Miesięczne archiwum: Maj 2013

Emigracja – blaski i cienie

Wiele razy rozmawiałam z bliskimi osobami o tym, jak to jest, gdy się opuszcza ojczyznę. Jest to zawsze poważna decyzja , a jej koszty ogromne. Chociaż bywa, że zyski większe, jeśli na przykład ratuje to życie. Gdy byłam młoda, nie przypuszczałam, że znajdę się w sytuacji emigrantki, wiązałam swoje plany z życiem w Babicy lub w podobnym miejscu. W sumie trudno mi teraz ocenić, co było dla mnie większą zmianą: utrata majątku czy wyjazd z Polski. Jedno zresztą poniekąd wynikało z drugiego. Na opuszczenie Babicy jednak nie miałam wpływu (było to bolesne), natomiast emigracja, to była moja decyzja, która wiązała się z nadzieją zmiany życia swojego i dzieci, na lepsze.

Norge 4 

Moja sytuacja tylko do pewnego stopnia była „typowa” dla emigrantów. Wyjeżdżałam z kraju w 50 roku życia, a więc dość późno na rozpoczynanie go na nowo. Jechałam raczej w ciemno (miałam tam zaprzyjaźnionego młodego Norwega, który wcześniej studiował na ASP w Krakowie), do kraju gdzie Polonia nie była duża, więc nie mogłam liczyć na jej oparcie. Był to kraj, o którym wiedziałam, że jest piękny, ale wtedy jeszcze wcale nie był bogaty (olejowy boom w Norwegii zaczął się w latach siedemdziesiątych). Język norweski okazał się trudny, mimo, iż znałam niemiecki. Musiałam imać się prac fizycznych, jak to się teraz mówi „na zmywaku” w hotelu Victoria. Co tu dużo gadać – było ciężko. Z drugiej strony, wiadomo było, że nie ma powrotu, gdyż mój młodszy syn uciekł z Polski przez zieloną granicę, co sprawiło, że nasz powrót do Polski groził więzieniem dla niego, a zatrzaśnięciem granicy dla mnie. Wtedy wydawało się, że „na zawsze”.

Norge 5

Zabawna jest ta iluzja, że gdy znajdujemy się w jakiejś sytuacji życiowej, obojętnie dobrej czy złej, myślimy, że będzie ona trwała zawsze. Tak przynajmniej było w moim pokoleniu. Teraz paradoksalnie to, co młodzi mają „na zawsze”, to są ciągłe zmiany, jakim podlegają. Biorąc to pod uwagę powinni lepiej się do nich adaptować. Ale czy tak jest?

Tak czy owak los imigranta jest szczególny, gdyż on w obcym kraju, na nowo, od początku musi zbudować swoje życie. Jest to dla niego szansa na to, aby było lepsze, ale też poczucie utraty tego, co zostawił za sobą. I oczywiście dużo zależy od czasów, w których się to dzieje (teraz mamy w Europie otwarte granice), od nastawienia i od cech osobowości człowieka (w tym gotowości, aby zostać obywatelem nowego kraju). Ja podeszłam do tego pozytywnie. Myślałam o przyszłości dzieci, która w tamtej Polsce jawiła się ponuro.

Gdy myślę o emigracji, o Polonii, z którą miałam kontakt, w Norwegii czy Anglii, widzę, że były różne jej fale gdyż różne jej powody. W Stavanger po wojnie zostało czterech Polaków (wiemy, że w Londynie całe przedwojenne towarzystwo). W Oslo było ich więcej, ale na owe czasy była to duża odległość i nie było telefonów komórkowych. Za moich czasów, to jest od późnych lat sześćdziesiątych przybyło ich kilkoro w poszukiwaniu pracy. Była ona w owych czasach bardzo opłacalna dla Polaków, szczególnie jak wysyłali zarobki do Polski.

