Miesięczne archiwum: Marzec 2013

Babica: Wielkanoc

Czas złożyć życzenia na Święta Wielkanocne, co niniejszym czynię, życząc wszystkim dobrych, rodzinnych świąt. A przy okazji wracam wspomnieniami do Babicy, gdyż pani Małgorzata, czytelniczka mojego bloga, prosiła mnie o to.

koszyk z jajami i bazie

Święta we dworze wyglądały podobnie jak teraz na polskiej wsi, a może i w mieście, tylko były robione z większym rozmachem. Cóż dwór był małą, jakby dziś się powiedziało, firmą, która zatrudniała kilkadziesiąt osób (licząc rodzinę, służbę, wszystkich pracowników). Dla wszystkich trzeba było przygotować dużo specjalnego jadła, wszystko należało wysprzątać i pięknie przyozdobić. Oprócz stałych mieszkańców i rezydentów na święta przyjeżdżali krewni z Krakowa i Lwowa.

Na tydzień przed świętami, jak zwykle zjawiał się u nas umówiony rzeźnik z Czudca. Robił świniobicie, po czym sam wyrabiał kiełbasy, szynki, salceson, pasztet i inne wspaniałe mięsiwa i przetwory. Musiało być tego sporo, bo do stołu świątecznego zasiadało zawsze około dwudziestu osób.

W Wielką Sobotę stawiało się w pokoju jadalnym duży stół na 24 osoby i na nim układało się produkty do święcenia: przyniesione z lodowni wędliny, pasztety, owoce, i oczywiście jaja. Ze spiżarni przynoszono placki (ciasta) oraz babki, chleb i inne pieczywa. Placków było siedem, wszystkie wielkości brytfanki, wśród nich mazurki i przekładańce. Babek było kilka piaskowych i drożdżowych, lukrowanych. Na samym środku stołu kładziono mój najbardziej ulubiony placek serowy (czyli sernik po prostu). Na nim tradycyjnie stawiano dużego baranka z cukru, z roku na rok tego samego. Przed nim stała spora ceramiczna misa z kilkunastoma pisankami. Były wyjątkowo piękne, zdobione na czarnym tle kolorowymi kwiatkami, baziami, ptaszkami, zwierzętami i innymi ilustracjami, starannie wyskrobywanymi rysikami i barwionymi, co podkreślało ich kontrastowe piękno. Była to specyficzna sztuka ludowa babickiej wsi. Niektóre wiejskie domy w Babicy specjalizowały się w tym artystycznym rzemiośle z dumą, od zawsze. Były też owoce, przyprawy (oliwa, ocet, sól i pieprz), wino. Służba stawiała swoje koszyki z własnymi produktami do święcenia. Obok dużego stołu stał drugi mniejszy stolik na koszyki dziecięce. Na osobnym stole stały duże, wysokie na około pół metra, okrągłe jajeczniki z rodzynkami (rodzaj ciasta z wyglądu przypominającego sękacz litewski). Był to tradycyjny prezent dla służby, który bardzo był przez nich ceniony. A ponieważ służby było u nas, wraz z pracownikami folwarcznymi, stajennymi itp., zazwyczaj około 20-25 osób, to tyleż było i jajeczników. Wszystko było przystrojone zielonymi gałązkami bukszpanu i baziami.

Jajo 3IMG_6993

Około godziny trzeciej po południu Ojciec posyłał powóz do Czudca po księdza. Ksiądz kanonik Błażej Stopa przyjeżdżał wraz dwoma ministrantami i wszyscy trzej przebierali się w sieni. Następnie starannie kropił przygotowaną uprzednio wodą święconą wszystkie dobra. Po święceniu odmawialiśmy wspólną modlitwę. Brali w niej udział wszyscy domownicy i rezydenci, służba z rodzinami i niektórzy okoliczni, bardziej z nami zaprzyjaźnieni, mieszkańcy wsi. Po tej ważnej ceremonii, księdza zapraszało się na herbatę, z poczęstunkiem, bo odkąd papież zniósł post w sobotę, można było już jeść normalnie. Ojciec jednak, a my za nim, nadal staraliśmy się przestrzegać postu w sobotę. Toteż i ten poczęstunek był raczej skromny.

Następnego dnia, w Święto Zmartwychwstania Pańskiego, całą rodziną jechaliśmy do Czudca o świcie, na mszę poranną, czyli rezurekcję, na godzinę 600. Trwała ona wraz procesją około 2-3 godziny. Ojciec nasz miał tradycyjnie ten zaszczyt, że księdza proboszcza, nieco już wiekowego, prowadził w procesji wspierając pod rękę i podtrzymując wraz z nim wzniesioną, ciężką monstrancję z hostią. Po powrocie do domu zasiadaliśmy do śniadania składając sobie życzenia. Dla dorosłych niepostrzeżenie przechodziło ono w obiad świąteczny. Dla dzieci była to okazja, aby zejść im z oczu i poswawolić.

