Miesięczne archiwum: Kwiecień 2013

Norwegia: O co pytałam Najwyższego

Do Skandynawii trafiłam w styczniu 1969 roku, mając 52 lata. Zaprzyjaźniony Norweg, który studiował w Krakowie, wysłał mi zaproszenie oraz kupił bilet na statek (samolot odpadał, bo był za drogi). Bardzo mnie zdziwiło, że dostałam paszport, który było trudniej zdobyć niż wizę. Planowałam tam zostać 2 albo 3 lata, aby poprawić sytuację materialną rodziny. Zostałam na lat czterdzieści.

Wiedziałam sporo o Norwegii z literatury oraz z opowiadań rodziców, którzy się nią zachwycali po odbyciu tam rejsu w latach trzydziestych XX wieku. Matka podziwiała piękno kraju, doceniała życzliwość ludzi, chociaż mówiła, że jest tam bieda. Kiedy dotarłam do Norwegii, w stosunku do warunków w Polsce panował tam luksus. A gdy jeszcze trysnęła im ropa, dopiero się zaczęło!

Zahaczyłam się w Stavanger, mieście na zachodnim wybrzeżu, które teraz liczy sobie sto tysięcy mieszkańców, jak na polskie warunki niewiele, ale w Norwegii to prawie metropolia. Wtedy Stavanger liczyło sobie około 60 tysięcy mieszkańców, takie małe, stare, trochę senne miasteczko. „Stav” znaczy: belka. Prawdopodobnie kiedyś była to osada do składania drzewa i miasteczko rybackie, gdyż jest to przecież brama Norwegii na Morze Północne. W okolicy znajduje się pełno pięknych fiordów. To stolica Rogaland, odpowiednika naszego województwa. Jak przyjechałam do Stavanger, prawie nie było tam murowanych budynków – oprócz hotelu, katedry, teatru i paru innych – dominowały białe drewniane domki. Bardzo mi się to podobało!

Dość szybko Stavanger stało się centrum norweskiej ropy naftowej. Myślę, że naftowcy wybrali je dzięki doskonałemu położeniu miasta, bo można tam było wybudować wielkie, nowoczesne platformy, które potem holowało się na miejsce wydobycia ropy – nieraz kilkadziesiąt kilometrów od brzegu. Wtedy w Norwegii zaczęła powstawać struktura społeczna oparta w pewnej mierze na pracy obcokrajowców.

Platforma wiertnicza

Zaskoczył mnie klimat, szykowałam się na ciężkie mrozy, a tymczasem w tym rejonie prawie nie ma zimy, ze względu na ciepły prąd Golfsztrom. Z kolei jest bardzo wiele dni bez słońca i światła w ogóle, oraz niespełna trzy miesiące letnie tzw. białych nocy. Często pada deszcz, ale pogoda jest tak zmienna, że rano nie sposób jej przewidzieć na cały dzień. Trudno więc na przykład przed wyjściem na całodzienną wycieczkę dobrać odpowiednie ubranie. Jednak szybko to doceniłam, gdyż ta zmienność powoduje, że nadzieja na słońce jest duża. W słońcu kraj ten wygląda przepięknie, gdyż przejrzystość powietrza jest duża, stąd też daleka widoczność. I to cudowne, że jest się nad morzem, a widzi się bliskie masywy gór i wszystkie odcienie szarości, błękitu, granatu. I to wszystko odbija się w morzu!

Se så klar vann det er i Frafjorden.23.03.04

Początkowo było mi ciężko, Stavanger żyło swoim życiem, miejscowi nie bardzo chcieli się integrować, oprócz teatru nie działały jakieś większe ośrodki kultury. Odnalazłam się w środowisku teatralnym, które na całym świecie ma coś wspólnego, a które dobrze znałam z Polski. Świetnie poczułam się w teatrze, znałam tam zresztą dwóch aktorów, którzy bardzo entuzjastycznie mnie przywitali i zapewnili miłą atmosferę. Bardzo mi to pomogło. Kiedy część bliższych i trochę dalszych znajomych wyjechało założyć teatr koło Trondheim, pojechałam tam, aby ich odwiedzić na otwarcie teatru.