Z kolei w późnych latach siedemdziesiątych zaczęły przyjeżdżać osoby, które miały dość komuny w Polsce, a gdy powstała Solidarność, której działacze mieli kłopoty, zaczęli przyjeżdżać oni – prosząc o azyl polityczny. Stan wojenny przesądził sprawę – kolejne osoby przygotowywały się do wyjazdu z Polski i gdy nadarzyła się okazja – docierali do Stavanger, gdzie przyjmowała ich już nieco liczniejsza i lepiej zorganizowana Polonia. O jej działalności dla Polski napiszę osobno. Chcę tylko zaznaczyć, że również oni zdawali sobie sprawę z tego, że nie ma powrotu do Polski. A ta właśnie okoliczność czyni decyzję o emigracji tak dramatyczną.

Norge 8

Niektórzy działacze podziemia zostawiali w Polsce swoje rodziny, które stawały się swoistymi zakładnikami. Dla młodych, kochających się osób z małymi dziećmi było to niezwykle trudne. Tym więcej szukali oparcia wśród rodaków na tak zwanej obczyźnie. Kościół Polski stanął tam na wysokości zadania i wspierał ich duchowo. Nasz dom stał się też azylem dla przybyszów, Jasza dwoił się i troił w pomaganiu im w urzędach, szukaniu pracy. Niektórzy z nich nie znali nawet angielskiego. Wielu jednak miało fach w ręku, a także genetyczną smykałkę Polaków, którzy stawali się cenionymi pracownikami niemal w każdej firmie. I jak to Polacy: w potrzebie pomagali sobie nawzajem. Nasza mała społeczność szybko się zorganizowała. Podziwiałam tych, którzy pracowali po to, aby wykształcić dzieci, a nie tylko zdobyć to, co dla Polaków w kraju było nieosiągalne to jest auta i skórzane kanapy. Gdy ta pierwsza fala emigracji opadła, zaczęli pojawiać się rodacy, którzy szukali w Norwegii większego niż mieli w Polsce dobrobytu, chociaż często powodziło im się tam całkiem nieźle. Ale nie im chciałam poświęcić ten tekst, tylko tym, którzy z kraju musieli wyjechać – to bowiem zawsze jest najgorsze i najtrudniejsze.

Podróże – Londyn

W Londynie byłam tylko raz, w latach 80-tych, ale za to zamiast planowanego tygodnia, byłam dwa, gdyż musiałam czekać na transport stamtąd (chyba chodziło o samolot). Zatrzymałam się u państwa Gumińskich, przyjaciół rodziców, którzy przed wojną mieli majątek w Zalesiu. Obu rodzinom zależało, abyśmy się pobrali – ja i Romek, ich syn. Nie mieliśmy się wcale ku sobie, ale dla świętego spokoju umówiliśmy się, że będziemy się odwiedzać. Korzyść była taka, że obie rodziny bardzo serdecznie nas gościły. W istocie była to dobra partia, gdyż, jako chemik, Romek został w tej dziedzinie ekspertem na światowym poziomie. Ale kontakt między nami się urwał, gdyż po wojnie on został w Londynie, a ja w Polsce, a potem w Norwegii. Po wielu latach zaprosił mnie do Londynu. Był ożeniony z Natalią Jędrzejowiczówną, której przemiły brat Jan, przyjechał specjalnie autem, aby pokazać mi Londyn. Widziałam więc średniej urody Pałac Królowej, Buckingham, okazały Gmach Parlamentu i przepiękne Opactwo Westminsterskie.

Opactwo Westminsterskie

Jak chodzi o muzea, zawsze dla mnie najważniejsze, ułożyłam sobie zwiedzanie tak, aby przede wszystkim zobaczyć to, co Anglicy ukradli z Akropolu oraz wywieźli z Krety. Podążałam w tym kierunku przez olbrzymie korytarze i sale British Museum, nie oglądając się na boki, aby się nie rozpraszać, aż tu nagle kątem oka zobaczyłam dziwnego stwora, a mianowicie nosorożca leżącego do góry nogami. Okazało się, że to wykopalisko było darem z Uniwersytetu Jagiellońskiego. A, to co innego! Przyjrzałam mu się z bliska, a dodatkowo zaraz za nim była sala wspaniałych kamieni i skamielin, które zawsze mnie wciągają.