A ponieważ zakazane owoce najlepiej smakują, już jako małe dzieci sięgaliśmy po nie. Pamiętam przygodę, która się wydarzyła, gdy miałam może 8 lat, a było to w drugi dzień Świąt Wielkanocnych. Biegaliśmy z rodzeństwem po parku, gdzie znajdowała się sadzawka z małą wyspą, na której stała figura Matki Boskiej, o której już kiedyś pisałam. Postanowiliśmy popływać łódką, co było dozwolone tylko pod opieką dorosłych. Ale dorośli świętowali w kościele, albo w domu, więc namówiliśmy jakiegoś chłopca stajennego, który był prawie dorosły, aby popłynął z nami. W łodzi nie było na czym siedzieć, poza maleńką deseczką dla sternika, więc zajął to miejsce on, a my siadaliśmy na burtach. Po przejażdżce dobijaliśmy do brzegu i wtedy ten chłopak skoczył z łódki na brzeg. W tym momencie łódka zarazem gwałtownie odpłynęła wstecz i zachwiała się tak mocno, że Maja wpadła do wody. A że trzymała się mocno rękami za burtę, pod wodą znalazła się tylko jej górna część ciała, głowa i korpus do pasa. Ja i Kot skoczyliśmy na drugą burtę, przeważyliśmy łódkę i Maja wróciła spod wody tylko niemiłosiernie ubłocona. Wszyscy wyglądaliśmy w naszych świątecznych, pięknych ubrankach jak nieboskie stworzeniach. Był kwiecień, zimno, więc spodziewając się ostrej awantury rodzicielskiej postanowiliśmy zakraść się boczną klatką schodową do naszych pokojów. Najpierw weszłam ja, żeby rozeznać, czy nikogo tam nie ma. Niestety w tym momencie schodami schodził wuj, który był w dobrym humorze i pogwizdywał wesoło. Zobaczył mnie i z troską zapytał, co się stało, bo taka blada jestem. Ja mu na to, nie chcąc już kręcić, powiedziałam prawdę: „Bo, bo Maja się utopiła!”. Teraz wuj zrobił się blady i z wrażenia aż usiadł na schodach, po czym mnie objął. W tym momencie drzwi wejściowe otworzyły się gwałtownie, a przez nie wbiegła zmoczona i umorusana Maja. Wuj w lot zrozumiał, że moje określenie „utopiła się” oznaczało, że wpadła do wody i roześmiał się z ulgą. Prosiliśmy go, aby nic nie wspominał rodzicom, obiecał, że nie piśnie im ani słówka, ale kiedy tylko zjawiliśmy się wśród dorosłych, wszyscy śmiali się z nas. Wuj nie był w stanie utrzymać języka za zębami.

IMG

Taki to mieliśmy szczególny śmigus dyngus, który pamiętam do dziś.

Serce w plecaku

Serce w plecaku

Kiedy zaczęła się wojna, powstał prawdziwy problem: z czego będą żyć żony oficerów. Były to panie, które nigdy nie pracowały, na ogół średnio wykształcone, o których trochę lekceważąco mówiło się w pewnych kręgach „Offizier-Frauen”. Została ich wraz z dziećmi cała armia, ich mężowie poszli na wojnę, więc trzeba było im jakoś pomóc. Ojciec na przykład, dawał tym paniom, które znał, drzewo na opał, czasem cukier i inne produkty. Wspierał je, doradzał. Handel, tak ważny i opłacalny w tych czasach, został opanowany przez znacznie bardziej przedsiębiorcze kobiety ze wsi, których gospodarstwa produkowały żywność. Po roku jednak okazało się, że żony oficerów same się zorganizowały i sobie radzą! Handlowały czym się dało. Ludzie dostawali paczki z zagranicy słane przez Portugalię, a w nich perfumy, kawę, bakalie, czekoladę, sardynki – słowem rarytasy! Część szła na sprzedaż, ale też owe panie wyrabiały torty i ciasta, które sprzedawały do małych cukierni, albo po domach. Pamiętam jak moja siostra skosztowała takie ciastko i pochwaliła, że naprawdę jest dobre. A pani, która je piekła powiada „Dziś mija czwarty rok wojny, to ludzie byle czego nie chcą jeść, tylko same frykasy”.

Moja siostra Maja, która od wojny pracowała w Krakowie w wypożyczalni książek u państwa Starzewskich – krewnych Rudolfa Starzewskiego, Dziennikarza z „Wesela”, w czasie urlopu w lecie 1944 roku, przyjechała najpierw do Babicy, a następnie do przyjaciół do Warszawy, gdzie wybuchło powstanie, w które zresztą zaangażowała się aktywnie. Maja 1948

Dostała ten urlop, gdyż złożyła obietnicę Starzewskim, że wróci na czas „choćby żabami prało”. Okazało się, że nie tyle pogoda, ile powstanie warszawskie ją zatrzymało w stolicy, w której zaczęło „prać, ale kulami”. Gdy stamtąd wróciła, lekko ranna zresztą, spotkała w transporcie osoby, z którymi przystąpiła do innego „interesu”, a mianowicie zaczęły szyć plecaki. Wszyscy ich potrzebowali, gdyż ludzie byli nagminnie wysiedlani, więc popyt był wielki. Trzeba było od Niemców odkupić brezent, a potem na maszynach, czy też w rękach, jak kto potrafił, szyć je według zamówienia lub własnej wyobraźni. Pamiętam, że ojciec „pożyczył” Mai 500 zł na rozkręcenie tego biznesu. Ja też szyłam torebki, tak jak inne panie, ale Maja bardzo dobrze się wstrzeliła w potrzeby rynku. Trwało to pewien czas, moja siostra mieszkała w Krakowie do końca wojny.

Inni ludzie radzili sobie różnie, aby przeżyć wojnę. Mało kto miał legalną pracę, więc imali się różnych zajęć. Myślę, że stąd Polacy są tacy przedsiębiorcy.

Sto lat niewoli i wojen sprawiło, że nauczyliśmy się radzić sobie na różne sposoby.

Babica: „Więcej światła!”


W naszym domu w Babicy elektryczność nastała dopiero w 1935 roku, kiedy miałam 18 lat. Dzisiaj to sobie aż trudno wyobrazić, że mogło nie być w codziennym życiu żarówek, lodówek, radia, robotów kuchennych, nie mówiąc już o telewizji i komputerach!

Podstawowym źródłem światła w naszym domu było oczywiście światło dzienne. Mieliśmy sporo okien, więc od wschodu do zachodu słońca nie było źle. Pory dnia w znacznym stopniu regulowały życie nasze i naszych zwierząt domowych, czy gospodarskich. Wraz ze zmierzchem zaczynało się panowanie lamp naftowych i świec.

Były różne lampy, w zależności od ich przeznaczenia. Małe, kilkucentymetrowe z drucianą siatką zamiast szklanego klosza, były przeznaczone do niewielkiego, ale wystarczającego oświetlenia np. drogi do stajni i niewielkich rutynowych czynności. Spełniały rolę podobną do dzisiejszych podręcznych latarek. Największymi były lampy wiszące. Na przykład nad dużym okrągłym stołem w bibliotece wisiała lampa z imponującym, ozdobnym kloszem rozpraszającym światło.

lampa-wiszaca-i

Przy tym stole toczyło się najczęściej nasze życie rodzinne i towarzyskie. Tu spędzaliśmy wiele czasu na czytaniu, rozmowach, drobnych zajęciach i innych zainteresowaniach. W sąsiednim dużym pokoju światło płynęło z ciężkiego wiszącego świecznika ośmioramiennego.