Byłam w Stavanger jedną z niewielu Polek, co wywoływało wielką sensację, gdyż wyróżniałam się ubiorem i wyglądem. Poza tym większość Norwegów jest chuda, a ja byłam gruba. Stopniowo, ale powoli zaczęli się pojawiać w Stavanger inni Polacy. Na kursie pielęgniarskim odkryłam, że w pracowni rentgenowskiej pracuje Polka, z którą się bardzo zaprzyjaźniłam. W Norwegii wtedy dominował tradycyjny, protestancki model rodziny, kobiety najczęściej wykonywały tylko prace domowe, dopiero z czasem to się zmieniało.

Zapisałam się na kurs języka norweskiego, aby podjąć pracę w zawodzie pielęgniarki, który też wymagał dodatkowego szkolenia. To wszystko wydaje się teraz proste i oczywiste, ale trzeba pamiętać, że nie byłam już młoda, a ponadto kontakt z Polską był słaby – telefony w Krakowie w tych latach należały do rzadkości. Musiałam pokonywać tęsknotę oraz starać się przystosować do wielu nowych rzeczy naraz! Nie było łatwo.

Pamiętam, jak pewnego dnia, tuż przed moimi pierwszymi na obczyźnie świętami Bożego Narodzenia, dowiedziałam się, że muszę się prawie z dnia na dzień wyprowadzić z wynajmowanego mieszkania, gdyż potrzebne jest ono dla rodziny Norweżki, u której mieszkałam. Wszędzie atmosfera świąt, nikt nie ma głowy, by wynajmować lokum obcej babie lub ją przyjąć na święta. W hotelu Victoria, w którym pracowałam, było masę roboty, więc dość późno wieczorem, wracając do domu, jakoś tak się poczułam źle i samotnie, że zwróciłam się w myślach do siły wyższej: „Panie Boże, jak Ty sobie poradzisz z tą sytuacją?” I nagle zza rogu wyszedł mój przyjaciel, Helge i rzuca mi się na szyję wołając: „Kika, z nieba mi spadasz! Muszę jechać na parę tygodni do Trondheim robić sztukę, a w domu pies sam, nie ma go jak zostawić. Zamieszkaj u mnie! Lodówka pełna na święta, co tylko chcesz”. Nie mrugnęłam okiem, zgodziłam się od razu!

Wtedy przekonałam się raz jeszcze, że człowiek nie zginie jak ma przyjaciół i ufność, że siły wyższe wesprą go w tym życiu.

Podróże: Rzym wieczne miasto

Do Rzymu pojechałam nie tyle, by go zwiedzać, ale by się spotkać z synem i go odzyskać, czyli zabrać go z obozu dla uchodźców do Norwegii, do domu. Ale w końcu zwiedziliśmy i Rzym i Wenecję i pewnie jeszcze coś po drodze, czego dziś już nie pamiętam, bo obydwa te miasta przyćmiewają wszystko inne. A dodatkowo byłam bardzo podekscytowana spotkaniem z synem i tym, że udało mu się uciec z tej komuny i będziemy znów razem!

Przyleciałam samolotem do Wenecji gdzie czekał na mnie Jasza, który przyjechał z obozu dla uchodźców koło Triestu. Tak się złożyło, że w tym samym czasie przyjechał z Polski zespół „Mazowsze”, z którym spędziliśmy trzy dni w tym niezwykłym mieście. Z kolei w Rzymie mój dawny (jeszcze z czasów gimnazjalnych) wielbiciel Stefan, pomógł mi znaleźć tanie locum. To było w 1972 roku, w tym samym, kiedy to chory psychicznie Australijczyk uszkodził poważnie Pietę Michała Anioła w Bazylice św. Piotra.

Zwiedziliśmy Rzym, w Watykanie także skarbiec (były tam między różnymi egzotycznymi wspaniałościami, także okropnie brzydkie dary dla Papiestwa np. z Ameryki).