Do niedawna chodziłam w Krakowie na wystawy organizowane w AGH i UE, gdzie można spotkać piękne okazy kamieni szlachetnych, półszlachetnych i wykopaliskowych, a przy okazji odwiedzić targi oryginalnej biżuterii. Ostatnio słucham tylko relacji dzieci, które kupują mi tam jakiś piękny kamień, oryginalny pierścionek z kamieniem, albo nawet zrobiony z nich naszyjnik. Będzie czym obdarzać moje prawnuki, których przybywa z roku na rok! Wracając do Londynu i muzeum ze starymi greckimi i kreteńskimi zabytkami, przeżyłam tam chwilę wzruszenia – jak zawsze, gdy patrzę na coś tak starego, co stanowiło podwaliny naszej kultury i przetrwało już tylko w muzealnej formie.

Nereidy w BM

Klimat Londynu wydał mi się bardzo przyjazny, gdyż na przykład wyrzucona na śmietnik przy domu Gumińskich pestka avocado, puściła pęd i wyrosła na okazały krzew. Co do klimatu towarzyskiego niewiele mogę powiedzieć, bo wprawdzie jest tam liczna Polonia, ale nie miałam z nią bliższego kontaktu. Zaś Anglicy, jak Anglicy: ani ich nie rozśmieszysz, ani nie rozzłościsz. Jak mówił pewien góral na pocieszenie, gdy istniało zagrożenie, że „wejdą ruskie”:  zabić nas  nie zabijom, wywieźć nas nie wywiezom, ino nas zanudzo na śmierć. Może dlatego nie wracałam więcej do Londynu. Teraz słyszę od dzieci, że jest to miasto kolorowe, wesołe, ciekawe. Pewnie, jak tylu Polaków tam wyjechało – to, co się dziwić!

Pieskie życie

Pisałam już o kotach, z którymi mieszkam przez całe życie, a z jedną z nich dzielę łóżko. Ostatnio z sofy w mojej w mojej sypialni, często korzysta suczka Gaja, gończy polski, której ten tekst poświęcam, gdyż jest bardzo chora. Podobno jest w bardzo dobrych rękach weterynarzy z Myślenic, państwa Ingardenów, ale rokowanie nie jest pomyślne. Trudno znieść kolejne utraty zaprzyjaźnionych zwierząt, ale jeszcze trudniej żyć bez nich.

Pies i KotKot i pies

Pierwszy pies, którego pamiętam z dzieciństwa, to był Boy, wielki wilczur, którego ojciec przywiózł z Przeworska. Pojechał tam, gdyż dano znać, że są dwa ostre psy, ojciec i syn, które się nie tolerują. Gdy ojciec wysiadł z samochodu, od razu skierował się do klatki, w której był syn i ku przerażeniu mieszkańców otworzył ją i wypuścił psa. Ten z entuzjazmem rzucił mu się na szyję i w ten sposób Boy trafił do Babicy. Nie przepadał za dziećmi, ale trzeba przyznać, że nas pilnował, gdy rodzice wyjeżdżali. Chodził z nami na spacery z bardzo znudzoną miną.

Pies Boy, Foka, KotMój brat Konstanty zwany Kotem, z psami

Każdy pies w Babicy to był najbardziej pies ojca. Wszystkie go kochały i słuchały nadzwyczajnie. Pytany, dlaczego tak się dzieje, co one takiego w nim czują, mówił żartem: „Bo ja się im nie sprzeciwiam”. I rzeczywiście, W jego obecności psy przeważnie wylegiwały się na kanapach i fotelach. Ale, jeśli była też Matka, to grzecznie leżały w swoich legowiskach. Czasem, gdy siedzieliśmy z ojcem, a słychać było z góry, odgłosy kroków schodzącej Matki, psy zeskakiwały z mebli i pędziły pospiesznie na swoje miejsca.

