Miesięczne archiwum: Sierpień 2013

Pieniny i pedagogika

Rodzina wróciła z wakacji w Pieninach, wśród nich moja pełnoletnia, piękna, hiszpańska prawnuczka Surya-Gabriela, zachwycona tymi górami. Obejrzałam z wielką przyjemnością zdjęcia stamtąd, w tym specjalnie dla mnie zrobione zdjęcia Dworku Cisowego ze Sromowców Wyżnych. Znam to miejsce świetnie, gdyż trzy lata mieszkałam tam w internacie i chodziłam do szkoły prowadzonej przez Olgę Małkowską, twórczynię harcerstwa, pedagoga i wyjątkowego człowieka.

Gaździna - Olga MałkowskaOlga Małkowska zwana Gaździną

Do szkoły tej chodziły dzieci z tzw. dobrych rodzin, na przykład syn pisarki Marii Kuncewiczowej Witold, czy Malina Retinger, córka sławnego Józefa, która potem walczyła w II wojnie i pracowała w służbie zdrowia. Była też tam Haneczka Olechnowicz, wybitna psycholog, którą wspominam bardzo ciepło, a moja synowa wprost ją uwielbia! Zadaniem tej szkoły było uspołecznienie nas wszystkich, a także usportowienie, rozwój fizyczny, co w owych czasach było bardzo postępowe. Jazdy na nartach uczyła nas prawdziwa Szwajcarka, która jeździła genialnie! Przy okazji uczyła nas jodłowania, co nas ogromnie bawiło.

Cisowy Dworek raport pod sztandarem

System uczenia, tak zwany Model Daltoński, też był postępowy i polegał na indywidualnej pracy z uczniem. Odchodziło się od systemu podziału uczniów na klasy i sztywnego programu, na rzecz pracy w tzw. pracowniach, w których zajmowaliśmy się rozwiązywaniem problemów pod kierunkiem tutorów, czyli mistrzów. Trzeba było to wszystko raportować na piśmie. Efekt był taki, że zwykle nie nadążaliśmy z programem oficjalnym, ale myśleliśmy samodzielnie i odnajdowaliśmy swoje pasje. Dodatkową atrakcją były wspaniałe Pieniny, które nas otaczały i które przeczesaliśmy tam i z powrotem wiele razy w różnego rodzaju podchodach. Ubawiło mnie jak moje prawnuki z przejęciem opowiadały o trudach podejścia na Trzy Korony i Sokolicę, gdyż bywałam tam przynajmniej raz w miesiącu. Nie mówiąc o spływaniu Dunajcem oraz kąpielach w jego zimnych wodach. Dla Hiszpanów – nie do przejścia!

Spływ Dunajcem do Krościenka 1931Spływ Dunajcem do Krościenka

Z przyjemnością zobaczyłam na zdjęciach, że zarówno Orle Gniazdo jak i Cisowy Dworek są pięknie odremontowane i spełniają swoje zadanie, a idea Małkowskich wciąż żyje. Olga Małkowska była osobą mądrą i prawdziwie złotoustą. Zabierała nas na wycieczki, zatrzymywaliśmy się w pięknym miejscu i ona tam wygłaszała jakieś ważne przesłanie albo rodzaj modlitwy. Były to chwile kształtujące w nas hart ducha, odpowiedzialność i troskę o drugiego człowieka. Sama Olga miała szerokie kontakty w świecie i na przykład za Jej sprawą hojnymi darczyńcami dla idei była rodzina Violetty Mason, Angielki zamężnej z doradcą króla. Opowiadał mi z rozbawieniem Lutyk Małkowski, syn Olgi, jak kiedyś przyjechał do Anglii i zatrzymał się jak zwykle u tej Violetty. Jej akurat nie było w domu, gdy zadzwonił telefon i głos w słuchawce zapytał o jej męża. Lutyk odparł, że go nie ma w domu i zapytał „Kto mówi?”, aby móc przekazać wiadomość. „George” – odparł rozmówca. „Ale jaki George, proszę podać nazwisko”. A głos na to po krótkiej chwili: „George VI”. Kto taki? – zapytał Lutyk. W odpowiedzi, zdumiony usłyszał już lekko zniecierpliwiony głos „George VI, król! Proszę o zwrotny telefon”.