Świecznik żydowski

Ojciec kupił go kiedyś w Czudcu od rabina za krowę. Ale było warto. Ten piękny świecznik świeci do dziś (już nie świeczkami, lecz elektrycznymi żarówkami świecznikowymi), a krowa najprawdopodobniej już dawno zjedzona.

Poza tymi, które opisałam, pamiętam jeszcze różnej wielkości lampy i świeczniki stosowane do różnych celów. W salonie przy wejściu stał spory specjalny stolik przeznaczony tylko na lampy.

IMG_6899

Zwykle stało ich tam kilkanaście.

Na przykład ojciec miał swój ulubiony mały świecznik z szeroką podstawką, który stawiał sobie na piersiach, gdy leżał w łóżku i czytał książki przy świetle świeczki.

IMG_6881  Lampion

Były lampy stosunkowo lekkie, przenośne, które niosło się w ręce podczas przejścia korytarzami, czy schodami. Niektóre z nich dawały światło wokoło, inne – bardziej skierowane w jedną stronę, dzięki przymocowanym do nich lusterkom lub błyszczącym blaszkom.

  lampa naftowa przenośna     lampa-naftowa-a17     Lampa naftowa zwykła

Były też lampiony i lampioniki z szybkami w metalowych ramkach, które stawiało się na stole lub nosiło się na haczykach. Lampy stołowe służyły do kameralnego oświetlenia podczas czytania, czy innych zajęć wymagających siedzenia przy stole.

IMG_6884   Lampa naftowa stołowa

Były one zwykle ozdobne, barwne. Niektóre lampy paliło się zwyczajowo codziennie od zmierzchu do spania, na przykład w przejściach, sieniach, którymi częściej się przechodziło pomiędzy pomieszczeniami.

Taki dom, jak nasz, miał siłą rzeczy bardzo wiele zakamarków, korytarzy, klatek schodowych, korytarzy i innych pomieszczeń, więc różnych lamp musiało być dużo. Ich używanie powodowało, że stale w domu unosił się zapach nafty i lekkiej spalenizny od dymiących knotów. Był to jednak zapach miły, domowy, swojski. Ogólnie w domach było znacznie mniej światła niż dzisiaj. O wiele więcej miejsc było kompletnie ciemnych. Nie było też w domu właściwie żadnego światła wpadającego po zmierzchu z zewnątrz, co dzisiaj jest normą. Wieczorami i nocą, gdy nie było księżyca i gwiazd, na przykład z powodu zachmurzenia, to na zewnątrz domu było naprawdę czarno.

Niektóre lampy i lampiony świeczkowe były przeznaczone do stawiania na zewnątrz. Na przykład, jako źródło światła dla gości podjeżdżających pod dwór. Musiały być uodpornione na deszcz, śnieg, czy wiatr.

IMG_6897

W pojazdach używano specjalnych latarni mocowanych z boków na specjalnych uchwytach, masywnie obudowanych w metalowych skrzynkach z grubymi mniejszymi szybami w ściankach. Musiały być odporne na wstrząsy, deszcze i mrozy. Miały one znaczenie ostrzegawcze i sygnalizacyjne w ruchu na drodze. Stosowano je jeszcze w pierwszych samochodach Ford T.

1910Ford-T

Światło elektryczne oczywiście podniosło znacznie nasz standard życia. Nie było jednak tak malownicze i romantyczne.

Do dziś mam sentyment do tych dawnych lamp i świec.

W dalekie kraje

Rzadko mnie było stać na wyjazdy z biurem podróży, co niektórzy uznają za prawdziwą turystykę, ale kilka razy się udało. Zaprzyjaźniona z nami, pracująca w biurze podróży Norweżka Helga Blanc, która leciała na Kretę, pokierowała mną jak to zrobić najtańszym systemem. Kreta właśnie została przyjęta do sieci turystyki, więc bardzo się starano, aby turyści byli zadowoleni. A wyspa piękna jak chodzi o naturę, a jeszcze ciekawsza jak chodzi o kulturę. Do dziś mam ją w oczach i wciąż wspominam. Okazało się, że jak zawsze najciekawsi są ludzie. Przechodziłam codziennie koło małego sklepiku i zerkałam na wystawę, gdyż mieli bardzo ładną ceramikę. Aż pewnego razu właściciel mnie zaprosił do środka i zapytał skąd jestem. Gdy odparłam, że z Polski, a on nie wiedział gdzie to jest, powiedziałam mu, że powinien słyszeć o Polsce, bo nasz rodak trenuje ich drużynę piłkarską. Jak się nazywa – zapytał, a gdy odparłam, że Jacek Gmoch, zakrzyknął, że to drużyna grecka, a on jest z Krety! Popełniłam duże faux pas!

wąwóz samaria 2         kapliczka na Krecie

               Kreta –  Wąwóz Samaria                                            Kreta – kapliczka nad morzem

Jeździliśmy też czasem z biurami podróży po terenie Norwegii, zwykle po sezonie, np. w zimie (bo taniej). Ja chętnie zwiedzałam, mój syn, Jasza jeździł na nartach. Norwegia to wspaniała kraina: surowe piękno morza i wysokich gór obok siebie, dzika natura niezniszczona przez ludzi (mają tylko 4 miliony mieszkańców a powierzchnię taką jak Polska) liczne jeziora i wodospady, malownicze fiordy, wąwozy i niebotyczne skały – to widoki, które chwilami zatykają dech w piersiach. Zobaczyliśmy też piękne okolice Oslo, stare, zabytkowe miasto rybackie Bergen, a także dalej jeszcze na północy Trondheim. Przekonałam się, że moi rodzice mieli rację, gdy po powrocie z podróży do Norwegii w 1933 roku stwierdzili, że jest to najpiękniejszy kraj w Europie.

preikestolen 2                                                        Preikestolen (ambona)