Pies Rex i Kot

Wśród nich były psy myśliwskie, polujące. Do nich należał Rex, gładkowłosy, łaciaty wyżeł.  Był duży i bardzo miły. Niestety zginął pod pociągiem, który przejeżdżał przez nasz park. I wtedy nastała Kora z nad Czarnego Jeziora, hodowli z Poznańskiego. Była wyżłem ostrowłosym, w ciemnobrązowe cętki. Brała udział w polowaniach, była bardzo dobrze ułożona. Gdy szliśmy do lasu zlokalizować rogacza (nie na polowanie, tylko na rozeznanie, gdyż ojciec dbając o las, dbał też o zwierzynę) i chodziło o to, żeby Kora nie płoszyła zwierza, ojciec zostawiał na ziemi marynarkę i kazał jej pilnować. Psina nie ruszyła się z miejsca, aż do odwołania lub naszego powrotu!

Pies Kora

Nasze psy bardzo lubiły wszelkie wycieczki i wyprawy. Nieustanie towarzyszyły nam na spacerach po okolicy, w lesie i nad rzeką. Jeśli tylko pod dom zajeżdżał jakiś nasz powóz, od razu przybiegały i co prędzej wskakiwały do niego. Tylko w niedzielę, kiedy jechaliśmy do kościoła, nawet nie pokazywały się w pobliżu. Miały jakiś kalendarz głowach i wiedziały, że wyprawa do kościoła, to coś innego niż zwykła wyprawa. Kalendarz nie był jednak ścisły, bo kiedy jechaliśmy do kościoła w święta wypadające w inne dni, nie w niedzielę, to trzeba je było odganiać. Za każdym razem były wtedy bardzo obrażone.

Przeciwną naturę w porównaniu z Korą, to znaczy naturę bardzo szczekliwego, niezależnego i nieusłuchanego psa, miał nasz jamnik, odkupiony za 5 złotych przed wojną od Cyganów, których tabory zatrzymywały się na opodal dworu. Ze względu na bardzo rasowy wygląd, mój kuzyn Wojtek Kluger nadał mu godne imię Fryderyk Wilhelm Amadeusz Pentacy (zwany Pętasiem). Matka Wojtka, moja ciotka Halina, zabrała go wkrótce do Krakowa, gdyż karygodne było to, że jamnik sam się wybierał na polowania, był nie do upilnowania. A wokół było pełno zwierząt domowych i dzikich!

Pies Pentacy

Każdy pies miał swoje legowisko w pomieszczeniach na dole. Ale często wybuchały niesnaski o legowisko, bo niektóre szukały odmiany i zajmowały cudze miejsce. Kiedy na przykład do Ojca przychodził mniejszy piesek i patrzył z pretensją, Ojciec domyślał się, że to skarga na większego o zajęcie legowiska. Sięgał wtedy do szuflady, gdzie były cukierki i szeleścił celofanem, w którym były owinięte. Psy zrywały się i pędziły do niego, a tymczasem mały kładł się na swoim miejscu.

Zaraz na początku wojny przyjeżdżała do nas pewna Pani Pułkownikowa, której mąż został ranny i przebywał w szpitalu w Rzeszowie. Ona miała pięknego cocker spaniela z bardzo sławnej hodowli Królowej Rumuńskiej. Po nim dostaliśmy naszą Labę, którą uwielbiał mój brat. Były potem po niej szczeniaki.

Pieski szczenięta kory  i myKot, Kika i Maja ze szczeniętami

Mój własny piesek, też cocker spaniel to Smyk, którego nauczyłam wchodzić na pochylone, przewrócone drzewa. Niestety przejechał go niemiecki wielki samochód, którego pomimo machania nie byłam w stanie zatrzymać (dobrze, że sama uszłam z życiem). Ciężko to zniosłam. Potem był spaniel Brzuszek, którego imię pochodziło stąd, że jak mu się powiedziało „Brzuszek, Brzuszek pokaż brzuszek”, to kładł się na plecach i pokazywał brzuch, chciał żeby go tam lekko drapać. W czasie wojny przejechał ze mną do Mszany, a po wojnie wywiozłam go do Krakowa. Tutaj „urywał się” często do zaprzyjaźnionego człowieka, którego znał z Babicy, a który mieszkał wtedy na Dębnikach. Był to, ukrywający się wcześniej w Babicy podoficer VIII Pułku Ułanów, który dla niepoznaki (gdyż zastrzelił jakiegoś Niemca) pracował u nas w charakterze stangreta. Któregoś razu pies przepadł, pewnie go ukradli.

