Miesięczne archiwum: Czerwiec 2013

Skarby dzieciństwa

Zastanawiam się niekiedy, skąd wzięło mi się upodobanie do podróżowania i moja fascynacja krajami skandynawskimi? Bo czy to przypadek, że los zagnał mnie kiedyś do Norwegii, którą tak szalenie pokochałam? No więc skąd? Sama nie wiem. A może wszystkiemu, jak zawsze, winne są książki, szczególnie z mojej dziecięcej biblioteki?

Mieliśmy w domu wielką i zasobną bibliotekę, o którą troszczyła się moja matka. Mucha, bo tak się do Niej zwracano, czytała w kilku językach, nie ceniąc sobie zbytnio polskich tłumaczeń, uwielbiała na przykłada ,,Sagę rodu Forsythów”, a książki kupowała zawsze w krakowskiej księgarni Gebethnera i Wolfa, która istnieje po dziś dzień i choć od dawna kto inny jest jej właścicielem, w Krakowie wciąż mówi się o niej Gebethner i Wolf. Znajduje się ona oczywiście na Rynku, bo gdzieżby indziej miała się znajdować, na odcinku między Wiślną i Bracką. Poza tym matka odziedziczyła piękny księgozbiór po swoim wuju Karolu Brudzewskim, który był cenionym w Krakowie okulistą i udzielał się artystycznie w Zielonym Baloniku. Chętnie także czytał mój ojciec, głównie literaturę niemiecką, i też w oryginale.

 Gebethner_i_Wolff_-_logoLogo wydawnictwa Gebethnera i Wolfa

Swoje własne książki miałam i ja, swoją biblioteczkę miała też moja siostra Maja i brat Kot, który zresztą do czytania długo się nie palił i pamiętam, jak może ośmioletni Kot leży na kanapie w bibliotece i męczy się nad uroczą książką Ferdynanda Ossendowskiego ,,Życie i przygody małpki. Pamiętnik szympansicy <<Kaśki>>”, którą matka nakazała mu codziennie czytać przez godzinę, a ja i Maja miałyśmy go dozorować, by nie uciekł z biblioteki. Ale nawet i Kot z czasem połknął książkowego bakcyla.

Ksiązki dostawialiśmy na święta, pod choinkę, na imieniny czy wtedy, kiedy rodzice wracali z jakichś podróży. Zawsze wtedy przywozili nam w podarku piękne książki. Dla Mai były powieści historyczne, a to ,,Szwedzi w Warszawie” Walerego Przyborowskiego, albo tegoż Przyborowskiego ,,Bitwa pod Raszynem”. Dla mnie zaś literatura dziewczęca, jak na przykład angielska powiastka, której autora nie pomnę, a nosiła ona tytuł ,,Świat dziewcząt” czy jakoś w tym guście. Szalenie mi się ten ,,Świat” podobał.

Ale tak naprawdę największe i niezapomniane wrażenie wywarła na mnie ,,Cudowna podróż” Selmy Lagerlöf, którą na polski przełożyła Janina Mortkowiczowa. Z jej bohaterem Nielsem, jego gąsiorem Marcinem i stadem dzikich gęsi przeżyłam najwspanialsze chwile mojego dzieciństwa, przemierzając z nimi całą Szwecję – od Skanii aż po Laponię. Wspaniała książka, dzięki której otworzył się dla mnie zupełnie nowy świat, bajeczny świat wierzeń i podań skandynawskich. Były to podania prześliczne i zazwyczaj pogodne, zupełnie niepodobne do znanych mi bajek polskich. Rozkochałem się w nich nawet bardziej niż w smutnych i tragicznych baśniach Andersena. ,,Cudowną podróż” otrzymałam od rodziców na moje dziesiąte urodziny i wracałam do niej przez całe dzieciństwo. Żyję już długo, w Szwecji nigdy nie byłam, ale za sprawą Selmy Lagerlöf kraj ten zawsze wydawał mi się bliski. ,,Cudownej podróży” nie czytałam już od dawna – i bardzo tego żałuję. Ale chętnie raz jeszcze wybrałabym się z Nielsem do Laponii.