Ja sobie założyłam, że muszę zobaczyć dwie rzeczy: freski Rafaela w tzw. stanzach Heliodora oraz oczywiście kaplicę Sykstyńską pełną fresków, głównie Michała Anioła. Aby to zobaczyć, trzeba pokonać długie korytarze pełne wspaniałych malowideł etc. Tu miałam przeprawę z Jaszą, który po drodze wciąż mi coś pokazywał na prawo i lewo, a ja broniłam się, dążąc uparcie do celu. Zasada zwiedzania jest taka, że trzeba najpierw zobaczyć to, czego szukasz, a potem możesz resztę. Tutaj w tej „reszcie” napotkaliśmy malowidło przedstawiające Sobieskiego pod Wiedniem. To była jedyna rzecz, dla której zatrzymałam się dłuższą chwilę.

Kika w Rzymie

Chodząc tak z Jaszą po Rzymie, odkrywając różne akcenty polskie, nie przypuszczałam, że długie lata pozostaniemy poza ojczyzną. I że już należymy do licznej rzeszy polskiej emigracji. Czuliśmy radość, że jesteśmy wolni, nadzieję, że los będzie dla nas łaskawy i pewność, że uczyniliśmy słusznie. To ważne nastawienie, które potem pozwala przetrwać, gdy tęsknota za krajem człowieka dopada.

Babica – „Pani Radowa idzie – pumpować!”

Na ten okrzyk, ktoś ze służby wyprowadzał konia ze stajni, prowadził nad Wisłok i zaprzęgał go do kieratu. Oznaczało to bowiem, że ciotka Didi Rado idzie z pobliskiego Czudca do nas, aby się wykąpać w naszej łazience. Mieszkała ona w Wiedniu, ale zwykle na letnie miesiące przyjeżdżała do swoich (i naszych) krewnych Wiktorów w Czudcu. Niezbyt satysfakcjonowała ją tamtejsza łazienka, która ciągle szwankowała, więc prawie codziennie przychodziła korzystać z naszej. Przy okazji odbywała w ten 2-kilometrowy spacer dla zdrowia.

Koń za pomocą kieratu, przepompowywał wodę z Wisłoka do wielkiego zbiornika umieszczonego na strychu domu. Stamtąd rurami stopniowo spływała ona w dół. Na dole, rury te biegły przez ściany pieca kuchennego, gdzie woda się nagrzewała. Następnie, już gorąca, wędrowała do drugiego, mniejszego zbiornika, bojlera. Stamtąd biegła do kranów w łazience.

Wanna była wielka, porcelitowa, stała na śmiesznych ozdobnych nóżkach, bardzo stabilna i gotowa przyjąć nawet wielkie postaci. Miała wielkie krany i prysznic z porcelitową rękojeścią na widełkach, jak telefon. Stąd pewnie do dziś nazywa się te uchwyty słuchawkami. Obok stała na grubej nodze, również porcelitowa, duża, głęboka umywalka. Z racji rozmiarów trudno było nachlapać na podłogę przy niej podczas mycia się. Obok stały bidet i muszla klozetowa. Też porcelitowe, duże.

Stara wanna

Odpływ ścieków z kuchni i łazienki biegł zakopanymi w ziemi kamionkowymi rurami do Wisłoka.

Jak pamiętam, taka łazienka, taki obieg wody to była sprawa bardzo nowoczesna na owe czasy. Dzięki ojcu, który nie oszczędzał na tych drogich inwestycjach w higienę. Ale było to raczej wyjątkowe podejście. W żadnym z okolicznych majątków nie zastosowano tak postępowych rozwiązań. Królowały w nich misy, kadzie i beczki, a jeśli wanny, to bez bieżącej wody i odpływu. Wodę grzało się na kuchni, wnosiło do łazienki i wlewało do stosownych pojemników. Potem brudną wynosiło się na zewnątrz.

