Miesięczne archiwum: Lipiec 2013

BABICA: Motoryzacja

Pisałam już o koniach, które były dla nas bardzo ważne. Nawet wtedy, gdy nastała już u nas era motoryzacji. Objawiła się nam w 1924 roku, pod postacią samochodu Ford. Polubiliśmy go od pierwszego wejrzenia, choć prawdę mówiąc, więcej z nim było kłopotów niż pożytków. Zapalało się go na korbę, co nie było łatwe i nieraz ojciec nieźle się zasapał, zanim Ford był łaskaw się uruchomić. Korba musiała iść w ruch po każdym dłuższym zatrzymaniu, jeśli silnik wystygł. Tylko przy ciepłym silniku wystarczał starter. Ojciec w końcu najął silnego chłopca z Babicy, który z dumą nosił miano „kierowcy”, choć przydawał się tylko do kręcenia korbą lub pchania auta. Ojciec nie miał prawa jazdy, uczył się samemu prowadzić ten pojazd. Na początku siedział za kierownicą w czapce pilotce i okularach-goglach, (my zresztą też, choć bardzo nie lubiliśmy tego nieprzewiewnego i nieprzyjemnego nakrycia głowy), a na siedzeniu obok niego siedział wuj Prado, który miał na kolanach wielką, grubą książkę – instrukcję obsługi auta. Kiedyś jechaliśmy do domu i zbliżaliśmy się do wielkiej bramy, kiedy Ojciec gwałtownie krzyknął do wuja Rado: „bremza, bremza!” (hamulec). Wuj zaczął nerwowo kartkować księgę, wreszcie znalazł i pokazał, dzięki czemu Ojciec zatrzymał auto tuż przed bramą. Szybkość samochodu nie była jeszcze wtedy nazbyt wygórowana. Od tej pory ilekroć my dzieci jechaliśmy autem i uznawaliśmy, że trzeba zwolnić, krzyczeliśmy do Ojca chórem: „bremza, bremza!” (nieco złośliwie).

Auto z ojcem

Po roku Ojciec udał się tym fordem do Rzeszowa na egzamin uprawniający otrzymanie prawo jazdy. Egzamin polegał na wykonaniu kilku manewrów autem w towarzystwie egzaminatora. Ojciec zajechał na wielki plac przed gmachem zakładu ubezpieczeń. Natychmiast zbiegły się tam dzieci i młodzież z okolicy, podziwiać prawdziwe auto. Pan Egzaminator zajął miejsce obok Ojca i wydawał polecenia: „proszę łaskawie skręcić” (cofnąć, podjechać, zrobić okrążenie itd.), wreszcie stanąć. Po chwili nakazał ruszyć na miejsce startu, to znaczy pod gmach ubezpieczalni. Ojciec próbuje uruchomić pojazd, a on ani drgnie, powtarza próby na różne sposoby i nic. Kompromitacja! Na to Pan Egzaminator z chytrym uśmieszkiem: „A bo łaskawy pan nie zwrócił uwagi, że ja zakręciłem kurek dopływu paliwa!”. Kurek odkręcono, ojciec włącza silnik, a ten znowu milczy! Ojciec znowu stosuje różne sposoby i znowu nic. Na to Pan Egzaminator: „Jeśli Łaskawy Pan pozwoli, ja spróbuję uruchomić”. Ojciec zgodził się chętnie, ale i egzaminator nic nie wskórał. Samochód milczał jak zaklęty. Na to Ojciec: „Jeśli szanowny Pan pozwoli, to poproszę chłopców, żeby nas popchnęli, to czasem pomaga”. Egzaminator zgodził się z ulgą. Ojciec podszedł do gapiów i zaoferował im po dziesięć groszy za pchanie. Rzucili się w kilkunastu, zdaje się, że bardziej ich cieszyło to pchanie niż te 10 groszy. Ford rzeczywiście zaskoczył i ruszył tak ostro, że wszyscy chłopcy runęli pokotem na bruk. Tymczasem Ojciec z egzaminatorem podjechali pod gmach, przy którym na podeście na szczycie schodów stała Wysoka Komisja Egzaminacyjna w pełnym składzie (przy tym nasileniu ówczesnej motoryzacji nie miała ona przecież wiele zajęcia). Oczywiście obserwowała zmagania kierowcy od początku. Kiedy Ojciec wyszedł po schodach, przewodniczący wyciągnął do niego rękę i oświadczył, że w imieniu komisji pragnie serdecznie pogratulować „Szanownemu Panu”, wspaniale zdanego egzaminu na kierowcę.Auto, Tatuś

 

Kradzione nie tuczy?