Cudowna Podróż

,,Cudownej podróży” zawdzięczam też moje późniejsze otwarcie się na całą literaturę skandynawską, która jest niezmiernie ciekawa. Z dzieciństwa pamiętam doskonale także ,,Czółnem przez morze” Sveinssona Jona i ,,Nad dalekim cichym fiordem” Agota Gjemsa-Selmera, ta ostatnia także w przekładzie Mortkowiczowej. Ta pierwsza była książką przygodową o dwóch chłopcach, który lichą łódką postanowili przepłynąć z Malmo do Danii, ale na morzu zaskoczył ich nielichy sztorm, a na dodatek chłopcy wpadli w łapy bandytów… Ale wszystko skończyło się dobrze. ,,Nad dalekim cichym fiordem” zachwyciła mnie natomiast opisem tego, jaka pewna norweska rodzina przygotowuje się do wszystkich najważniejszych świąt w roku. Dzięki tej uroczej książce poznałam norweskie tradycje i zwyczaje.

Te lektury nie były jednak przypadkowe, bo w kilka lat po pierwszej wojnie i po odzyskaniu niepodległości, może był to rok 1930, moi rodzice wybrali się w rejs do Norwegii. Popłynęli parowcem Polonia, który Polska otrzymała w ramach reperacji wojennych, a przed wojną statek ten należał do jakiejś linii amerykańsko-rosyjskiej i zwał się nomen omen Kursk – i dopłynęli aż na Nordkapp, czyli najdalej wysunięty na północ skrawek Norwegii, a tym samym Europy. Wrócili zachwyceni. Pamiętam doskonale ich opowieści o pięknych fiordach i o tym jak odmienny jest to kraj od Polski. Matkę na przykład zdumiało, że wszystkie dziewczyny chodziły w kolorowych spodniach, niebieskich lub różowych. No niebywałe!, wzdychała. Pamiętam też Jej słowa, że gdybym miała kiedykolwiek okazję zobaczyć Norwegię, to żebym jej nie zmarnowała. No i nie zmarnowałam, choć pomiędzy zobaczyć a przeżyć w niej czterdzieści lat jest jakaś subtelna różnica. W każdym razie powróciwszy z wyprawy na Nordkapp matka ciągle kupowała nam jakieś skandynawskie książki, a było ich jak na tamte czasy całkiem sporo. Wszystko, co mnie w nich tak urzekało i czarowało, klimat, piękne tradycje, taka szlachetna, pierwotna wręcz surowość obyczajów i kultury odnalazłam niemal pól wieku później, kiedy znalazłam się w Stavanger…

A całkiem osobny rozdział w moim życiu mola książkowego, to powieści o Indianach, przede wszystkim ,,Ostatni Mohikanin” czy ,,Skórzana Pończocha” Fenimore’a Coopera, który doskonale wiedział, jak pisać dla młodych czytelników.

Podróże – Wiedeń i Praga

Jeszcze za komuny, ale gdy koniec jej już był blisko, odwiedziliśmy Wiedeń. Wyprawa była zabawna, gdyż mieliśmy na nasz użytek prywatny autobus, którym do Polski przyjechał pewien Norweg. Oprócz rodziny, pojechało z nami trochę zaprzyjaźnionej młodzieży z Krakowa, głównie szkolnych kolegów moich wnuków. Zabraliśmy ze sobą materace i śpiwory, aby zaoszczędzić na hotelach. Na miejscu przygarnęła nas na noc (osoby dorosłe, bo młodzież spała w autobusie), rodzina naszych przyjaciół z Krakowa, państwa Turczyńskich. Wyprawa trwała zaledwie kilka dni, ale wspomnień wystarczyło na wiele miesięcy!

Wiedeń oglądałam z pewnym wzruszeniem, gdyż był stolicą monarchii, w której się urodziłam w 1917 roku (w Krakowie). Wydał mi się podobny do Krakowa, a trochę też do Lwowa, chociaż znacznie elegantszy. Zwiedzaliśmy pałace Hofburg i Schonbrunn, katedrę św. Szczepana i piękną, elegancką ulicę Kartner. Ale głównym moim celem, było zobaczenie wspaniałych dzieł Pietera Bruegela, którego chyba z tuzin, mieści Kunsthistorische Muzeum. Pamiętam, jakie wrażenie na młodzieży (która nie bardzo chciała tam iść, trzeba było ich czymś przekupić) wywarł obraz pt. Rzeź niewiniątek, na moim synu Maćku z kolei Myśliwi w śniegu. Mnie się najbardziej podobała Wieża Babel. W trakcie tego pobytu odbywały się w Polsce pierwsze demokratyczne wybory do Sejmu, więc Maciek z żoną udali się do polskiej ambasady, aby oddać głos na Tadeusza Mazowieckiego. Pamiętam jak synowa w kolejce do urny agitowała za nim i chyba miała dobre efekty.