Wracając do wyjazdów egzotycznych dla bogaczy. Zdarzył nam się też i taki, gdy Jasza dostał spore pieniądze od firmy Prince, dla której pracował i zarządził, że jedziemy na Karaiby. Był to listopad, w Norwegii paskudna pogoda, a tam lato! Zapisaliśmy się na dwutygodniowy rejs statkiem, zresztą norweskim, po tamtejszych wyspach. Przy naszym stoliku na statku trafiliśmy na miłe towarzystwo dwóch rodzin z Anglii. Uzgodniliśmy z nimi, że najmiemy szofera, który obwiezie nas po wyspie Dzięki temu zwiedziliśmy dużo więcej, na przykład akwarium położone głęboko pod wodą, za szybą, którego widać było rozmaite stwory wodne, kolorowe ryby, wielkie żółwie, kraby, przedziwne rośliny i koralowce. Innym razem oglądaliśmy ciekawą wyspę w kształcie stożka z resztkami budowli po niewolnikach i z willą gubernatora w stylu kolonialnym.

Cruse                             W Przekroju, w lutym 1992 roku,  ukazał się mój reportaż z rejsu

Drugi tydzień rejsu siedzieliśmy na Barbados, gdzie znów wzięliśmy taksówkę, która woziła nas na plażę lub w różne fantastyczne miejsca. Pamiętam zwiedzanie wąskiej rozpadliny w specjalnych wagonikach. Jechaliśmy tunelem w głąb serii grot z jeziorami. Atrakcję tę odkryli duńscy turyści. Na statku podczas rejsu, a potem na zakończenie, odbywały się konkursy, rauty oraz bal kapitański. Pamiętam jak pięknie udekorowano stoły rzeźbami z lodu, w których były napoje, owoce lub po prostu były ozdobą. Podawano bardzo dla nas atrakcyjne jedzenie jak homary (rarytas dla Jaszy) czy ślimaki (przysmak dla mnie). Nie zawsze wiadomo było jak się to tego zabrać, wołałam, więc kelnera prosząc, aby mi przygotował danie. Robił to z wielką uprzejmością i wprawą.

Przyroda na tych wyspach była bardzo egzotyczna. Wiele roślin, które znamy, jako doniczkowe, egzotyczne, tu rosły, jako wielkie drzewa. Ich kolory były bajeczne! Za naszym domem była mała sadzawka, a w niej wylegiwały się różowe flamingi. Ich długie szyje leżały jak splątane na plecach. Gdy usiadłam na schodkach, aby na nie popatrzeć, przyszedł do mnie kot i zaczął tańczyć wokół moich nóg, dowiadując się w ten sposób, jakie mam dalsze plany. Często był to basen!

Basen w Porto Rico

Pojechaliśmy z szoferem do posiadłości pewnej Amerykanki, która tam osiadła i tworzyła rozmaite wyroby z wielkich muszli. Były to np. ramy do obrazów, dla mnie dość kiczowate, ale pokazywała mi to z dumą, a nawet ofiarowała jakiś drobiazg. Miała dwa wielkie psy bardzo przyjaźnie do mnie usposobione. W jej ogrodzie, który właściwie był gajem pomarańczowym, zobaczyłam wielkie stado, płochliwych niestety, małp. Była to prawdziwa egzotyka!

Na drugim końcu wyspy z kolei był urwisty brzeg, o który rozbijały się olbrzymie, jak wieżowce fale oceanu. Przepiękny to żywioł, dzięki któremu zdobywałam wyrzucone na brzeg wciąż nowe trofea z podróży, a były to muszle i kamienie, które kolekcjonuję. Może kiedyś napiszę o tych i innych moich zbiorach.

Polacy nie gęsi

Często mnie ludzie pytają, jakiej ja właściwie jestem narodowości. Urodziłam się przecież w 1917 roku w Galicji jako poddana cesarza Franciszka Józefa, a więc właściwie Austriaczka. Chodząc do szkoły we Lwowie musiałam nauczyć się języka ukraińskiego, który zdawało się na maturze, podobnie jak polski. Po odzyskaniu niepodległości, przez następne 50 lat mieszkałam w Polsce, a kolejne 40 – w Norwegii, gdzie uzyskałam obywatelstwo norweskie. Teraz, co prawda wróciłam do Krakowa, ale bywa, że mają ludziska mętlik.

Odpowiedź jest prosta: jestem Polką z krwi i kości, a w Norwegii (którą zresztą bardzo kocham!) tylko mieszkałam, pracowałam, tworzyłam (tam powstały moje obrazy).

Nieraz się ktoś dziwił, że mieszkając tak długo za granicą, mówię tak dobrze po polsku. A ja zawsze strasznie się śmiałam z tych rodaków, którzy ulegali modzie i na przykład przed wojną popisywali się swoją francuszczyzną w towarzystwie (dla podkreślenia przynależności do odpowiedniej klasy społecznej).  A jeszcze bardziej mnie raziło, gdy rodacy,  po pół roku wyjazdu z Polski zapominali ojczystego języka lub ubarwiali go obcym. Pamiętam, gdy kiedyś w Stanach znajoma Polka przywitała mnie słowami: „Good, że jesteś. Włóż kota do klozetu”. Zrazu nie zrozumiałam, o co chodzi, ale okazało się, że to ten słynny połlisz-inglisz wyrażający w zniekształconej formie zwrot: „put coat into the closet” czyli „schowaj płaszcz”. Albo inne: „luknij na korner czy nasza kara tam stoi” (look – patrz, corner- róg, car – auto)  Teraz wiem, że jeśli ktoś zapomina naszą piękną mowę, to znaczy, że po prostu nigdy zbyt dobrze po polsku nie mówił.Tabl_Reja_wNaglowicach

Nasuwa mi się tutaj ciągle aktualny, jak się okazuje, cytat z Mikołaja Reja,  „A niechaj narodowie wżdy postronni znają, iż Polacy nie gęsi, iż swój język mają”. Nie oznacza to jednak, iż nie powinno się tracić dumy narodowej z tego powodu, że wyjeżdża się z ojczyzny. Mnie się udało nie stracić, a Rej najwyraźniej się togo obawiał.