Zdarzają się czasem w życiu historie… hmmmm… nie do końca legalne, ale za to miło wspominane. Na szczęście się przedawniają. Należy do nich nasza „Akcja statek”.

Na początku lat 70-tych, mój syn Jasza studiował w Oslo, a w wakacje przyjeżdżał do domu, do Stavanger, chcąc sobie dorobić. Zgłaszał się wówczas do firmy, która zatrudniała studentów, jako tzw. cieci. Jednego razu wyznaczono go do pilnowania platformy naftowej, nawet dostał karabin i dozorował obiekt.

Innym razem okazało się, że musi iść na statek, który stoi w porcie w Stavanger, a ma być sprzedany i  i trzeba go przez jakiś czas pilnować. Załoga okrętu była francuskojęzyczna i choć początkowo patrzyli na niego jak na osobę z księżyca, szybko się dogadał, bo trochę mówił po francusku. Z czasem do domu zaczął przynosić duże ilości jedzenia. Twierdził, że dostaje to w prezencie, bo tam mają wielkie nadwyżki. Miałam wątpliwości, co do jego francuskiego, więc chciałam się na tym okręcie pokazać osobiście. Kapitan bardzo się ucieszył, chętnie mnie przyjął i przedstawił jak się sprawy mają.

 Norwegia statek

Otóż statek przed transakcją miał zostać opróżniony, a cała załoga oprócz jednej osoby miała wyjechać na wakacje. No i został jeden facet z załogi oraz Jasza do pilnowania. Okazało się, że faktycznie są tam gigantycznie zapasy hermetycznie pakowanego jedzenia: mięsa, kawy, świetnych serów, itd. Kapitan twierdził, że przed przekazaniem statku, zapasy te pójdą do zniszczenia. Nie mogąc zgodzić się na takie marnotrawstwo, niewiele myśląc,  wzięliśmy się za – co tu dużo mówić – szaber…

Początkowo mieliśmy pewne skrupuły, ale zauważyliśmy, że załoga wyjeżdżając brała ze statku nie tylko jedzenie, ale wszystko, co miało jakąkolwiek wartość. Ostatnie wątpliwości zniknęły, gdy zobaczyliśmy samego kapitana odkręcającego ze ściany zegar okrętowy.

Żywności było tyle, że sami nie dalibyśmy rady jej skonsumować, więc zaczęliśmy rozdawać po znajomych. W Norwegii był taki system, że w centrum miasta, w dużym budynku stała wielka zamrażarka państwowa (system podobny do istniejących dziś publicznych pralni), którą za niewielką opłatą można było wynajmować.  Czasem z niej korzystaliśmy przechowując mrożone grzyby. Teraz wynajęliśmy ją i dowoziliśmy stopniowo jedzenie ze statku. Wtajemniczyliśmy w nasz proceder męża mojej przyjaciółki, dzięki czemu  podpływaliśmy do statku jego łodzią. Codziennie robiliśmy te „łupieżcze wyprawy”, chyba przez jakieś 2 tygodnie. Początkowo to nawet sam kapitan nam pomagał!

PiratPirat – mój obraz szydełkiem malowany

Żyliśmy z tych zapasów kilka lat, a nawet wspomagaliśmy ubogich znajomych, np. rodzinę pewnego architekta, z którym byliśmy zaprzyjaźnieni. Nie mówiąc o Polakach w Polsce, do których nieoczekiwanie docierały znakomite francuskie sardynki i wyborna oliwa!

Mówi się, że kradzione nie tuczy, ale moja ówczesna figura zdawała się temu stanowczo przeczyć

Norwegia: Istny raj, samogon pędzić każdy może!

W Norwegii najbardziej mi się podobało to, że nie ma tam podziału na klasy społeczne. Polska po wojnie była podzielona na „fizycznych” i „umysłowych”, ci drudzy często czuli się lepsi i z lekceważeniem traktowali pozostałych. W rozmaitych dokumentach i „ankietach personalnych” była rubryka „pochodzenie społeczne” i należało wpisywać, że chłopskie, robotnicze, albo inteligenckie. Ci pierwsi i drudzy byli faworyzowani przez państwo komunistycznie, ci ostatni – ignorowani, albo szykanowani. W Norwegii absolutnie nie wyczuwa się pogardy wobec osób pracujących fizycznie, nikt też nie jest faworyzowany. Większość osób dziś pracujących umysłowo miało np. dziadka rybaka, a polityka rządowa była skierowana na udostępnienie wykształcenia każdemu, na zdanie matury i ułatwienie pójścia na studia. Każdy może tam dostać stypendium, byle tylko chciał się uczyć. Wykształcenie rzecz jasna ułatwia codzienne funkcjonowanie, ale nauka na studiach wyższych nie jest darmowa. Często spłaca się ją, co prawda w niskich ratach rozłożonych nieraz na całe życie. Ale w państwie tym, nie ma zbyt silnego dążenia do wyższego wykształcenia. Praktyczny naród kalkuluje sobie, że po prostu dla młodego człowieka jest to kilkuletnia strata czasu, podczas której można już zarabiać i podejmować samodzielne życie.