Ojciec, co około 2-3 lata wzywał hydraulika, który wszystkie rury przetykał i czyścił, a wszystkie krany uszczelniał. Pewnie dlatego wszystko to działało przyzwoicie i to właśnie oraz tę nowoczesność tak doceniała ciotka Didi.

A dlaczego służba mówiła „pumpować” zamiast „pompować” – Bóg raczy wiedzieć!

Caritas – moja Ania

Są ludzie, którzy lepiej niż inni potrafią się opiekować chorymi czy starszymi osobami. Sama jestem pielęgniarką i przez wiele lat opiekowałam się chorymi, ale wciąż się zastanawiam, na czym to polega, że pewni ludzie mają dar do zajmowania się innymi w taki sposób, że chorzy czy starzy czują się spokojni i bezpieczni.

Gdy pracowałam jeszcze w Polsce, przed moim wyjazdem na Zachód (tak się wtedy mówiło), uczyłam się pielęgniarstwa i niestety doświadczenia z tej nauki nie były zachęcające. Obie strony – pielęgniarki i opiekunki, jak ich podopieczni – niezbyt przepadały za sobą, traktowały się nawzajem bez należnego szacunku. Myślę teraz, że wynikało to stąd, iż praca ta była słabo płatna, a jej warunki ciężkie. Pozycja osoby opiekującej się innymi była dość niska. Wyraża to też język, mówiło się „służba zdrowia”, a jak wiadomo, służenie innym ludziom nikomu nie pochlebia. Może poza stanem zakonnym, z którego wywodziło się wiele pielęgniarek, zwanych stąd „siostrami”. Znaczenie tych słów jest bardzo symboliczne. Ale opiekowania się nie nobilitowało. Pielęgniarki często były lekceważone, a one odpłacały tym samym swoim pacjentom. Takie mam wspomnienia z lat sześćdziesiątych lat w Krakowie.

Gdy wyjechałam do Norwegii i nauczyłam się języka tak, że mogłam pracować w zawodzie, okazało się, iż jest to praca jak każda inna. Nigdy, mimo iż wykonywałam różne czynności, nie czułam się upokorzona. Warunki pracy były bardzo dobre, płaca godziwa, a ludzie życzliwi, mimo tego iż sama praca bywała trudna, gdyż opiekowałam się mocno starszymi osobami, często z psychicznymi problemami. Traktowali mnie ci ludzie często jak kogoś z rodziny, a ja nie dementowałam tego. Niekiedy wręcz nazywali mnie „mamusią”, przedstawiając mnie w ten sposób z dumą własnej rodzinie, która przyszła w odwiedziny. Relacje nasze były bardzo serdeczne. Nie wiem, czy tylko ze względu na dużo lepsze warunki mojej pracy, a ich pobytu w oddziale. Czułam do nich wielką i w pełni odwzajemnioną sympatię. Okazywałam ją czasem poprzez kontakt cielesny, pogłaskanie, dotyk. Każdy człowiek tego potrzebuje, a najwięcej osoby starsze. Zdarzały się oczywiście osoby humorzaste, ale nie brałam do siebie ich uwag. Przeciwnie, zawsze miałam poczucie humoru, co zwykle ratuje nas w trudnych sytuacjach. Pamiętam, jak pewien stary pastor złościł się, że nie ma na dyżurze mężczyzny, aby mu zawiązał krawat. Gdy mu pokazałam, że potrafię zawiązać krawat, początkowo nie krył zdumienia, a potem zadowolenia i podziwu dla mnie.

Zauważyłam, że starsi ludzie, których pielęgnowałam, mieli mi wiele do powiedzenia. Wystarczyło słuchać nie zawsze składnych historii i zyskiwało się ich wdzięczność, a oni uspakajali się. Chętnie oglądałam z nimi zdjęcia rodzinne (pamiętacie, jak niedawno radziłam wszystkim, by w razie gdyby musieli opuszczać na zawsze swój dom, nie zapomnieli zabrać ze sobą rodzinnych fotografii?). W sumie każdą rzecz robiłam z energią, bez przykrości, wesoło, co z pewnością udziela się wszystkim na około. I wtedy dostaje się nawzajem dużo serdecznej wdzięczności. Jest to dla opiekuna ważne, chociaż może nie jest niezbędne.