Wiedeń 1      Wiedeń 2

Do kolejnej stolicy Europy, gdy już powstała Unia Europejska, a mianowicie do Pragi, pojechaliśmy z rodziną, gdy już znów mieszkałam w Krakowie. Był to wyjazd nie w celach turystycznych, lecz na ślub bliskiej kuzynki Magdy Stojowskiej, prawdziwy czeski ślub (czyli svadba Magdy a Lukase), gdyż wychodziła za Czecha. Nie miałam już wtedy dość siły, aby dużo chodzić, ale to, co widziałam w Pradze, zachwyciło mnie nie mniej, niż Wiedeń. Uczciwie powiem, że Praga jest jednym z piękniejszych miast, jakie widziałam!

Śłub Madzi Zegar

Na rynku, gdzie panuje rwetes i zgiełk oraz masa ludzi, w tym niestety wielu hałaśliwych Niemców, usiedliśmy naprzeciwko ratusza, aby obejrzeć piękny zegar astronomiczny z defilującymi o pełnej godzinie dwunastoma figurami Apostołów. I oczywiście wypić największe piwo z możliwych, ponoć bardzo zacne. Obejrzeliśmy też wystawę plakatów Muchy, a także podziwialiśmy dzielnicę Mala Strana, w której był uroczysty obiad po ślubie. A wieczorem wesele z tańcami i ogniskiem w klubie położonym na wzgórzu, z pięknym widokiem na miasto.

Słub Madzi Praga

A sam ślub – inny niż u nas, zupełnie bez zadęcia. Ceremonia odbyła się na tyłach katolickiego klasztoru św. Markety, u źródełka św. Wojciecha, (który zasłużył się niosąc chrześcijaństwo do Czech), dokąd wszyscy dotarli korowodem, idąc za chłopcem grającym na akordeonie, przez wielki sad w pełnej krasie kwitnących drzew owocowych. Ślub był protestancki, prowadził go w duchu ekumenizmu Miloš Reichrt, wspaniały człowiek, sygnatariusz karty 77, wymierzonej przeciwko reżimowi komunistycznemu.

ślub stojkiOficjalne przypieczętowanie zaślubin na plecach pana młodego

Damy z Krakowa, godne reprezentantki naszej rodziny, pojawiły się w wielkich kapeluszach zdobionych girlandami kwiatów. Wyglądały jakby zeszły ze sceny teatru. Było mnóstwo ubranej kolorowo młodzieży, a sama para młoda, poza szczęściem, niewiele się od nich różniła.

IMG_7935

Pamiętam ślub babki panny młodej, mojej kochanej szwagierki Dody, sprzed przeszło sześćdziesięciu laty, stąd jeszcze większe moje wzruszenie podczas ślubu jej wnuczki. Może to jedna z przyczyn, dla których Praga wydała mi się taka piękna? W mojej krakowskiej i warszawskiej rodzinie jest wielka sympatia do Czechów, więc dobrze, że prawdziwy przedstawiciel tego narodu wszedł do rodziny. Do tego bardzo sympatyczny!

Nie byłam nigdy w Budapeszcie, w wielu jeszcze innych miejscach, czego trochę żałuję. Ale nie za granicę mnie teraz ciągnie, tylko do kotliny Kłodzkiej, gdzie mieszkałam parę lat po wojnie z ojcem, mężem i synem. Może dlatego, że był to szczęśliwy czas odzyskanej wolności ojczyzny i rodzinnego szczęścia. Odbyłam tam zresztą parę lat temu podróż z synem i hiszpańskimi prawnukami, a jak będziecie cierpliwi to Wam o niej kiedyś opowiem.