Violetta MasenDruhna Violetta Mason

Coś musiało być w atmosferze tego Cisowego Dworku, że nawet mniejsze dzieci dobrze się tam czuły, a my, mimo tęsknoty za domem, również chętnie po wakacjach wracaliśmy do niego. Moja siostra jeździła tam na wakacje nawet już po skończonej edukacji, aby pomagać przy młodszych dzieciach. Na śniadanie jedliśmy zawsze i bez szemrania mamałygę z cukrem, czyli rozgotowaną kaszę kukurydzianą, której w innych warunkach nikt by nie tknął!

Co do systemu nauczania i wychowania uważam, że spełnił swoje zadanie, chociaż ten Daltoński okazał się zbyt czasochłonny i potem zwyciężyło realizowanie tzw. programu nauczania. Nie jestem specjalistką w tym względzie, ale wydaje mi się, że zmuszanie do nauki nie ma sensu, lepiej rozwijać zainteresowanie nią, co w tamtej szkole się udawało. Traktowano nas poważnie, nie trzeba było się wstydzić żadnego pytania, wysoko punktowana była samodzielność i aktywność własna. I ta ostatnia według mnie jest najważniejsza w życiu.

Cisowy Dworek 2Cisowy Dworek obecnie

Szósty zmysł

W sierpniu cała rodzina jest na wakacjach, a ja rozmyślam o innych sierpniach wiele lat temu. Przetoczyła się dyskusja o powstaniu warszawskim 1944 roku, które wybuchło na początku sierpnia. Zabierali głos  głównie młodzi historycy i dziennikarze, nie zostawiając suchej nitki na przywódcach powstania.  Myślę sobie,  jak trudno ludziom w kolejnych pokoleniach uzyskać  to wczucie się w sensie psychologicznym w sposób myslenia swoich niedalekich przodków. Bo jeśli nawet ze strategicznego punktu widzenia powstanie było błędem, to jak mogą oceniać Ci, którzy wojny nie przeżyli, tych, którzy tak bardzo mieli jej dość, że gotowi byli życie poświęcić by się rozprawić z wrogiem. Nie powinni oceniać tego, tylko starać się rozumieć tragiczne motywy tych decyzji.

Zbliża się wrzesień, już myślę o tym wrześniu 1939 roku. Gdy wybuchła wojna, nastąpiło wielkie zamieszanie i ogromne tłumy ludzi zaczęły się przemieszczać wszystkimi możliwymi środkami,  także na piechotę,  uciekając przed Niemcami, głównie na wschód, w kierunku Lwowa. Między nimi była pewna rodzina ze Śląska, która spędzała wakacje w Babicy na wsi na letnisku. Przyszli do nas z prośbą by im pożyczyć samochód, gdyż chcieli udać się do Przemyśla, aby tam się ukryć. Ich ojciec był bliskim krewnym wojewody katowickiego, więc obawiali się represji ze strony Niemców, którzy oczywiście uważali Śląsk za swój. Mój brat Kot odwiózł ich do Przemyśla i opowiadał później o tych „wędrówkach ludów”, o tym, że wszystkie drogi były zapchane furmankami, dzisiaj by się powiedziało zakorkowane.  Ojciec nas pytał, czy chcemy opuszczać Babicę, rodzice bowiem decydowali się zostać.  My, dzieci też. Natomiast  z zaprzyjaźnionego Żyznowa, dzieci państwa Bylickich postanowiły jechać do Lwowa, gdyż tam mieszkała ich ciotka zwana Bibą, która była profesorem Uniwersytetu. Wzięły auto i pojechały. Za parę dni, po przegranej bitwie rzeszowskiej, weszli Niemcy i zaczęła się okupacja niemiecka. Pan Bylicki nie miał  żadnych wiadomości od czworga swoich dzieci, czym był bardzo zaniepokokojony. Wiadomo było tylko, ze została ustanowiona przez Sowietów granica. Pan Bylicki, po 3 tygodniach wypatrywania wiadomości postanowił ruszyć po dzieci. Wziął szofera i autem, ryzykując rzecz jasna, że mu je zabiorą, pojechał ku granicy. Tam wytłumaczył, że jedzie po dzieci do Lwowa, ale Sowieci nie chcieli go puścić. Deliberowali długo, nieufnie wypytując o co naprawdę chodzi, „polskiemu pomieszczikowi” jak go nazywali,  aż ostatecznie zaproponowali, że sami je przywiozą jego autem. Nie było wyjścia, dał im to auto i wrócił do domu całkowicie spokojny o los dzieci. Stanisław  Bylicki miał jakiś szósty zmysł i dar przewidywania, wiedział zwykle jak się skończy jakaś akcja – dobrze czy źle. Zgodnie z tym co zakładał, dzieci wróciły w ciągu dwóch dni wraz z autem do Żyznowa.