Gdy sama znalazłam się w sytuacji osoby potrzebującej opieki, a po nie tak dawnej operacji biodra, wręcz pielęgnacji, zdarzył się cud i zjawiła się osoba, która jest ideałem opiekunki: moja Ania. Wejście Jej w nasz dom i życie było stopniowe, początkowo Ania miała zajmować się mną, gdy rodzina szła do pracy – byłam wtedy jeszcze niezbyt sprawna, leżałam w specjalnym łóżku – a z czasem okazało się, iż Ania zajmuje się całym domem. Jej delikatność, kultura osobista, pomysłowość i samodzielność sprawiła, że nasze życie stało się lżejsze – jak w Norwegii! Ona sama chętnie słuchała moich opowieści – poczynając od czasów przedwojennych, poprzez czas Piwnicy pod Baranami, aż do Norwegii. Wyłożyłam Jej historię sztuki współczesnej, opowiedziałam między innymi o znanych mi osobiście malarzach kapistach – co Ją szalenie zainteresowało. Byłyśmy razem na kilku wystawach, gdy jeszcze byłam na lepszym chodzie.

Z Anią na wystawie MajewskiegoZ Anią i Romkiem Łodzińskim  na wystawie Andrzeja Majewskiego

Wszystko to w atmosferze serdecznej przyjaźni i dyskretnej troski z Jej strony, bez nadmiernej ingerencji. To jest chyba ideał opiekunki i z pewnością tworzą go cechy osobowości człowieka, ale też wzajemne staranie się o dobrą relację. A przecież Ania nie jest dyplomowaną pielęgniarką, w ogóle nigdy nie pracowała zawodowo (poza tym, że na dobrym poziomie i z przyjemnością prowadziła swój dom, mając dość liczną rodzinę). Jej obecność w naszym domu i życiu jest nie do przecenienia. Tak uważamy wszyscy: rodzina, a także nasi przyjaciele.

 Poniżej: wspólny SylwesterSylwester z Anią

Jak się pakować z głową?

Wspominałam już kiedyś mimochodem, jaką trudną sztuką jest sztuka pakowania się, a coś o tym wiem, bo w życiu czyniłam to nie raz i nie dwa. Uczyłam się tej sztuki od dziecka, gdy musiałam pakować się i wyjeżdżać do szkół.

Ale jak bolesne bywają chwile, gdy taszczysz walizy i zastanawiasz się, co zabrać ze sobą, a czego musisz się pozbyć, choć się serce kraje! Zrozumiałam to naprawdę, gdy pod koniec wojny przyszło mi opuszczać rodzinny dwór w Babicy. Wiadomo, najbardziej liczą się wtedy rzeczy niezbędne do życia, a garnek wydaje się ważniejszy niż książki. Dotąd mam przed oczyma szafy biblioteczne ze wspaniałym księgozbiorem moich rodziców, które zostawiliśmy uciekając przed Armią Czerwoną. Kochałam książki, ale w życiu tak bywa, że przychodzi taki bolesny moment, kiedy – chcesz czy nie chcesz – musisz się rozstać z tym, do czego jesteś najbardziej przywiązany. Z opowieści ludzi, którzy wcześniej niż my musieli uciekać ze swoich domów, wiedziałam, że najcenniejsze są zdjęcia, że ich strata zawsze jest bolesna. Inne rzeczy czy dokumenty są przeważnie do odtworzenia, czy odkupienia, a właśnie zdjęcia, jeśli przepadną, to bezpowrotnie. A są przecież często najlepszymi dokumentami całego życia i ulotnych chwil, tym cenniejszymi, że obrazowymi, nie tekstowymi. Nie zostawiłam więc w Babicy ani jednej fotografii.