Norweska pomoc w stanie wojennym

Kiedy w dniu 13 grudnia 1981 roku wybuchł stan wojenny, oczy całego świata skierowały się na Polskę. Rozmaite próby pomocy dla Polaków napotykały na wiele przeszkód organizacyjnych, biurokratycznych i politycznych. Została na przykład rozbudowana do absurdalnych rozmiarów cenzura przesyłek, a nawet listów. W tych okolicznościach nasze dotychczasowe doświadczenie i przetarcie szlaków, przyniosło wspaniałe rezultaty. Mieliśmy już dobrze działającą, rozbudowaną strukturę organizacji pozyskującej dary, przewożącej je do Polski i przekazującej je we właściwe ręce! Pomoc ta szła TIR-ami w sporej ilości. Przewieźliśmy w ten sposób 800 ton rozmaitych darów. W Stavanger i innych miastach zaangażowanych w to było sporo Polaków i przede wszystkim Norwegów.

W pewnej chwili zwrócili się do nas norwescy rolnicy z pomysłem, żeby przesłać do Polski wysokocielne krowy, o których wiadomo, że są najwydajniejsze w Europie (5500 litrów mleka rocznie, podczas, gdy polskie krowy osiągały co najwyżej 3500). Ponadto uważają oni, że norweskie mleko jest najlepsze na świecie. Jasha oczywiście natychmiast podchwycił pomysł i od razu natknął się na bariery przepisów polskich. Przede wszystkim nie było samolotów przystosowanych do przewozu takich zwierząt. Następnie konieczne okazały się zaświadczenia co do stanu zdrowia krów i gwarancje, że będzie się miał kto nimi zająć po przywiezieniu ich do Polski, itd., itp. Najtrudniejszą przeszkodą okazał się LOT. Nie zgadzali się oni na innego przewoźnika (np. norweskiego, bo mieli monopol na teren Polski). Nie mieli odpowiednich samolotów, ale w końcu zgodzili się dostosować pasażerskie, po wymontowaniu foteli, ale zażądali dość wysokiej opłaty za tę usługę. Zapłaciliśmy (raczej norwescy darczyńcy!) i można było krowy przewieźć. Po nawiązaniu kontaktu z naukowcami z Akademii Rolniczej w Krakowie (profesorami Zbigniewem Stalińskim i Andrzejem Żarneckim), którzy mieli dobre rozeznanie odnośnie do sytuacji tutejszego rolnictwa, poszliśmy za ich radą, aby krowy z górskiego kraju, jakim jest Norwegia umieścić w podgórskich rejonach Polski. Wskazali na teren powiatu myślenickiego, gdzie zajęli się dystrybucją zwierząt do konkretnych rolników. Trafiły tam w sumie 904 krowy. Wraz z rolnikami norweskimi wymyśliliśmy, że będą to krowy młode, jałówki i ciężarne, aby szybko się rozmnażały. Ponadto każdy rolnik zobowiązał się, że pierwsze cielę oddaje sąsiadowi bezpłatnie. Po roku Jasha pojechał do myślenickich rolników i ku jego zaskoczeniu okazało się, że to działa!

Rolniczka z cielęciem

Stan wojenny zrodził mnóstwo innych problemów i potrzeb. Okazało się przede wszystkim, że najcenniejsze dla Polaków są drukarki, skanery powielacze i inny sprzęt poligraficzny. Ponadto przedstawiciele podziemia prosili o sprzęt komunikacyjny (radiostacje, telefony itp.). Ścisła cenzura w kraju wywołała silne wołanie o książki i publikacje niezależne. Zadzwoniłam więc do Jerzego Giedroycia do Paryża, szefa słynnej „Paryskiej Kultury” i dzięki niemu zdobyliśmy bardzo dużo ich książek, broszur, artykułów, czy numerów „Kultury”, wiele w formacie specjalnie zmniejszonym, kieszonkowym, aby łatwiej było przemycać i nosić przy sobie. Jasha zauważył, że narzucona przez wojsko kadra kontroli i służby celnej nie ma ani doświadczenia, ani dostatecznej wiedzy o przepisach, więc wymyślił, że przesyłki w TIR-ach należy adresować do instytucji proreżimowych, przez co były przepuszczane, a kierowcy i tak zawozili je pod właściwy adres. I dochodziły. Sama zresztą szmuglowałam przez granicę i wydawnictwa i sprzęt.
Z wielkim wzruszeniem odbieraliśmy od naszych rodaków setki listów z podziękowaniami. Ale najbardziej nas cieszyło, że częściowo dzięki tej pomocy duch solidarności w narodzie nie zginął. Najlepszym tego wyrazem była treść przyśpiewki, którą mój syn Maciek razem z Góralami śpiewał w Chochołowie (gdzie także nasza pomoc dotarła).  A szło to tak: „Choćbyś Wojtuś sto dekretów wyrychtował, choćbyś syćkich jurnych chłopów internował, solidarność nie zginie w góralskiej dziedzinie, nie ty bees nam góralom harnasiował”.