Wydarzyła mu się też inna dziwna historia. Gdy Niemcy zaczęli prześladować Żydów, przyprowadzili całą ich grupę do majątku Bylickich, aby ich zatrudnił i oczywiście żywił. W pewnej chwili pan Bylicki zobaczył przez okno, że Niemiec strasznie bije starego Żyda. Wybiegł do nich i w niewybredny, wulgarny sposób sklął go za to. Powiedział jeszcze, ze zawiadomi niemieckie władze, o tym jak traktują ludzi. Gdy później wywozili Żydów ze Strzyżowa, ten stary Żyd dał Bylickiemu na ćwiartce papieru rodzaj rekomendacji, oczywiście po hebrajsku. Gdy Byliccy wyjechali do Sztumu, gdzie zresztą pan Bylicki był chory, przyszło tam wojsko sowieckie i zażądali aby się wyprowadził z mieszkania, które było im potrzebne dla swoich. Zrewidowali go, w portfelu miał papier, który dostał od tamtego Żyda. Oficer uważnie się temu przyjrzał, złożył i oddał portfel. I nigdy potem nikt ich więcej nie niepokoił. Może ten Rosjanin to był Żyd, który zrozumiał treść kartki? Pan Bylicki był, nie wiedzieć czemu spokojny o to, że ich stamtąd nie wyrzucą. Jak widać różne wydarzały się w czasie wojny sytuacje, nie tylko same złe. A ja wierzę, że są ludzie, którzy w sposób pozaracjonalny odbierają rzeczywistość.

Podróże za ocean – wiadomo Ameryka!

Na wyjazd do Ameryki namówił mnie przyjaciel Zdziś Krupiński, więc poleciałam tam do niego w w odwiedziny, nie zaś do pracy, jak wszyscy Polacy. Zastanawiam się, czy mnie tam coś bardzo zaskoczyło, ale chyba nie, bo przecież wiedziałam dużo o Stanach, oglądałam filmy, zdjęcia. Jednak na miejscu, w Nowym Jorku wszystko wydawało mi się dużo większe niż się spodziewałam: domy, ulice, auta, a nawet porcje jedzenia na wielkich talerzach. I oczywiście ludzie – masę tam było grubasów, czułam się wśród nich – a przecież też byłam gruba – całkiem szczupło.

Wyruszyłam poznawać miasto, które rzeczywiście robi wrażenie, a także kolejne wielkie muzea, o których wiele słyszałam. I tak obejrzałam Metropolitan Museum of Art z wielką kolekcją malarstwa, usytuowane niedaleko Central Parku, koło którego mieszkałam. Jest tam wielki dział poświęcony historii sztuki światowej. Z kolei Muzeum Guggenheima ze zbiorami sztuki współczesnej, zrobiło na mnie wielkie wrażenie wspaniałością architektury. Wiedziałam, że w tym czasie w jednym z muzeów w Nowym Yorku, prowadzonym przez Holendrów jest wystawa dzieł przywiezionych z petersburskiego Ermitażu. Gdy tam pobiegłam oczom moim ukazał się dziwny widok w Ameryce, a mianowicie niezwykle długa kolejka przed galerią sztuki! U nas to był widok zwyczajny, z tym, że przed sklepami, ale tu?! Stały w niej głównie postacie przypominające te, które widywałam w Polsce przed wojną, a mianowicie Żydzi (zapewne też z Rosji), których było sporo w Nowym Jorku, a którzy zlecieli się oglądać znane im malarstwo. Wielu było w jarmułkach, z pejsami, a nawet ubranych w charakterystyczne stroje chasydów. Stanęłam w kolejce, w której wrzało jak w ulu, a następnie, wewnątrz, przesuwałam się wraz z nią przed wspaniałymi dziełami sztuki malarskiej.