Karta z albumu foto

Nie zabrałam większości dokumentów, tzw. papierów, wydawały mi się nieważne. A dziś żałuję, że tak łatwo wyzbyłam się na przykład księgi, w której mój ojciec od dzieciństwa prowadził dziennik myśliwski, skrupulatnie notując w nim wszystkie swe łowieckie wyczyny: gdzie, kto i z kim wybrał się na zające, dziki, rogacze, sama zresztą także lubiłam polować. Niby nic, a przeboleć straty tej pamiątki do dziś nie mogę i nie wiem, dlaczego w swoim czasie wydawała mi się ona niewarta ocalenia. Pamiętam, pomyślałam wtedy, że przecież ojciec nigdy już nie będzie polował, po co mu więc ta księga? I rzeczywiście, ojciec po wojnie nie miał okazji polować, ale żałował, że nie może zajrzeć do swego dziennika i przypomnieć sobie przedwojenne łowy. Było mi więc szalenie przykro, że pozbawiłam go jego myśliwskich wspomnień.

Nie mogę też odżałować listów, które moja matka pisała do mnie i do mojego rodzeństwa, gdyśmy wyjechali do szkół. Zostawiłam je w Babicy, bo uznałam, że są rzeczy ważniejsze do ocalenia. A w naszym dworze było tysiące rzeczy, które chciałoby się koniecznie zabrać ze sobą, bo wydawały się ważniejsze niż dziennik myśliwski czy plik pożółkłych listów. Trzeba było wybierać, trudno! Ale teraz żałuję także, że nie zabrałam albumu, do którego przez lata wklejałam wycinki prasowe o turniejach i mistrzach tenisowych, bo tenis był moją pasją, polowałam na autografy wielkich tenisistów i podziwiałam Amerykanina Williama Tildena, siedmiokrotnego zdobywcę Pucharu Davisa, którego w latach trzydziestych miałam okazję widzieć w Krakowie na kortach AZS. Nawet nie wiecie, jak chętnie rozłożyłabym dziś ten album na stole w domu moich dzieci. Powie ktoś: nie czas żałować róż, gdy płonie las… Wszystko prawda, a przecież żal! A po co mi ten album, myślałam, czy będę miała kiedyś czas, by położyć go na stole i powspominać Tildena, czy w ogóle będę miała kiedyś jakikolwiek stół? Musisz jednak coś wybrać, zwłaszcza jeśli wiesz, że przed tobą długa i ciężka droga, zanim wylądujesz w miejscu, w którym znajdziesz nowy dom.

Przeboleć też nie mogę, że zostawiłam w Babicy mój portret, dzieło Gizeli Ważykowej, żony poety Adama Ważyka, którą poznałam podczas wojny, gdy na aryjskich papierach ukrywała się w Krakowie. Gizela wojny nie przeżyła, została zamordowana w którymś z hitlerowskich obozów, i nie mam po niej żadnej pamiątki. Ale tak jest, wszystkiego ze sobą na tułaczkę nie zabierzesz.

Wierzę, że ani Jasza, ani Maciek, ani moja synowa, ani ich dzieci, ani nikt, nie będzie już nigdy musiał uciekać w popłochu z własnego domu, pakować się w gorączce i wyrzekać się swych pamiątek – ale gdyby, nie daj Boże, coś się stało, pamiętajcie: najważniejsze są fotografie. A także, ale w drugiej kolejności, nie dające się odtworzyć, czy odkupić, ważne, rzeczy związane z nami i z naszymi bliskimi. Mogą nie być cenne materialne, ale bezcenne uczuciowo. Nie jest łatwo je oddzielić od innych, przydatnych i koniecznych w życiu, ale od tego wyboru zależy, czy i na ile będziesz później żałować. Dziś konieczność takich wyborów zdarza się bardzo rzadko. Co najwyżej pakujesz się i wyjeżdżasz w świat na miesiąc, na dwa, choć kto wie, czy miesiąc w Norwegii nie wydłuży się do kilkudziesięciu lat, jak mnie się zdarzyło? A ponieważ nigdy nic nie wiadomo, wybierając się dawno temu do Norwegii przezornie zabrałam ze sobą trochę rodzinnych fotografii. I tej decyzji nigdy nie żałowałam.