Mój brat miał potem miał jeszcze jednego spaniela Gacka, który mieszkał z nim w Warszawie i po którym, odziedziczył imię polski owczarek nizinny, pies mojego syna. Ja natomiast musiałam się pożegnać z psami – w Krakowie z powodu ciasnoty, w Norwegii zaś dlatego, że psy nie są tam mile widziane – i przeszłam na koty. Ale uważam, że psy oprócz innych, mają też talenty wychowawcze jak wspomniany Gacek (wychowywał ponoć koty) oraz nieodżałowana Zula, o której pisałam, a która dobrze wychowała kilkoro moich prawnuków.

ula wychowuje Malwinę - do O psachZula wychowuje Malwinkę

Babica: LAS, Norwegia: GRZYBY

W naszym majątku mieliśmy lasu 300 morgów. Ojciec bardzo dbał o ten las, tropił kłusowników, dokarmiał zwierzynę, selekcjonował drzewa itd. Nasz las był dorodny zdrowy, bujny. Ojciec znał się na tym wybornie. Często słyszałam, jak widząc las lichy, zaniedbany mówił złośliwie: „To nie las, to drągowina!”.            Las

Co roku, aby pozyskiwać drzewa na opał, ojciec wraz z gajowym chodzili po lesie i typowali poszczególne drzewa na ścinkę. Wybierali drzewa chore, uszkodzone, tworzące nadmierną gęstwinę. Zaznaczali je dla drwali. Drwale ścinali je, po czym następowała zwózka. Ojciec zabraniał zwozić pnie przedwcześnie, żeby nie niszczyć pól. Musiało się z tym czekać do pierwszych mrozów, a najlepiej do opadów śniegu. Pnie wędrowały wtedy do folwarku. Było to miejsce blisko dworu, na które składało się podwórze, czyli plac otoczony zabudowaniami gospodarczymi (gumno – to jest wielka szopa na zboże, spichlerz na ziarno, warsztat, stajnie dla koni, obora dla krów, świniarnia – chlewnia, kurnik, szopa na narzędzia rolnicze). Za nim kopcowano ziemniaki, buraki i inne warzywa. Dalej stała stodoła na siano, ciągnęły się grzędy warzywne, sad.
Dzięki temu, że wcześnie poznałam las, dobrze się orientuję we wszystkim, co go dotyczy. Znam dużo gatunków drzew, ptaków w nich zamieszkujących. Znam się na dzikiej leśnej zwierzynie – tej drapieżnej i tej płowej. Ale najbardziej znam się na grzybach!
Wiosna w pełni rozkwitła, pojawiły się piękne, świetliste forsycje i szlachetne magnolie, świat pięknieje. Pamiętam, że na wiosnę, w maju i czerwcu zbierało się w Babicy grzyby, smardze. Są to grzyby dziwne, nietypowe z wyglądu, bo bez rozłożystych kapeluszy, raczej o wąskich, szpiczastych czapkach, pomarszczone, brunatne.