Norwegowie mają mentalność podobną do naszych Górali z Podhala. Bardzo dbają o swoją odrębność, żyjąc w małych społecznościach i obracając się w swoich specyficznych klimatach, które tylko oni rozumieją. Są tak samo jak Górale bardzo uparci, ale w przeciwieństwie do Podhalan nie lubią bójek. Niechętnie przyjmują rady i pomoc od innych, mają swój honor i chcą być samowystarczalni. Mają wysokie poczucie godności i własnej wartości. To bardzo twardzi ludzie, inaczej by nie przeżyli w trudnych warunkach.

Brak światła słonecznego przez większość roku w Norwegii sprawia, że dużo ludzi cierpi na depresje. Dość częsty jest alkoholizm, ale nie aż taki jak w Polsce, Norwegowie częściej piją w domu. Każdy, jeżeli chce, może pędzić samogon, gdyż pozwala na to prawo  (o ile nie w celach handlowych), co też prawie każdy robi, bo alkohol jest bardzo drogi. Gdy mieszkałam w Stavanger, istniał tam tylko jeden sklep alkoholowy, a sprzedaż była do godzin popołudniowych i w ograniczonej ilości. Ale 3/4 ludzi mieszka na wsi i pędzi własny alkohol.

Życie towarzyskie ma swoją, inną niż w Polsce specyfikę. Trudno mi się było do tego przyzwyczaić. Ludzie odwiedzają się przy różnych okazjach, ale nie tak często jak u nas. Chyba częściej w rodzinach niż wśród znajomych. I zabawa – można by rzec – jest nieco drętwa. Młodzież, jak na całym świecie, spotyka się na mieście w różnych klubach. A jeśli spotykają się w domu, każdy przynosi swój alkohol i sam go wypija! Nie częstuje się nim nikogo. Nawet nie wypada!

Sylwester wygląda dziwnie, Norwegowie bardzo się do niego przygotowują, zbierają się późnym popołudniem, piją piwo czy inny alkohol, o północy rzucają race. A 15 minut później cisza jak makiem zasiał, wszyscy są w łóżkach.

Największe święto w roku to wigilia świętego Jana, 23-24 czerwca. Wtedy odbywa się szalona zabawa, we wszystkich miejsowościach nad brzegami fiordów i jezior palą się ogniska, tak, że cała noc jest jasna, a przy nich organizowane są wspólne biesiady, liczne tańce, popijawy. Zwykle też biesiadnicy wypływają łódkami i jachtami w morze, czy jezioro – dla zabawy i pohulanek. Jest to najbardziej zabawowe święto w roku, podobnie, jak u nas Sylwester, bawią się wszyscy.

17 maja jest ważne święto państwowe, Święto Niepodległości, też bardzo hucznie i uroczyście obchodzone. Król jest wtedy najważniejszą osobą i przyjmuje defilady szkół i różnych organizacji. Wiele razy maszerowałam w tych niepodległościowych pochodach w polskich strojach ludowych, gdyż stroje regionalne są dla Norwegów bardzo ważne.

Kika w stroju regPodczas marszu w stroju ludowym

Przebierają się w nie na różne okazje. Piękne są na przykład stroje z Telemarku. Wszyscy Norwegowie kochają swojego króla, i słusznie, bo to zwykle bardzo miły człowiek, bliski ludziom. Zrobiłam z sympatii dla króla Olafa V sweter na drutach i dostałam za to od niego podziękowanie, które poniżej na załączonym obrazku – z pomyłką w moim nazwisku – gdyż jest ono nie do wypowiedzenia przez Norwega.

List od króla Norwegii do Kiki

Co mi się jeszcze podobało w Norwegii, to wielka czystość na ulicach. Myślę, że właśnie z powodu czystego powietrza i wody w Skandynawii, cieszę się dziś tak długim życiem. Jedynie kuchnia norweska mnie nie przekonała. Jest wprawdzie bardzo zdrowa, ale dominują w niej ryby, za którymi nie przepadam. Na szczęście mają bardzo dobrą czekoladę i niezłe duńskie sery, które stanowią podstawę mojej diety – jakby się ktoś pytał. Na szczęście nie pijam kawy, gdyż w Norwegii jest niedobra. Natomiast herbatę można kupić każdą, co mnie ratowało.

