapecie. Najwyraźniej przyszedł się pokazać i powiadomić, że gdzieś dobrze trafił. Możliwe, że składał nam w ten sposób kocie życzenia na święta? Właściwie zawsze mieszkaliśmy z kotami, do których przychodziły inne z wizytą. Te domowe najchętniej spały w moim łóżku lub w koszach z włóczkami.  Zgadzały się ze sobą, ale chodziły własnymi drogami, nigdy w stadzie. Dużo im zawdzięczamy – ocieplały dom i robiły „atmosferę” swoim mruczeniem.

Gdy po wielu latach wróciłam do Krakowa, rzecz jasna zastałam koty w mieszkaniu mojego syna. Pamiętam Pusunię, małą, trzykolorową kotkę wielkiego charakteru, Felka, który nie miał połowy dolnej szczęki, a następnie Felusię, kulejącą na przednią łapkę. A teraz bardzo sobie cenię sobie towarzystwo Konstancji i Teodory, które w sumie przyjęły mnie życzliwie. Z kotami bowiem tak jest (jak zresztą ze wszystkimi zwierzętami udomowionymi), że odwzajemniają człowiekowi uczucia. Jeżeli są to dobre uczucia, obie strony mają się lepiej.

Dzisiaj jest Dzień Kota, więc składam najlepsze życzenia wszystkim kotom, a w szczególności Gitane i Chou-chou (w walizce) z Paryża, które bardzo miło gościły moje dzieci i wnuki.podczas Świąt.

Gitane na stoliku    Chou Chou w walizce

Moja lipa

Przyszło mi na myśl, żeby napisać co nieco o miejscu i środowisku, z którego pochodzę. Urodziłam się w Babicy, w niewielkiej wsi koło Rzeszowa. Ściśle mówiąc na świat przyszłam w Krakowie, bo do krakowskiego szpitala Mama przyjechała na poród. Ale od urodzenia mieszkałam wraz z rodzicami w niewielkim, raczej skromnym, ale przestronnym dworze w Babicy, położonym nad Wisłokiem.

Dwór zmn.

Posiadłość tę otrzymała moja Mama Mucha (właściwie Maria, ale zawsze nazywaliśmy ją Muchą) w posagu, od swojego dziadka Konstantego Pawlikowskiego, kiedy w 1913 roku wychodziła za mąż za Joachima (Chimka) Jarochowskiego, mojego ojca. Ojciec przybył w te strony z poznańskiego, gdzie jego rodzina miała gniazdo w majątku Sokolniki Małe.

Moi rodzice byli zgodnym i kochającym się małżeństwem. Kiedy po latach, znajomi zapytali Ojca jak on to zrobił, że tyle czasu żyli w zgodzie, Ojciec powiedział: „Ach to bardzo proste! W dniu ślubu umówiliśmy się z Muchą, co do jednego: o ważnych sprawach w rodzinie będę decydował ja, a o drobniejszych – ona. No i do tej chwili nie zdarzyła się nam ani jedna ważna sprawa!”.

Jednak na początku mieli problem. Nie mogli doczekać się dzieci, choć bardzo tego chcieli i modlili się o to żarliwie. Ojciec obiecał nawet sobie i Matce Bożej, że kiedy urodzi mu się dziecko, wystawi Maryi pomnik. Po czterech latach w 1917 r. modły zostały wysłuchane – urodziłam się. Ojciec słowa dotrzymał i w naszym parku urządził jeziorko z wysepką, na której stanęła figura Matki Boskiej. Szczęśliwymi kolejami losu pomnik ten zachował się do dziś. Mimo że przybyli tam Rosjanie, potem we dworze szereg lat była szkoła Milicji Obywatelskiej, a obecnie jest tam Dom Pomocy Społecznej dla przewlekle chorych psychicznie, park się zmieniał, drzewa rosły, albo były ścinane, ten zakątek pozostaje taki sam do dzisiaj. Świadek historii naszej Babicy.

KONICA MINOLTA DIGITAL CAMERA

Figura NMP w parku zmn.

Figura Matki Boskiej w parku, na cokoliku widoczny jest napis: „4.III.1917” – to data mojego urodzenia. Dokładnie tyle samo lat ma dąb, widoczny na wysepce do dziś.