Wycieczki i wyprawy po Polsce

Jestem wielką amatorką wszelkich podróży. Teraz już tylko oglądam zdjęcia i słucham różnych historii z wyjazdów moich dzieci i ich przyjaciół. Trzeba przyznać, że trafnie wybierają cel i towarzystwo – bo to chyba jest najcenniejsze w podróży. I to, żeby się jej poddać, być otwartym na przygodę i ciekawym wszystkiego, a specjalnie spotykanych ludzi.

Nigdy nie miałam Reisefieber, przeciwnie, potrafiłam się spakować w kwadrans na całkiem długi wyjazd. Nauczyło mnie tego życie, gdyż prawie od dziecka pakowałam wszystkich na wyjazdy, np. rodzeństwo i siebie do internatu na cały rok. Przeznaczało się na to specjalne kufry. Potem tekturowe walizki i rozmaite tobołki musiały pomieścić nasz dobytek, gdy opuszczaliśmy nasz dom na zawsze. W młodości, gdy jeszcze mieszkaliśmy we dworze, naszymi wyjazdami wakacyjnymi były pobyty w sanockim. Najczęściej u Wiktorów w Zarszynie, gdzie bywało dużo młodzieży, odbywały się bale i różne atrakcje. Ale na ogół niezbyt chętnie ruszaliśmy się z domu, gdzie były korty tenisowe, boisko do siatkówki, rzeka, lasy. Tylko rodzice jeździli zwiedzać stolice Europy. Jeden raz po maturze ojciec mnie zabrał nad morze do Jastarni. Po drodze odwiedziliśmy Wielichowo w Poznańskiem, gdzie ojciec pracował  w majątku Lubomirskich.

Jastarnia-1935Trzy-czarne-diabły-(Kika-z-psami)

Pamiętam też jeszcze przed wojną wyjazd do Zakopanego na konkursy skoków FIS. Tuż przed wojną rodzice sprzedali obraz Grottgera „Pożar dworu”, aby kupić samochód. I tą luksusową Chewrolettą rodzice pojechali obejrzeć Okopy św. Trójcy, a następnie udaliśmy się całą rodziną w podróż do Białowieży, aż do Suwałk, gdzie zapamiętałam piękne jeziora Na następny własny samochód musiałam niestety czekać blisko 40 lat!

OkopyOkopy św. Trójcy obecnie

Podróżowanie do innych krajów wymaga pewnej znajomości języków obcych. Uczyłam się ich w dzieciństwie, ale prawdziwa nauka ich stosowania miała miejsce dopiero za okupacji, gdy musiałam tłumaczyć na niemiecki i z powrotem objawy chorób, z którymi mogli się zgłaszać Polacy do dwóch niemieckich lekarzy. Mieli oni kwaterę w naszym dworze i tam założyli coś w rodzaju ambulatorium. Gdy wyjaśniłam im, że nie umiem mówić tak dobrze po niemiecku usłyszałam: „Das wirst du aber lernen muessen”.. Cóż było robić, musiałam sobie jakoś radzić ze słownikiem. To było ważne, bo Niemcy mieli już w owym czasie sulfatiazol, wielkie odkrycie, lek przeciwzapalny, który się przydawał miejscowej ludności. Potem życie nauczyło mnie języka norweskiego i angielskiego (po łacinie i francusku od czasów szkoły mówiłam nieźle).

Gdy po wojnie, w latach 50-tych, osiadłam na dobre w Krakowie, zaczęliśmy z przyjaciółmi jeździć na wycieczki. Tu przydał się mój zmysł organizacyjny i dobra orientacja w terenie. Rano wyruszaliśmy dajmy na to do Kalwarii czy Harbutowic autobusem, potem przemierzając po kilkanaście kilometrów na piechotę, oglądaliśmy ciekawsze rzeczy w okolicy, aby na koniec trafić na jakąś stację kolejową, gdyż wieczorem tylko w ten sposób można było wrócić do Krakowa. Pamiętam te wycieczki z Jurkiem Smoterem, Kazikiem Wiśniakiem. Andrzejem Majewskim czy Januszem Warpechowskim zwanym Żaglem, podczas których napotykaliśmy masę interesujących miejsc i ludzi. Pamiętam śmieszne zdarzenie, gdy schroniliśmy się przed straszną ulewą pod daszkiem przystanku autobusowego, do którego dobiegła zmoczona do suchej nitki młoda kobieta, popatrzyła na nas i powiedziała „grunt, że Zdzicha zmokła, to się cieszę!”

Kika,-Majewski,-SmoterJa z Andrzejem Majewskim i Jurkiem Smoterem na wycieczce

Na dalsze podróże nie było mnie stać, a chciałam pokazać dzieciom nasz kraj, więc wymyśliłam, że wyruszymy autostopem (po dawnemu „na łebka”) w Polskę. Autostop to była akcja propagowana początkowo w środowisku studenckim, kupowało się książeczkę z kuponami, które otrzymywali kierowcy. Mogli na nie potem wylosować wspaniałe nagrody jak pralka itp. Dodatkowo życzliwy mi redaktor Przekroju Marian Eile wydrukował w swoim tygodniku apel „Zabierajcie Szaszkiewiczową” (było to w 1959 roku).

Na autostopieJa z synami na autostopie

W ten sposób dojechaliśmy do morza (dużej atrakcji dla dzieci), do Sopotu, który był wielką atrakcją dla mnie, gdyż miałam tam przyjaciół w różnych kabaretach i teatrach. Byliśmy też w Mielnie gdzie spotkałam artystów takich jak Maciej Prus, Iga Cembrzyńska i inni, z którymi bardzo wesoło spędzaliśmy czas. Po drodze, jadąc przez Polskę mieszkaliśmy w namiocie, a czasem po ludziach, czy np. w PGR, za Wałczem, gdzie nas początkowo witano nieufnie. Wracając, znów tam wstąpiliśmy, ale tym razem przywitano nas entuzjastycznie. Okazało się, że opisywana w „Przekroju” podróż Szaszkiewiczowej, miała swoich czytelników we wsi, co dotarło do dyrektora PGR-u. Tym razem ugościł nas niebywale, jako prawdziwych, dziś by się powiedziało, VIP-ów. Innym razem mogliśmy poznać Mazury, gdzie byliśmy goszczeni w  obozie młodzieży. Utwierdziłam się w przekonaniu, że Polacy to naród gościnny, a nasz kraj jest wyjątkowo piękny. Potwierdziło się też, że warto jeździć mniej znanymi drogami.