Podróże – Paryż mon amour.

Pisałam już o wyjazdach w młodości, a także o tych z biurem podróży, najchętniej jednak wyjeżdżałam do przyjaciół w różnych ciekawych miastach i w ten sposób zwiedziłam kilka krajów w Europie. Zaczynając od stolic, wiele razy bywałam w Warszawie, gdzie mam rodzinę, ale wtedy wcale nie oglądałam miasta, gdyż nie ono było moim celem. Parę lat temu dopiero będąc na ślubie Kajetana Małachowskiego, rozejrzałam się po Placu Zamkowym, a potem po Krakowskim Przedmieściu i muszę przyznać, że są bardzo ładne, a Warszawa bardzo zyskała w ostatnich latach, chociaż gdzie jej tam do Krakowa!

Pierwszym miastem Europy, które zobaczyłam bliżej był Paryż. Miasto bardzo mi bliskie, gdyż znali go moi rodzice, bywała w nim moja siostra oraz ci szczęśliwcy, którym dane było wyjechać do niego choćby na pewien czas. Po drodze wprawdzie przejeżdżałam przez Amsterdam, gdzie dopłynął mój prom z Norwegii, ale widziałam to miasto, skądinąd bardzo malownicze, tylko z okien samochodu pewnego Holendra, który mnie odebrał, a następnie wsadził do pociągu do Paryża. W pociągu, zmieniłam ubranie na to, w którym występowałam w Piwnicy, czyli cylinder, bryczesy i buty z cholewami. Przerażonym moim wyglądem współpasażerom Francuzom wyjaśniłam, że odbierze mnie przyjaciel, z którym robimy sobie zawsze żarty. A chodziło o to, że Hubert Niewęgłowski, który na mnie miał czekać, wątpił, czy aby mnie pozna. Zapewniłam go, że będę ubrana tak, jak mnie widział ostatni raz (a było to w Piwnicy pod Baranami, gdzie występowałam w kabarecie). Gdy mnie zobaczył, ani okiem nie mrugnął, nic nie skomentował i dopiero potem przez telefon ludziom opowiadał jak się ubrałam.

Kika w Paryżu

Paryż był dla mnie prawdziwym cudem jak idzie o architekturę. Ja byłam cięta na muzea i miałam szczęście, gdyż akurat przyjechała wielka wystawa Tutenchamona oraz skarbiec i wiele egipskich zbiorów, które obejrzałam sobie dokładnie. Pamiętam ten wspaniały widok z Bazyliki SacréCœur, Notre Dame, Sekwanę i urzekającą atmosferę miasta. Korzystne było to, że mogłam się dogadać po francusku, więc byłam niezależna. Obiecałam sobie, że tam jeszcze wrócę.

Gdy po latach, będąc już w Norwegii na dłużej, poznałam rodzinę Blanc’ów w Stavanger, okazało się, że rodzice Christiana mieszkają w Paryżu (rodzina jego dziadka wywodziła się z Polski). Gdy pojechałam znów do Paryża, oni mi pomogli w organizacji tego pobytu, zaprosili do siebie, gdzie poznałam ich drugiego syna. Cały Paryż już do mnie należał, wiedziałam gdzie się ruszyć, a z literatury i przewodników – co zobaczyć. Wtedy chodziłam po galeriach, oglądałam katedrę i wszystko, co najpiękniejsze.

Pamiętam jeszcze jeden pobyt w Paryżu u brata „wujku Jurku” (Jerzego Cabana), który ugościł mnie z Jaszą i pokazał miasto od innej strony: knajpek, kafejek i rozmaitych atrakcji. Bardzo ich ubawiła moja dewiza turystyczna, aby podczas zwiedzania oglądać: góry od dołu, kościoły z zewnątrz, a knajpy od wewnątrz. Tak naprawdę nie jest to ważne, co i w jaki sposób – ważne by w dobrym towarzystwie! A wtedy w Paryżu tego nam nie brakowało.