            Nie dość na tym. Po moim urodzeniu ojciec zasadził przy dworze lipę. Kolejne dwie lipy zasadził po urodzeniu następnych dwojga dzieci, tj. Marii  Jarochowskiej, zwanej Mają, – w 1918 r. i Konstantego (Kota) – w 1920 r. Z tymi lipami wiąże się chyba jakaś ingerencja sił nadprzyrodzonych. Po śmierci Mai, pisarki i posłanki na Sejm, w 1974 roku, okazało się, że równocześnie przestała istnieć jej lipa. Następnie, po śmierci Kota (cenionego fotografika, redaktora czasopisma „Świat”) – w 1978 roku, jego lipę złamała trąba powietrzna. Jedynie moja stoi do dziś i ma się dobrze.

KONICA MINOLTA DIGITAL CAMERA

Ja pod swoją lipą w Babicy

            Dawniej lipa ta stała w pewnej odległości od ściany domu. Jednak w późniejszym czasie dobudowano tu nowe pomieszczenia. Podczas prac przy fundamentach naruszono jej korzenie, tak, że nie wiadomo czy drzewo to przeżyje. Jakież było moje zdziwienie, gdy dowiedziałam się, że zdarzyło się to w tym samym czasie, kiedy leżałam w norweskim szpitalu z zapaścią serca i nie wiadomo było, czy przeżyję! Jak widać przeżyłyśmy obie.

Atak na ułanów

Zbliżają się moje urodziny, a wtedy prawie zawsze jestem chora, kaszlę, mam katar itd. Podobnie jak na imieniny. Pewnie to wynika z tego, że obydwa terminy przypadają na czas szalejących infekcji – bo to przedwiośnie, inaczej mówiąc przednówek, kiedy człowiek jest osłabiony zimą, a z kolei imieniny Ireny wypadają w jesieni, gdy zaczyna się plucha. Ale ponieważ w takim czasie nie wypada chorować, bo co sobie goście pomyślą, udaję żem zdrowa! To jest w ogóle najlepsza postawa w życiu – nie zważać na choroby i dolegliwości. Na drugim biegunie jest nadmierne skupianie się na nich, prawie hipochondria. Jestem z zawodu pielęgniarką, więc w pracy blisko obserwowałam obie postawy i muszę przyznać, że ta pierwsza jest o stokroć lepsza, chociaż niekiedy ryzykowna. Unikanie lekarzy to moja specjalność, są oni dobrzy tylko w roli przyjaciół, a i z tym ostrożnie! Zawsze człowiekowi coś znajdą, z czego „powinien” się leczyć. Niektórzy z nich mówią podobno, że nie ma ludzi zdrowych, są tylko niedobadani. Pracowałam też, jako dyspozytorka w pogotowiu ratunkowym, gdzie jak wiadomo są stany nagłe i często poważne, a ten kto odbiera telefon musi zachować zimną krew, rzeczowo porozmawiać i szybko wysłać karetkę lub uznać, że nie jest to konieczne. Ale wtedy jest ryzyko, że źle oceniłaś i spotykają Cię nieprzyjemności służbowe. A jeśli wyślesz pochopnie, i zabraknie karetki na poważny przypadek, to znowu źle. Nie ma złotego środka, trzeba uważnie myśleć i szybko decydować. Przydarzały mi się niekiedy wesołe sytuacje (jak zapewne wiecie jestem specjalistką od wesołych zdarzeń), np. taka, gdy dzwonił bardzo zdenerwowany facet i krzyczał: „to pogotowie? Proszę Pani szybko pomocy, bo tu jest atak jajników na ułanów!”. Znałam trochę topografię Krakowa, ale nie wiedziałam, że to ulica nazywa się „Ułanów”, więc myślałam, że to żart! Ale były też sytuacje tragiczne, gdy np. dzwonił młody chłopak, prosząc o przyjazd, gdyż jego kolega rzęzi, chociaż jak pili alkohol był zdrowy. Telefon odebrałam w fatalnej porze, gdyż o godz. 7.00 rano była zmiana dyżuru kierowców, więc ociągali się z wyjeżdżaniem. Wymogłam to jednak, a było bardzo blisko, gdyż pomyślałam, że gdyby to było głupstwo, chłopak by nie szedł dzwonić na pogotowie. I rzeczywiście była to poważna sprawa, która skończyła się zgonem młodego chłopca. Praca w służbie zdrowia wymaga mocnych nerwów!