Podziękowania kolaż

Solidarność norweska

Wspominamy w tych dniach pierwsze demokratyczne wybory w Polsce, cieszymy się wolnością. Ale młodzi słabo zdają sobie sprawę z tego jak trudno było ją uzyskać.

Pod koniec lat 70-tych w Polsce zelżał nieco reżim komunistyczny i nagle niespodziewanie, w lipcu 1981 roku mój syn Maciek dostał paszport, o który wcześniej wielokrotnie bezskutecznie się starał.

Zaraz po jego wizycie w Norwegii, mieszkający ze mną drugi syn, Jasha pojechał w sierpniu do Polski i wrócił z wiadomością, że jest tam straszna bieda – brakuje dosłownie wszystkiego. Gdzieś wyczytał, że kilka miast w Niemczech wysyła Polakom pomoc i wpadł na pomysł, żeby to samo zorganizować wśród Norwegów. Pracował wówczas jako technik w teatrze w Stavanger, zebrał więc współpracowników i opowiedział im o sytuacji w Polsce. Słuchali w milczeniu o tym, jaki jest tam kryzys, ale dopiero gdy powiedział, że Polakom brakuje kawy, wszyscy zerwali się na równe nogi z krzykiem: „Co??? Nawet kawy nie mają? Jak tu żyć bez kawy – trzeba im pomóc!”.

Norge Tak się zaczęłoTak się zaczęło: wywiad z Jashą w norweskiej gazecie opisujący sytuację w Polsce

Jasha mówił, że nie chodzi o to, by kupować frykasy, ale o to, żeby zebrać w domu podstawowe produkty jak kawa, cukier, kakao, świece, pasta do zębów, mydło i rzeczy codziennego użytku, na przykład buty i ubrania, z których wyrosły dzieci i wysłać do Polski. Ale nie ogólnie krajowi czy jakimś instytucjom, a bezpośrednio rodzinom: konkretna rodzina norweska konkretnej rodzinie polskiej. Na to Norwegowie zakrzyknęli chórem: „Aaaa – paczki duńskie!”. Okazało się, że w czasie wojny była taka bieda w Norwegii, że Duńczycy wysyłali rodzinom norweskim paczki z podstawową pomocą, nierzadko ratując ich przed głodem. Wtedy, trzydzieści lat po wojnie, pamięć o tym ciągle była w Norwegii żywa.

Wszystko to działo się na pół roku przed stanem wojennym. Odbyliśmy wiele takich spotkań – Jasha był stale zapraszany do różnych organizacji jak Rotary Club czy kółka rolnicze, gdzie opowiadał o tym, co to jest Polska, jaka jest tam sytuacja i przekonywał ich, że należy pomagać. Ja miałam długą przemowę po mszy w kościele katolickim do mieszkających w Stavanger Francuzów, którzy też chętnie przyszli z pomocą. Wieść szybko rozniosła się po całym Rogaland (odpowiednik naszego województwa) i zostaliśmy zarzuceni prośbami o adresy rodzin w Polsce. Bardzo życzliwie odniosła się do naszego pomysłu redakcja lokalnej gazety Stavanger Aftenbladt, która zamieściła wiele wywiadów z nami i adresów polskich rodzin.