Mazury-na-tratwie

Sublokatorzy

Kiedy mieszkałam z rodzicami i rodzeństwem w Babicy, zawsze jakaś zbłąkana duszyczka znalazła u nas miejsce. Czasem pomieszkiwało nawet wiele osób – a to na wakacje, a to na praktyki rolnicze, a to tak, by być blisko przyjaciół. Oczywiście dwór był wielki, kilkadziesiąt pokoi, więc parę osób w tę czy w tę nie robiło różnicy.

Chyba właśnie odtąd polubiłam mieszkanie wśród ludzi. Właściwie zawsze miałam kogoś w pobliżu. Kiedyś nawet sama zostałam dokwaterowana – po wojnie w Krakowie robiono przymusowe „zagęszczanie” mieszkań i na właścicieli padł blady strach, że jak sami kogoś nie przyjmą pod swój dach, to dokwaterują im zupełnie obcych ludzi niewiadomego autoramentu. Dzięki temu trafiłam do mieszkania państwa Rościszewskich przy ulicy Urzędniczej w Krakowie. Chyba do końca życia nie mogli sobie wybaczyć tego błędu – przecież moje maleńkie mieszkanie tętniło życiem towarzyskim zakłócając spokój statecznym krakowskich mieszczan. Pomieszkiwało w nim kolejno kilka osób, o których kiedyś napiszę.

Poźniej, mieszkając w Norwegii kupiłam (na kredyt oczywiście!) małą kamieniczkę w Stavanger, w urokliwej starówce, przy ulicy Vålandsgate, gdzie wciąż podziwiać można charakterystyczne, śliczne, białe domki drewniane, pamiątki dawnych czasów rybackich. Utkwili mi w pamięci lokatorzy mojej kamienicy. Sami z Jaszą żyliśmy skromnie w małym mieszkanku, a pozostałe mieszkania wynajmowaliśmy, ratując w ten sposób nasz dziurawy budżet. Często ludzie wynajmują komuś mieszkania trzymając lokatorów na dystans. Ale to nie my! Prawie każdy, kto tylko był życzliwie do życia nastawiony, zaraz stawał się naszym przyjacielem, a nawet niemal członkiem rodziny.

Gamle Stavanger

Najbardziej poszukiwały wtedy mieszkań właśnie rozwijające się przedsiębiorstwa naftowe, dla swoich pracowników – zarówno pojedynczych ludzi, jak i całych rodzin. Z czasem pobudowały one całe osiedla, ale na początku musiały wynajmować. Płacili bardzo dobrze. Ryzykowny był tylko ograniczony czas pobytu, ale zapotrzebowanie było tak duże, że zwalniane miejsce od razu zajmował ktoś inny. Przez nasz dom przewinęło się naprawdę mnóstwo osób, z wieloma z nich byliśmy w ogromnej przyjaźni.

Pamiętam pewnego Filipińczyka o imieniu Nestor, na którego żartobliwie mówiliśmy „Ludożerca”. Jasza poznał go, kiedy pracował na statku. Filipińczycy i inne azjatyckie narody, nie zajmowali się robotą naftową; pomagali bardziej w codziennych pracach np. w zmianie pościeli i dbaniu o czystość. Z ludożercą Jasza bardzo się przyjaźnił, a ponieważ miał on kłopoty ze znalezieniem mieszkania, zaproponował mu wynajem strychu za niewielkie pieniądze. Były tam podstawowe warunki mieszkaniowe, ale korzystał z naszej łazienki. Szalenie go polubiliśmy, okazał się bardzo pomocnym i poczciwym człowiekiem. Był z zupełnie innej kultury, np. nie jadał przy stole jak my, tylko kucał gdzieś osobno i jadł palcami. Początkowo nie chciał się do nas całkiem przyłączyć, dlatego trochę się izolował, uważał ze jego styl bycia może być dla nas rażący, ale nam zupełnie to nie przeszkadzało. Po pewnym czasie okazało się, że był on swoistego rodzaju guru dla innych Filipińczyków, bez przerwy się z kimś spotykał i naradzał, w sprawach różnych wyjazdów i organizowaniu żywności. Jego dwa małe pokoiki stały się Filipińskim Centrum. Bardzo miło go wspominam.

Nestor                           Łowca z Maćkiem

        Nestor                                                          Łowca

Inną ciekawą osobą był tzw. „Łowca”. Kiedyś zgłosiło się do nas parę osób w sprawie wynajmu, m.in. pewien Norweg, który proponował mniej pieniędzy niż reszta, ale pozwoliliśmy mu mieszkać, ponieważ był z północnej Norwegii, a wiedzieliśmy, że nikt inny mu nie wynajmie mieszkania. Niby niewielka różnica, ale panowała tam jakaś awersja i nieufność wobec siebie – to tak jakby Kaszub miał wynająć mieszkanie Góralowi. Jasza miał w Stavanger kolegów pochodzących z północy, którzy bardzo to ukrywali, ale dało się ich poznać po kilku pierwszych wypowiadanych słowach, bo akcent był bardzo wyraźny. Okazało się, że nasz lokator uwielbiał polować, miał mnóstwo eksponatów, wypchane zwierzęta, nawet ryby. Nazwaliśmy go Łowcą. Był bardzo sympatyczny i imponował moim wnukom.