Jeszcze mocniejsze zdrowie musisz mieć, gdy jesteś po drugiej stronie – jako pacjent. Zdarzyły mi się w życiu trzy, może cztery poważne operacje, z których gdybym sama się nie dźwignęła w sensie psychicznym, nikt by mnie z nich nie wyciągnął. Tak, tak – nie doceniamy psychiki człowieka w takich sytuacjach! W norweskim szpitalu byłam operowana i gdy mnie wreszcie wybudzili, okazało się, że mi się żółć do otrzewnej wylatała. Anestezjolog, zaprzyjaźniony Polak w Norwegii, niejaki Wiciu, powitał mnie z radosnym okrzykiem „no, udało się, żyjesz!”, usłyszał ode mnie zaskoczony: „bo jak człowiek chce żyć to nawet medycyna jest bezradna”. Powiedziałam to cichutkim głosikiem, ale była w nim wola życia! Kolejny raz nastąpił, po ciężkim wypadku (w wyniku czołowego zderzenia wyleciałam przez szybę przednia mikrobusu, gdyż nie miałam zapiętych pasów; zresztą na szczęście, bo przód, gdzie siedziałam, został zmiażdżony). Po operacji nie mogłam dojść do siebie, a stan mój określano, jako „poważny i niestabilny”. Przywołano mnie do życia obietnicą, że mój syn Maciek już leci z Polski i postanowiłam na niego poczekać, aby się pożegnać – tak bardzo byłam słaba i nie wierzyłam, że z tego wyjdę. Ale jak go zobaczyłam, znowu mi się zachciało żyć i wszelkie złe prognozy ku zdziwieniu lekarzy upadły. Miałam nagrodę za to cierpienie, bo po kolei wszyscy członkowie rodziny z Polski i Hiszpanii do mnie przyjeżdżali, nawet moja szalenie zajęta synowa siedziała murem przy mnie dwa tygodnie. No i ostatnia sytuacja, już nie tak groźna dla życia, to złamanie szyjki stawu biodrowego, która jednak skończyła się klasycznie zapaleniem płuc, czego jak wiadomo staruszki nie przeżywają. Ale to nie ze mną! Ja jestem raczej młodą staruszką, więc przeżyłam, a czas pobytu w szpitalu okazał się bardzo przyjemny, gdyż poznałam wspaniałego lekarza dr Kaszubę, odwiedzał mnie zaprzyjaźniony jeszcze z czasów piwnicznych profesor Andrzej Szczeklik, na którego oddziale leżałam, a także liczni goście bardzo przejęci sytuacją (i na dodatek dwa razy dziennie moja synowa).

Takie są profity z chorowania, ale jednak większe są z nieprzyznawania się do choroby, czego Wam serdecznie życzę! Mam pewność, że dlatego żyję tak długo, że starannie unikałam lekarzy, a jeszcze bardziej wszelkich leków.

Sprawy sercowe

Jutro są Walentynki, którymi wszyscy, jak słyszę, się pasjonują. Takie święto sercowych spraw. Za moich czasów tego nie było, ale sercowe sprawy zawsze należały do tych najciekawszych. Przyznam się tutaj, że nie dla mnie, ale moje koleżanki, poświęcały temu masę uwagi, moja siostra była zawsze szalenie oblegana przez rozmaitych adoratorów i w ogóle miłość, a szczególnie ta nieszczęśliwa była w modzie! Możliwe, iż odstręczało mnie to przeświadczenie, że jeśli miłość jest prawdziwa, to raczej musi być nieszczęśliwa! I zresztą życie to potwierdziło, gdyż moje małżeństwo szybko się rozpadło, chociaż wydawało mi się, że niczego mu nie brakuje. Najwyraźniej jednak brakowało mojemu mężowi, który do końca życia szukał prawdziwej miłości i tym sposobem dorobił się czterech żon. Ja już nikogo nie szukałam, nie ryzykowałam, dość miałam kłopotu z tymi kolejnymi żonami, którym starałam się z kobiecej solidarności pomagać jak mogłam.