Zwróciliśmy się do godnych zaufania rodaków w Polsce, którzy przysyłali nam namiary na najbardziej potrzebujące rodziny. Ja oczywiście napisałam do Przekroju, gdzie bardzo mi pomógł sekretarz redakcji pan Ruchałowski, który załatwił wielką listę rodzin wielodzietnych z Krakowa. Mieliśmy też adresy szeregu domów dziecka. Zaczęliśmy te adresy przekazywać Norwegom. Chodziło o to, żeby ta pomoc nie była anonimowa. Działała już wtedy w Stavanger organizacja polonijna, istniejąca zresztą do dziś, licząca wówczas około dwudziestu osób. Kiedy zaczęli zwracać się do nas miejscowi, że dostali list z Polski, ale po polsku (bo kto wtedy w Polsce znał angielski!) i oczywiście słowa nie rozumieją, zorganizowaliśmy w biurze Stavanger Aftenbladt dyżury Polaków. Oczywiście listy, które tłumaczyliśmy, pisano w obie strony, z czego z czasem narodziło się wiele przyjaźni pomiędzy rodzinami norwesko-polskimi. Zdarzało się, że odwiedzali się potem wzajemnie przez wiele lat. Zaskakująco dużo Polaków było zdziwionych otrzymaną pomocą. Na przykład żona dyrektora szpitala w Nowej Hucie napisała do mnie, że otrzymała paczkę, a przecież jej się tak źle nie powodzi, są inni bardziej potrzebujący. Odpisałam jej wtedy: „Szanowna Pani! Proszę dbać o ciało, bo dusza jest i tak nieśmiertelna. A poza tym, zawsze może Pani przekazać pomoc innym.”

Norge listy Jasza

Tych paczek i listów było tak wiele, że Poczta Polska napisała do nas oficjalne pismo z prośbą, żebyśmy trochę odpuścili, bo oni nie mogą sobie dać rady z tak wielką liczbą przesyłek, zwłaszcza, że bywają niedokładnie zaadresowane.

Norge listy

Wtedy zaczęliśmy organizować bezpośrednie transporty samochodowe. Było to już konieczne, gdyż bardzo zwiększył się wówczas zakres norweskiej pomocy. Zaczęło się zwracać do nas mnóstwo norweskich instytucji – szkoły, parafie, organizacje farmerskie, różne stowarzyszenia, które zgromadziły mnóstwo rzeczy, przede wszystkim ubrań, ale nie wiedziały, co z tym zrobić. Dostaliśmy od miasta ogromny magazyn w budynkach portowych, gdzie składowaliśmy otrzymane dobra. Wtedy do Stavanger zaczęła napływać spora liczba emigracji politycznej z Elbląga, wśród nich na przykład bliski współpracownik Lecha Wałęsy Ryszard Kalinowski. Zorganizowali się oni szybko i załatwili wielkie transporty do przewozu tych rzeczy. Odtąd datuje się wielka przyjaźń Elbląga i Stavanger. Na miejscu, w Elblągu, Krakowie, czy innych miastach, pomoc docierała przede wszystkim do parafii, gdzie była pewność, że nie położy na tym łapy komunistyczna władza czy wojsko. Parafie miały też dobre rozeznanie, kto w ich rejonie naprawdę potrzebuje pomocy.

13 grudnia 1981 r. został w Polsce wprowadzony stan wojenny. Mocno skomplikowało to możliwość niesienia pomocy rodakom. Pomoc jednak nie ustała, gdyż tym więcej była potrzebna, a nawet  się poszerzyła się o niedozwolone rzeczy.  Ale wymaga to osobnej opowieści

Babica – nasze konie

Synowa właśnie wróciła z Beskidu Niskiego i z zachwytem opowiada o koniach w stadninach, jakie tam widziała. Przypomina mi to stare, dobre czasy. W naszym majątku mieliśmy zwykle kilkadziesiąt koni. Przeznaczone były do różnych celów.

Między innymi były cztery czwórki koni, przeznaczonych do prac gospodarczych i polowych. Wcześniej było pięć czwórek, ale odkąd Ojciec kupił traktor, to zostały cztery. Zwoziło się z ich pomocą siano i snopki zboża, orało pola, zwoziło się drzewo z lasu. Były to konie zgrane ze sobą, o wyrównanej sprawności, które dobrze współdziałały przy cięższych pracach. Pola były zwykle położone na pofałdowanym terenie, więc często, na przykład orka szła pod górę. Dwa konie nie dałyby rady. Do zwózki drzew z wyrębiska wystarczały dwa, bo zwoziło się zazwyczaj w dół. Kilka koni zatrudnionych było do prac gospodarskich. Były to konie bez szczególnych uzdolnień, najmniej wyspecjalizowane. Woziły na przykład wodę do ogrodu, brały udział w pracach w sadzie i ogrodzie, napędzały kierat przy pompowaniu wody, czasem jechały na targ z towarem lub po zakupy.