smardz2                    Smardz-1

Są przewyborne, smaczne w każdej postaci: i smażone i pieczone, faszerowane, marynowane. Ich smak i aromat jest bardzo silny, charakterystyczny, niedający się pomylić z żadnymi innymi grzybami. Dzisiaj niestety są już bardzo rzadkie. U nas pojawiały się na piaszczystej glebie, po każdym wiosennym wylewie Wisłoka, nad którym mieszkaliśmy. Smardze, to dla mnie dobre wiosenne wspomnienie.
Znajomości grzybów uczyłam się od Mamy, która znała się na nich znakomicie. Wiedza ta przydała mi się bardzo w Norwegii. Ten kraj to prawdziwe królestwo grzybów. Jest tam dużo lasów z licznymi polankami, dużo wody w licznych jeziorach, jeziorkach i stawach, bardzo częste deszcze. A na dodatek, Norwegowie w ogóle nie zbierają i nie jedzą grzybów! Jeśli spotykało się czasem grzybiarzy w lesie, to niewątpliwie byli to albo Polacy, albo Francuzi. Chyba rozumiem niechęć Norwegów do grzybów, odkąd zauważyliśmy, że ilekroć Norwegowie dali się skusić na przygotowywane przez nas potrawy z grzybów, to mieli potem zaburzenia gastryczne – w odróżnieniu od nas. Najwidoczniej od pokoleń nie byli przyzwyczajeni do grzybowej diety. Jest to tym dziwniejsze, że jeszcze niedawno był to jeden z najbiedniejszych krajów Europy, bez rolnej gleby i mieszkańcy żywili się przeważnie produktami dzikiej przyrody. Fakt, że przede wszystkim fauną i florą morską. Do dziś tak zresztą jest.
Sezon grzybowy zaczyna się tam około 20 sierpnia. Kiedy po raz pierwszy udaliśmy się do lasu z koszykami, okazało się, że tyle jest tych grzybów, że zapełniliśmy je w ciągu pół godziny. Najpierw zbieraliśmy wszelkie jadalne grzyby. Następnie jednak zorientowaliśmy się, że samych prawdziwków nazbieramy też dużo. Wysypaliśmy te dotychczasowe i zrywaliśmy same borowiki. Potem same młode, potem tylko młode kapelusze. Po trzech godzinach wróciliśmy do domu z pełnymi ich koszykami. Od tej pory zmieniliśmy taktykę.
W dużych restauracjach można było pozyskać duże, około 20 litrowe, niepotrzebne im wiadra po majonezie. Pakowaliśmy je do samochodu, wraz z nimi małe, poręczne wiaderka dla każdej osoby i jechaliśmy na grzybobranie. W lesie duże wiadra rozstawialiśmy na różnych polankach i z małymi wiaderkami chodziliśmy po niewielkim obszarze pięknego lasu. Z nich zebrane grzyby wsypywaliśmy do dużych wiader, a po ich zapełnieniu zanosiliśmy je do samochodu. Mieliśmy swoje ulubione miejsca i nabieraliśmy wprawy. Dzięki temu, zwykle po około 2-3 godzinach jedna osoba zapełniała 5-6 dużych pojemników.
Czasem dla urozmaicenia zbieraliśmy także kozaki (szczególnie lubiliśmy te o pomarańczowych i czerwonych kapeluszach – tzw. krakowiaki) oraz kurki, gdyż były łatwe do obróbki, a rosły one w lasach w ogromnych koloniach, ścieliły się całymi łanami. Rydze w naszym okręgu Rogaland są rzadkie, częściej rosną w Norwegii północnej.
Mój siostrzeniec Łukasz Jarochowski rozmawiał stamtąd kiedyś telefonicznie z kolegą i na pytanie, czy jest tam dużo grzybów, powiedział: „– Co Ci będę gadał, niech Ci da wyobrażenie fakt, że tu na grzyby jeździ się o 5.00 po południu!”.

Grzyby 2Ja, Łukasz i  Iwonna Jarochowscy 

Po grzybobraniach zaczynała się oczywiście ogromna praca z czyszczeniem krojeniem, segregowaniem i przygotowywaniem plonu. Na dłuższe przechowywanie mieliśmy opracowany sposób. Trzeba było wcześniej zebrać dużo kartonów po mleku, umyć je i wysuszyć, po czym zapełnić pokrojonymi i obgotowanymi grzybami. Następnie zamrażało się je i były na zimę. W Norwegii popularna jest publiczna usługa polegająca na udostępnianiu ludziom w kilku punktach miasta, za niewielką opłatą, chłodni z wieloma dużymi i małymi zamrażarkami. Ponieważ zima tam trwa długo, zapasy robi się spore i na dłuższy czas (ryby, mięso, warzywa itd.). Bardzo to wygodne. Kartony z zamrożonymi grzybami często wysyłaliśmy do Polski w podróżnych lodówkach. W stosownym czasie, po rozmrożeniu, grzyby smażone lub gotowane z cebulką i przyprawami były świetnym dodatkiem do potraw.
Suszenie takiej ilości grzybów w warunkach domowych było sporym wyzwaniem. Dzięki przyjacielowi z Polski – Włodkowi Zychowiczowi – i synowi Maćkowi, i na to znalazł się sposób. W dużych kartonach po meblach zainstalowali oni szereg prętów z drutu na różnych wysokościach. Ponadto wewnątrz umocowali sporą żarówkę, która dawała ciepło. Niepełna szczelność pudeł i stosowny dobór mocy żarówek, dawały odpowiednią temperaturę, ruch powietrza i przewiew. To były nasze najprostsze i najlepsze suszarki do grzybów.
Mam sentyment do grzybów, gdyż w Norwegii ich zapach w święta przypominał mi polską, rodzinną Wigilię