 Dlatego śmieszą mnie trochę te Walentynki i przypominają mi się różne typy adoratorów i potencjalnych amantów, których spotykałam w różnych miejscach świata. Najbardziej zabójczy typ to taki, którego nazywałyśmy z przyjaciółkami w młodości „śmierć kucharkom”. Gładko wygolony, poza ruchliwym wąsikiem, włosy ciemne, posmarowane brylantyną, miał sprężysty chód zdobywcy serc niewieścich i ostro pachniał tanią wodą kolońską. Budził nieodparcie mój śmiech serdeczny i nie miał u mnie szans. Kolejny typ to „złotousty pięknoduch”, wysławiający w wyszukanych słowach swą wybrankę i popisujący się znajomością poezji, a czasem nawet filozofii. Jeżeli był inteligentny, miał szansę na moje towarzystwo, może przyjaźń, ale nic więcej. I jeszcze jeden rodzaj amanta to „zamożny opiekun” (dzisiaj by się powiedziało: sponsor), facet z grubym portfelem i najczęściej grubym brzuszkiem, budzący zaufanie i nawet sympatię, ale gatunek po wojnie mocno przetrzebiony, więc miałabym małe szanse na zdobycie go. Na szczęście zawsze byłam niezależna, więc nie szukałam. Pośród kobiet największe szanse na powodzenie miały (nie wiem jak jest teraz, może mi powiecie?) panie w typie „femme fatale”. Same wyglądały na nieszczęśliwe, a jeszcze mocniej unieszczęśliwiały swych wielbicieli. Możliwe, że ten gatunek zaginął, bo kiedy patrzę na walentynkowe produkcje w telewizji, widzę raczej różowe i czerwone serca, słodkie usteczka oraz niewiasty „glamour” czyli błyszczące świecidełkami darowanymi im przez licznych adoratorów oraz pełne szczęścia i bardzo zadowolone z siebie pod względem swojego wyglądu. Nieustannie dziwię się, że ten wygląd zajmuje je tak bardzo, mnie to nigdy nie zajmowało. Niektóre sprawiają wrażenie, że poza nieustanną dbałością o swój wygląd, niewiele już czasu sobie zostawiają na cokolwiek innego. Może dlatego nie popadłam w stan nieszczęścia i rozdrapywania nieszczęśliwej miłości? Muszę się przyznać, że nie mam żadnej wiedzy o kosmetykach używanych przez damy. Jedynym moim tego typu luksusem był krem na noc marki Vichy, a gdy wróciłam do Polski odkryłam jeszcze krem firmy Ireny Eris. Zabrzmiało to jak reklama i to na Walentynki, więc jednak płynę z nurtem mody!

A dla ciekawskich zamieszczam kilka zdjęć z poprzednich urodzin, na które przyszło wielu moich wielbicieli (mam nadzieję, że nie będą mi mieli tego za złe), do których mam uczucia wzajemne. W końcu są Walentynki!

z Arturem

z Rysiem

z Tadziem

z Romkiem1

Modlitwa o pomyłkę

Ferie się skończyły, a gdy trwały, przez nasz dom w Krakowie przewalały się tabuny moich prawnuków, które ciągnęły z Warszawy na narty w Tatry. Najstarsze moje prawnuki, już nastolatki, Gabi i Gucio, które mieszkają w Hiszpanii, pojechały z kolei na narty do Andory, gdzie ponoć spadła masa śniegu.

3

 Przypomniało mi to dawny nasz wyjazd do Insbrucku, z Jaszą – moim młodszym synem. Joachim studiował wtedy w Oslo, mieszkaliśmy w Stavanger. Umówiliśmy się dużo wcześniej z dwoma kolegami Jaszy, że na narty pojedziemy gdzieś w Alpy, zaraz po świętach Bożego Narodzenia. Wybraliśmy sobie Austrię, miejsce dostępne dla Polaków ze względu na wizę, której tam nie wymagano, a my jej nie mieliśmy. W biurze podróży znaleźliśmy tani wyjazd i wpłaciliśmy zadatek. Gdy nadszedł czas i poszliśmy do biura zapytać o wycieczkę, powiedziano nam, że jest ona anulowana, a na inne wyjazdy nie ma miejsc. Ponieważ wcześniej nie zawiadomiono nas o tym, więc było to ewidentne zaniedbanie biura podróży, zaproszono nas do biura, w którym nam wyjaśniono, że ponieważ popełnili błąd wobec klientów, w ramach rekompensaty możemy jechać na koszt firmy tam, gdzie sami sobie wybierzemy. Wybraliśmy Insbruck, a w nim najdroższy hotel. I w dodatku dano nam samolot ze Stavanger, a nie z Oslo. Zależało im, aby sprawę załatwić elegancko, ze względu na renomę firmy. Insbruck był dodatkowo atrakcyjny, gdyż za rok miała tam być olimpiada, trwały przygotowania do niej, więc praktycznie już lotów tam nie odbywano. Polecieliśmy samolotem do Monachium, a stamtąd dostaliśmy osobisty mały samolot do Innsbrucku. Była to najpiękniejsza podróż samolotem, jaką przeżyłam! Lecieliśmy nad Alpami pokrytymi śniegiem lśniącymi malowniczo w słońcu. Na miejscu niestety okazało się, że nie doleciały narty Jaszy, buty i walizka. W pensjonacie byliśmy w sobotę, bagaż miał dotrzeć po niedzieli. Pensjonat bardzo luksusowy, pięknie położony. Po paru dniach dowiedzieliśmy się, że bagaż jest na lotnisku, w tym narty Jaszy, który w tym czasie jeździł na nartach wypożyczanych. Odebraliśmy bagaż i Jasza poprosił, aby wyrównali mu rachunek, ale baba w okienku mu odmówiła. Wtedy Jasza powiedział słodkim głosem: „jeżeli pani chce pracować w tej firmie, radzę zapłacić”. Dopiero jej kierownik się zgodził. W trakcie tego pobytu byliśmy centralną atrakcją w całym hotelu, gdyż chłopcy jeździli na nartach jak zawodowcy – wiadomo Norwegowie. Ja nie jeżdżę, więc zwiedzałam Innsbruck. Technicznie wyglądało to tak, że rano pytano czy są chętni na jakąś jazdę np. skoki czy slalomy, przyjeżdżał specjalny skibus, wiózł nas do centrum Innsbrucku, gdzie specjalni panowie pytali gdzie dokładnie chcemy jechać i tam nas wieźli. W pensjonacie zaprzyjaźniliśmy się z rodziną Anglików z RPA, ich syn potem do nas przyjechał, a także był tam bardzo sympatyczny Brazylijczyk oraz interesujące Australijki. Wszyscy pensjonariusze byli bardzo zamożni np. grupa Amerykanów, był też milioner ze Szwajcarii. Wieczorami rozmawialiśmy w barku, gdzie wszyscy się nami bardzo ciekawili. Byliśmy sensacją gdyż mówiliśmy wszystkimi językami, więc ich integrowaliśmy.  szyscy się też dziwili, że nas stać na taki hotel oraz na osobisty samolot z Monachium. Byliśmy ostrożni w mówieniu o tym, jakim sposobem tam dostaliśmy się. Na końcu pobytu było trochę trudno, bo nie mieliśmy forsy na napiwki, tylko uściski.