Koń remont

Źrebaki dzieliły się na dwie kategorie: najlepsze, starannie wyselekcjonowane, kierowano do dalszej hodowli na „remonty”, pozostałe – na sprzedaż. Remonty były chlubą ojca. Przeznaczone były na zamówienie armii dla kawalerii. Kiedy źrebięta już dorosły, zawoziło się je na specjalny przegląd komisyjny. Wymagania wojskowych były bardzo wysokie. Koń musiał być idealny pod względem budowy i sprawności fizycznej, nie mógł mieć żadnych zgrubień, skaz, czy zakłóceń proporcji. Musiały to być wierzchowce naprawdę dorodne. Jednak warto było się starać, bo wojsko płaciło za nie bardzo dobrze. O ile przeciętny koń kosztował około 150-200 zł, to para remontów szła zwykle za 1000–1500 zł!

Konie remonty

Do powozów i do karety służyły dwie pary dużych, mocnych koni cugowych. Sam powóz był przecież dość ciężki, a wypełniony ludźmi stanowił ciężar naprawdę spory. Konie te musiały być spokojne, zrównoważone, niepłochliwe i posłuszne. Jeździły przecież po drogach, czasem w sporym ruchu i hałasie. Musiały też być przyuczone do chodzenia w zaprzęgach. Pamiętam niektóre ich imiona: Perła, Lawerna, Dumka, która została po wojsku rosyjskim oraz dwa duże kare konie: Kokaina i Morfina.

Koń Perła i MajaPerła z Mają

Kilka koni było przeznaczonych pod wierzch. Zawsze było ich cztery (co najmniej): dla każdego z nas – dzieci i dla Ojca. Matka rzadko dosiadała konia, jeździła wtedy, w odróżnieniu od nas, po damsku (siedziało się na grzbiecie konia bokiem, z obiema nogami zwieszonymi po jednej stronie). Było w domu siodło damskie, wyposażone w specjalne tzw. kule (dwa wygięte, o różnej wielkości i położeniu uchwyty na nogi: jedna podpierała nogę amazonki, a druga obejmowała ją od góry zapobiegając zsuwaniu się). Obie utrzymywały nogi przy ciele konia. Mnie służyło ono do nauki jazdy po damsku. Uczył mnie wuj Wiktor Rado, który stanowczo uważał, że trzeba się uczyć jazdy „tak, jak należy”. Często po takich lekcjach ubierałam bryczesy i siodło, po czym jeździłam po swojemu, czyli po męsku. Były też dwa mniejsze konie Rusałka i Chochlik, na których jeździły dzieci. Z kolei moja ulubiona gniada wierzchówka to była Przyłbica, która cierpiała na tzw. roar, to jest dolegliwość polegającą na tym, że musiała się „wykaszleć” po długim biegu. Była więc tania bo nikt nie chciał takiego konia. Poza tym miała taką dziwaczny zwyczaj, że często tuż przed przeszkodą, kiedy ja już pochylałam się do przodu, żeby jej lżej było skakać, miała moment zawahania. Przez to ja całym ciałem opadałam na jej kark. Ona w tym momencie wykonywała skok, a ja siłą rzeczy lądowałam na ziemi.

Koń Dekezi i Kika

Dekezi, jasną kasztankę, ojciec kupił we Lwowie. Była świetna na długie biegi, ale u nas nie było takich warunków. Pan Starowieyski z Iwieżyc dał za nią dwa konie cugowe. Odwoziłam tam Dekezi i poznałam bliżej mojego przyszłego męża, Antoniego Szaszkiewicza. Wszyscy potem się śmiali, że „Kika zamieniła tam konia za męża”. Jazda konna była naszą ulubioną rozrywką. Uwielbialiśmy szwendać się na koniach po całej okolicy. Czasem robiliśmy długie wycieczki wierzchem. Na pobliskiej łące urządziliśmy przeszkody, przez które z zapałem skakaliśmy, często przy tym zaliczając upadki i siniaki. Wzdłuż pobliskiego lasu ciągnęła droga, długa na 1,5 kilometra, którą nazywaliśmy „Boguchwalski galop”. Była płaska i prosta, a nawierzchnię miała miękką, co pozwalało się nieźle rozpędzić. Po wojnie brakowało mi bardzo jazdy konnej, a do niedawna jeszcze byłam pewna, że i dziś poradziłabym sobie z nią świetnie.

Konie z jeźcami