Babica: Powozy

Żyłam w czasach, gdy jeździło się końmi, do dziś mam sentyment do tych zwierząt pięknych i użytecznych. Podstawowym środkiem transportu towarów i ludzi były różne powozy konne.

Jednym z nich była kareta – tak nazywaliśmy nasz elegancki pojazd z szybami i zasłonami. Wnętrze wyścielone było pluszem, zasłony były jedwabne. W drzwiach karety prostokątne szyby umożliwiały komfortowy ogląd trasy, a na przedzie dwie oddzielone szyby pozwalały patrzeć w dal. Miały kształt wypukły, przez co w trakcie jazdy nie osiadał na nich śnieg. Na ramie oddzielającej przednie szyby zamontowany był klakson. Od wewnątrz była to gruszka gumowa połączona z metalową trąbką zamocowaną na zewnątrz, skierowaną do stangreta. Gruszkę ściskało się, kiedy chcieliśmy się zatrzymać. Kareta nieczęsto była przez nas używana. Wyjeżdżało się nią na przykład po matkę do Rzeszowa na dworzec kolejowy, albo z noworodkiem, częściej zimą w wyjątkowo złą pogodę. Jechało się nią wygodnie, bo była dobrze resorowana, szczelna, ciepła i stosunkowo cicha. No i elegancko!

Pojazdy kareta

Inny ówczesny pojazd to lando – powóz z dwoma ławeczkami na sześć osób. Siedziało się twarzami do siebie, co umożliwiało rozmowy. Nad siedzeniami można było opuścić dwie budy, jako zadaszenia w deszczową aurę. Z przodu umieszczona była ławeczka dla woźniców, tzw. kozioł. Myślę, że to odpowiadało współczesnym samochodom osobowym.

Pojazdy Lando

Był jeszcze mały powóz dla dwóch osób, które siedziały na ławeczce obok siebie. Również i nad ich głowami można było opuszczać zadaszenie. Najbardziej przypomina on dzisiejsze dorożki, z tym, że obecne dorożki są pojazdami dla turystów, do wynajmowania na różne okazje, a za moich czasów był to pojazd użytkowy, ciągle wykorzystywany w naszym domu.

My, dzieci często też jeździliśmy wózkiem. Miał on wysokie burty, proste ławeczki na sześć osób i dodatkowo jedno miejsce (albo i dwa, jeśli się ścieśniło) obok furmana. Nie miał zadaszenia. Tym pojazdem najczęściej jeździły dzieci do kościoła, a rodzice – landem.

Ciekawe, że ilekroć pojazd zajeżdżał po nas, to skądś przybiegały nasze psy i zawsze wskakiwały do pojazdów. Czasem trzeba je było odpędzać, na co zwykle się demonstracyjnie obrażały. Jednak nigdy nie robiły tego w niedziele i święta, jeśli jechaliśmy do kościoła. Wtedy nie pokazywały się nawet w pobliżu. Nie wiem skąd to wiedziały, ale wiedziały.

W zimie często jeździliśmy saniami konnymi. Mieliśmy ich dwa rodzaje. Większe na 6-8 osób usadowionych na dwóch ławkach i małe sanki na trzy osoby. Na kolana i nogi kładło się grube koce i skóry, które chroniły przed śniegiem i mrozem.

Pojazdy Sanie

Do prac polowych służyły wozy drabiniaste. Były to duże pojazdy pozwalające zwozić z pola słomę, siano i snopki zboża. Ich konstrukcja umożliwiała wydłużanie ich, w zależności od potrzeb. Nie musiały być bardzo mocne, bo przeznaczone były do stosunkowo lekkiego transportu, chociaż zajmującego dużo miejsca.

W pracach leśnych przydawały się linijki. Pojazd ten, to właściwie była długa belka na kółkach, która łatwo wjeżdżała w wąskie przecinki leśne. Jednocześnie była pojemna, bo na tej belce mogło siadać pewnie i po 20 robotników, których dowoziło się do prac nawet w głębi lasu. Z daleka widać było ich nogi kiwające się w rytm chodu konia.

Dzisiaj powozy prawie wszędzie zastąpiły pojazdy mechaniczne, tylko czasem widuje się je – raczej jako ciekawostkę, czy nawet fanaberię, a szkoda bo według mnie jazda samochodem, chociaż szybsza, nie ma już tego uroku..