lowczy Norwegia 2

Wspaniałe trofea i Magdalena

Oczywiście mieliśmy też jakieś gorsze doświadczenia ze swoimi lokatorami. Pamiętam parę dziewczyn, które ponoć pracowały na platformie. Niewygodne było to, że całymi nocami wywoływane były przez chłopców stojących pod oknami, nie wiem czy były lekkich obyczajów, trudno mi to stwierdzić, ale na pewno bardzo rozrywkowe. To cecha wielu norweskich dziewczyn – tam zarówno chłopcy, jak i dziewczyny zachęcane są przez rodziny do zabawy, ale tylko przed ślubem, po ślubie natomiast są bardzo wierni, i przestrzegają zasad. Nikogo nie dziwi na przykład, że 15-letnia dziewczyna przyjmuje na noc chłopca, a mama rano przynosi im śniadanie. Dzieci nieślubne też są bardzo mile widziane. Dziecko to dziecko, nieważne czy był ślub, ono jest najważniejsze. A wracając do lokatorek, to nie chciały płacić rachunków, więc przytrzymaliśmy im rzeczy. Byłam sama, a one przyjechały z policją, która stała po ich stronie, ponieważ my byliśmy obcokrajowcami. W pewnym momencie zamknęli drzwi za sobą i po ich drugiej stronie zobaczyli wielkie zdjęcie, naszej pięknej przyjaciółki w mundurze policyjnym. Od razu zmienili nastawienie, z niegrzecznych na przyjaźnie nastawionych, nie zabrali żadnych rzeczy, uspokoili dziewczyny i odeszli.

Miło wspominam dom na Vålandsgate, z sąsiadami żyliśmy bardzo dobrze, z jedną rodziną mieliśmy wspólnego kota. Mieszkaliśmy tam około 10 lat. Zawsze uważam, że ze wszystkimi da się żyć jak tylko ma się wzajemną dobrą wolę.

Babica: ciepło – zimno.

Zima powoli odchodzi, chociaż poranki jeszcze mroźne. Ptaki na tarasie nadal domagają się słoninki i słonecznika, Kotka Konstancja siedzi w oknie i patrzy w swój telewizor (karmnik dla ptaków za oknem), zmierzch wcześnie zapada. A w domu ciepło, sucho, przyjemnie. W naszym dworku w Babicy nie było tak dobrze!

Pokoje ogrzewano lepiej, ale w korytarzach i sieniach nie było wesoło. W domu królowały piece kaflowe, w których paliło się drewnem, były też gdzieniegdzie piece murowane i tynkowane. W salonie stał kominek.

Ojciec przy kominkuW przedpokoju głównym, do którego wchodziło się prosto z zewnątrz, stał „koksiak” – okrągły, wysoki jak człowiek, piec żeliwny, w którym, jako jedynym palił się koks. On dawał ciepło rozchodzące się po całym domu, ale oczywiście tylko blisko niego było naprawdę ciepło. W tym przedpokoju były tez szafy na wierzchnie ubrania i buty.

W pozostałych piecach, także w piecu kuchennym, paliło się drewnem, a czasem – kiedy był naprawdę srogi mróz – dorzucało się cennego węgla, który dawał więcej ciepła. Drzewo było dla nas darmowe, bo pochodziło z naszego lasu. W drewutni drwal ciął pnie i gałęzie, po czym rąbał je na mniej więcej podobnej wielkości kawałki (tzw. polana), które składował, a następnie wynoszone były one do kuchni i w pobliże pieców pokojowych. Najwięcej ciepła dawało drzewo bukowe, ale rzadko tym paliliśmy. Najczęściej używaliśmy drewna sosnowego i świerkowego.

Bez nazwy-1

Jak widać na zdjęciu, w głębi pokoju jest piec kaflowy. Nie było jednak zbyt ciepło, skoro moja siostra do czytania w bibliotece ubierała kożuszek.

Ojciec nasz pilnował, aby piece były „przestawiane” w stosownym czasie przez zduna, jednak nie uniknęliśmy niebezpieczeństwa. Pewnego razu, gdy nikogo oprócz służącego nie było w tej części domu, jego uwagę zwrócił dzwonek dobiegający z klatki schodowej prowadzącej na górę. Elektryczności jeszcze wtedy nie było w domu, ale były już do dzwonki na baterie. Zdziwił się, bo przecież nikogo tam nie było. Poszedł tam jednak, ale dzwonek już milczał. Krótkie jednorazowe dzwonki powtórzyły się w ciągu miesiąca kilka razy. Służący zaczął bojaźliwie napomykać o duchach i bał się tam chodzić. Od dawno mówiło się przecież, że na strychu coś straszy. Pogłoski te skwapliwie podtrzymywał poprzedni właściciel Babicy, dziadek Pawlikowski, chociaż doskonale wiedział, że tam kuny harcują. Pewnego wieczora dzwonek zaczął brzęczeć jednostajnie i bez przerwy. Służący przemógł się i poszedł za jego głosem. W korytarzu zobaczył kłęby dymu i języki płomieni wydobywające się ze szczeliny w ścianie. Wszczął alarm, pożar został opanowany. My dzieci (miałam wtedy około 10 lat) spaliśmy w drugiej części domu, mieliśmy niezłą frajdę, że coś się wreszcie dzieje!

Później okazało się, że w piecu przylegającym do ściany korytarza, od jakiegoś czasu zaczęła odpadać glina, która odsłoniła wewnątrz pieca belkę nośną stropu. Brak powietrza powodował, że belka jedynie się tliła, stopniowo się zwęglała. Czasem jednak drobne płomyki rozgrzewały przewody elektryczne tak, że następowało chwilowe zwarcie w przewodach dzwonkowych. W końcu jednak izolacja przepaliła się całkowicie i nastąpiło zwarcie, co włączyło ciągły sygnał dzwonka.

Przed nastaniem elektryczności, w domu mieliśmy na co dzień do czynienia z różnymi źródłami otwartego ognia: piece, lampy naftowe, świece, kominek. I nic się złego nie działo. Było bezpiecznie. Ale gdyby nie ten dzwonek na baterie, to pewnie spłonęlibyśmy doszczętnie jak się zdarzało innym dworom na przykład w Dzikowie (posiadłość Tarnowskich), czy Siarowie (dwór Długoszów).