Z przymrużeniem oka

Przez szereg lat uważałam, że złośliwe komentarze i cięte riposty są domeną ludzi inteligentnych. Moja synowa przekonuje mnie, że są to cechy rozłączne, ale musi przyznać, że tylko inteligentni ludzie mają do siebie taki dystans, że nie obrażają się na złośliwości. Na przykład Zygmunt Kałużyński, z którym zresztą lubiliśmy się bardzo, uchodził za takiego właśnie. Takim człowiekiem jest niewątpliwie Jurek Vetulani i wiele innych osób, o których niekiedy mówi się, że są opiniotwórcze. Te ich uszczypliwości są na dobrym poziomie, nie przypominają tych, które niekiedy spotykam we współczesnych kabaretach w telewizji.

Gdy jechało się koleją z Babicy do Rzeszowa, ci co wsiadali przed Babicą, wyglądali przez okna, czy ktoś się dosiądzie do ich towarzystwa. I tak kiedyś jechał Zygmunt Mycielski, a gdy nas zobaczył ucieszony, chwalił się; „A ja, jadę dalej, do Krakowa, gdyż Karol Szymanowski zaprosił mnie, abym mu pomógł w przygotowaniu wystawienia Harnasiów w Paryżu”. Na to ojciec go pyta: „Pan dalej taką okropną muzykę komponuje?” A Mycielski na to: „Ależ proszę pana, jeszcze dużo gorszą!”. Bardzo mi się to spodobało i od tej pory zawsze z humorem odpowiadam na złośliwości. Trzeba tu dodać, że dla ojca ta muzyka była rzeczywiście nie do słuchania.

Zdarzało mi się nieraz, że sama byłam obiektem złośliwych żartów w wydaniu różnych osób. Pamiętam przed wojną, we Lwowie na jakimś balu, pewien młodzieniec, bardzo z siebie zadowolony, wciąż puszczał pod moim adresem uszczypliwe uwagi w kiepskim stylu. A ponieważ byłam dość gruba, ale bardzo lubiłam tańczyć, zagajał na przykład, że podłoga się pode mną zawali, albo żyrandol na dole spadnie, bo się sufit trzęsie. I tak za którymś razem, gdy mnie to znudziło, powiedziałam mu, że gdyby złączyć cechy moje i jego, czyli tuszę i głupotę, to by powstała niezła świnia. Z początku bardzo się z tego śmiał, ale potem, gdy do niego dotarło, przestał. A jeszcze później dowiedziałam się, że rozpowiada, iż nazwałam go świnią. Od tego czasu mi nie dokuczał.

Profesor Jerzy Vetulani nieustannie żartuje sobie ze wszystkich, w tym również ze mnie. Na mój widok, gdy przyszłam do niego na urodziny, zakrzyknął, że skoro Kika przyszła, to chyba groby pootwierali (a miałam wówczas dopiero 93 lata!). Natychmiast mu odpaliłam: „Tak rzeczywiście, gdyż szykują miejsca dla profesorów”.

Pan w cylindrze

Pan w cylindrze

Jak widać najlepsze na cięte złośliwości są cięte riposty. A na takie tylko wtedy nas stać, gdy mamy dystans do siebie i swoich słabości.