Od tej pory modlimy się o kolejne takie pomyłki biura podróży – ale bezskutecznie!

Barwy życia

Chciałabym dziś Was zachęcić do tego, o czym mówiłam ostatnio, to znaczy do używania szydełka w tworzeniu różnych rzeczy. Jest to nawet łatwiejsze niż robienie na drutach (trzeba zrobić to pierwsze oczko), chociaż – jak twierdzą moi bliscy – nikt już teraz takich rzeczy nie robi. Chodzi im o czapki i szaliki własnej roboty, gdyż podobno wszystko można kupić w rozmaitych kolorach i fasonach. Ale mnie nie o czapki i szaliki idzie, tylko o malowanie szydełkiem i na drutach, a więc o tworzenie rozmaitych aplikacji, makat i obrazów. Jest to naprawdę bardzo łatwe! A może o samo tworzenie mi idzie? Żebyście coś takiego dla siebie znaleźli coś, co sprawia Wam przyjemność i cieszy oko. Zauważyłam na pierwszych wystawach swoich prac, że ludzie reagują na nie bardzo pozytywnie. Ponieważ są one nie tylko wesołe kolorystycznie, ale także dowcipne w treści, zawsze były witane z entuzjazmem niezależnie od tego, czy wystawa miała miejsce w Chicago, Krakowie czy Rzeszowie. Pytano mnie skąd biorę tematy tych prac. Znalezienie tematu było łatwe, znacznie trudniej szło mi z kompozycją, gdyż kompletnie nie umiem rysować. Musiałam posługiwać się różnymi pomocami w postaci odrysowywania kształtów np. z książeczek moich wnuków lub pocztówek. Natomiast nie miałam kłopotów z kolorystyką obrazu – zestawiałam kolory soczyste, ostre, czasem sama siebie zaskakując. Być może sprzyjało temu miejsce powstawania moich prac, a mianowicie Norwegia. Kraj surowy, szaro-niebieski w kolorycie, któremu trzeba było dodać barwy. Zresztą Norwegowie ubierają się bardzo kolorowo – żółcie, czerwienie, piękne granaty i fiolety widzi się na ulicy. Pamiętam, że młodzież w Norwegii z upodobaniem chodziła w fioletowych dżinsach. W Polsce przed wojną w ubiorze dominował kolor biały, kremowy, a niekiedy różowy i łososiowy. Po wojnie, za komuny – wiadomo wszystkie odcienie buro-szarego oraz kolor czarny. Zbuntowałam się na to i zestawiałam w swoich obrazach, ale także swoich strojach kolory ostre, czyste, kontrastujące ze sobą.

2

Takie one są – zobaczcie w galerii! Podobnie wnętrza domów, w których mieszkałam w Norwegii zawsze były bardzo kolorowe, a ogrody wprost mieniły się od barwnych roślin, donic i płotków. Uważam, że takie być powinno naturalne otoczenie człowieka, a wtedy mu nie zabraknie optymizmu i chęci do życia i tworzenia – choćby na szydełku!