 

Sławny, Kot

Słyszałam, że Warszawie otwarto niedawno wystawę zdjęć Władysława Sławnego i szalenie się z tego ucieszyłam, bo Sławny został trochę jakby zapomniany, a był jednym z najświetniejszych naszych fotografików, niezwykle też cenionym w Paryżu, gdzie spędził większość swego życia. Cieszę się tym bardziej powrotem Sławnego, bo Władek przyjaźnił się z moją siostrą Mają i był mistrzem mojego brata Konstantego Jarochowskiego, który szlify fotograficzne zdobywał pod kierunkiem Władka w tygodniku ,,Świat”. A i ja miałam przyjemność poznać go w swoim czasie.

Władek pochodził z rodziny żydowskiej, jego prawdziwe nazwisko brzmiało Wolf. W Paryżu znalazł się już przed wojną, po wojnie pozostał we Francji i przystał do środowiska paryskich artystów, wiążąc się szczególnie z Jeanem Dubuffetem, któremu jako fotografik towarzyszył w jego malarskich poczynaniach. I właśnie w powojennym Paryżu Władek zaprzyjaźnił się z moją siostrą, która pod koniec lat czterdziestych znalazła się nad Sekwaną i kierowała ukazującą się tam ,,Gazetą Polską”, z którą Władek współpracował. Świadectwem ich przyjaźni jest portret Mai autorstwa Sławnego, chyba najpiękniejsze jej zdjęcie, którego reprodukcja znalazła się w moich wspomnieniach.

Kot z kubkiem

A w tym samym czasie mój brat, Kot, wylądował jako fotografik w krakowskim ,,Dzienniku Polskim”. Palił się do fotografii, ale był młody i zielony, miał wprawdzie świetny aparat, Leicę, którą podarował mu nasz ojciec, ale czuł, że brakuje mu warsztatu, brakuje mu też nauczyciela, a chciał się rozwijać artystycznie. Toteż kiedyś, pisząc do Mai, spytał, co robić, by stać się prawdziwym fotografikiem. Maja nie zajmowała się fotografią, była pisarką, więc z tym pytaniem zwróciła się do Władka. Ten zaś odpowiedział bez namysłu: oglądać reprodukcje najlepszych fotografików – sądzę, że miał na myśli na przykład Henri Cartier- Bressona, którego kilka lat później popularyzował w ,,Świecie” – i oglądać jak najwięcej dzieł malarskich. Ale gdzie pod koniec lat czterdziestych Kot miałby oglądać zdjęcia wybitnych fotografików czy reprodukcje sztuki zachodniej? Na szczęście Maja słała mu francuskie pisma, wówczas w Polsce nie do zdobycia, takie jak ,,Paris Match”, z którym Sławny współpracował. Kot uważnie przyglądał się więc francuskiej fotografii, i chyba sporo na tym skorzystał.

Włochy zmn_0028Fotoreportaż z Włoch – Konstanty Jarochowski

Kiedy zaś w 1950 r. z inicjatywy Stefana Arskiego, dygnitarza prasowego pełna gębą, powstał ,,Świat”, Arski postanowił, że ściągnie do tego tygodnika Sławnego, jako głównego fotografika. Bo ,,Świat” miał być pismem poświęconym sztuce fotografii, a dopiero później pojawiła się w nim proza, np. fragmenty ,,Kolumbów, rocznik dwudziesty”, opowiadań Dąbrowskiej czy reportaży Mariana Brandysa, publikowała tam również Maja . Władek przyjechał więc do Warszawy na rozmowy z Arskim, przyjął jego propozycję, ale postawił warunek, że sam dobierze sobie współpracowników spośród młodych fotografików z całej Polski, między innymi Kota.

I właśnie wtedy poznałam go w Warszawie, gdzie umówiłam się z Mają, bo w tym czasie Maja powróciła już z Paryża. A znalazłam się w Warszawie dzięki temu, że mieszkając po wojnie w okolicach Kłodzka, pracowałam w fabryce lnu, od czasu do czasu pisując jakieś bzdury do lokalnej prasy i zyskując zaszczytne miano ,,korespondentki terenowej”, i z tej racji zostałam wydelegowana na ogólnopolski spęd korespondentów terenowych w Warszawie.

Władek to był sympatyczny, ruchliwy, żywy i bystry człowiek! W ,,Świecie” był alfą i omegą w sprawach fotografii, ale i prawą ręką Arskiego. Przemiła była też żona Władka, Tola, przesympatyczni byli też ich synowie: Jean i Francis. Sławni mieli w Warszawie mnóstwo przyjaciół.

Sławny i jego podopieczni mieli w ,,Świecie” znakomite warunki do pracy, np. świetne laboratorium. Kot nie był jedynym fotografikiem w ,,Świecie”, bo pracował tam także Wiesław Prażuch i Jan Kosidowski, syn znanego w owym czasie pisarza Zenona Kosidowskiego, ten ostatni był najwybitniejszym fotografikiem spośród uczniów Sławnego. Kot był bardzo dobrym reportażystą – ale to u nas rodzinne, bo mój syn Maciek także pasjonuje się fotografią i synowa twierdzi, że jest dobrym reportażystą – nieźle udawały mu się także pejzaże i specjalizował się w dziwnych tematach, które tylko jemu mogły przyjść do głowy, np. pamiętam fotografię buldoga w czarnych okularach obserwującego zaćmienie słońca. Robił też zaskakujące zdjęcia ludzi.

Pogrzeb Króla Norwegii zmniFotoreportaż z koronacji Króla Norweskiego Hakona V – Konstanty Jarochowski

Władek Sławny pracował w ,,Świecie” bodaj do 1957 r., a potem wrócił do Paryża. Po jego odejściu ,,Świat” podupadł, aż w końcu został rozwiązany niedługo po 1968 roku, oczywiście na fali kampanii antysemickiej.

Kot pracował w ,,Świecie” do końca. Przez te lata udało mu się dojrzeć jako artyście, wiele się od Sławnego i innych kolegów nauczyć, i gdy dziś spoglądam na jego zdjęcia – widzę, że Kot miał talent i indywidualność. Słyszę zresztą, że dzisiejsza wystawa Sławnego to pierwsza z prób przypomnienia jego postaci i środowiska ,,Świata”, a w warszawskim Muzeum Narodowym otwarto właśnie wystawę poświęconą temu legendarnemu tygodnikowi.

Kot odchodzi