Nasłuchałam się wcześniej o tym, jak niebezpiecznie jest w Ameryce, trochę to bagatelizowałam, trochę starałam się uważać na siebie. Do czasu. Pewnego dnia wracając przez Central Park do domu, ujrzałam naprzeciwko dużą grupę dziewcząt, w większości czarnoskórych, bardzo rosłych, które szły głośno gadając, śmiejąc się do siebie, zabawiając wesoło. Wyglądały jak grupa szkolna, były dobrze ubrane. Gdy się zbliżyły, zaczęły do mnie rzucać jakimiś ogryzkami, grudkami ziemi. Co śmielsze podeszły i zaczęły mnie potrącać, popychać, ciągnąc za moje poncho zaśmiewając się głośno. Wyprostowałam się wtedy i swoją słabą angielszczyzną wygłosiłam mowę w tym stylu, że „jestem z Europy, która bardzo lubi Amerykę, a widzę, że dziewczęta amerykańskie nie są grzeczne dla damy z Europy”. I wtedy one uspokoiły się nagle i odeszły. Wiedziałam wcześniej, że tam są takie zasady, że nie wolno dotykać drugiego, bo wtedy on po ostrzeżeniu „don’t touch me” może cię walnąć, lub nawet strzelić. Ja wybrałam wariant uprzejmy – perswazję. W końcu pochodzę ze Starego Kontynentu.

Drugi mój wyjazd do USA był odwiedzinami przyjaciółki, która z Polski przyjechała do Chicago do syna i jakiś czas tam została, aby go wspierać, gdyż zaczął tam studia. Równocześnie udało się zorganizować moją wystawę, co nie było łatwe, bo w zasadzie nikogo tam nie znałam, a ponadto taka akcja trochę kosztuje. Upatrzyłam sobie lokal sporych rozmiarów, w którym wcześniej byłyśmy na koncercie Pietrzaka „Żeby Polska była Polską”. W tym lokalu odbywały się też większe imprezy rodzinne. Ludziom nie przeszkadzało, że na ścianach zawisły moje obrazy, wręcz przeciwnie – byli zachwyceni. Na otwarcie wystawy przyszło prawie tyle samo Polonii, co na Pietrzaka i jeszcze trochę Amerykanów. Sukces był ogromny, a dla mnie najważniejsze było to, że nie musiałam płacić za lokal (wymieniona na wstępie przez właściciela kwota była dla mnie nieosiągalna, ale metodą Scarlett O’Hara zostawiłam to „na jutro”). Właściciel nie chciał pieniędzy, gdyż moje obrazy przyciągały klientelę, więc zwiększyło to obroty w części restauracyjnej lokalu. Miałam propozycję zrobienia obrazu na zamówienie, takiej wielkości, aby zasłonił plamę czy dziurę w tapecie. Nie skorzystałam z tej ani innych, nie lubię się pozbywać moich prac.

 Kika w Chicago

Wpisy do księgi z mojej wystawy; na zdjęciach Zbigniew K. Rogowski i ja w kominiarce

W Ameryce przyglądałam się życiu wielu osób i doszłam do wniosku, że jest ono bardzo trudne. Dominuje je praca, która z przerwą zajmuje cały dzień i w której musisz być w pełnej formie. Nikt nie ryzykuje chorowania, bo straci tę pracę, a zresztą leczenie jest niebywale kosztowne. Cały czas trzeba być w fantastycznym nastroju i wznosić radosne okrzyki z każdej okazji i na widok każdej osoby. Po tym pobycie ukułam maksymę, że „praca hańbi”, mając rzecz jasna na myśli taką pracę. Naprawdę uważam inaczej, że żadna praca nie hańbi – tego nauczono mnie w domu, a potem jeszcze bardziej w Norwegii, gdzie jest wielki szacunek do ludzkiej pracy i do człowieka w ogóle. Ale w tej Ameryce coś się we mnie buntowało, gdy patrzyłam na przykład na rodzinę zaprzyjaźnionych lekarzy, nieprzytomnie zaharowanych i bardzo z tego zadowolonych. Oczywiście ludzie jakoś sobie z tym radzą, ale dla mnie skończył się mit Ameryki, kraju, który miał dawać szansę na wolność, a doprowadza człowieka do zniewolenia.

Hanka Cybisowa

Lało jak z cebra, ale jak moja synowa coś postanowi, to trudna rada. A właśnie onegdaj postanowiła, że w piątek wybieramy się na wystawę Hanny Rudzkiej-Cybisowej. Zresztą ja też od dawna bardzo chciałam zobaczyć tę wystawę, bo przecież Hanka przez lata całe była bardzo ze mną zaprzyjaźniona. Maciek, mój syn, siadł więc za kierownicą, i dalejże! Po drodze utknęliśmy jednak w potwornym korku, kiedy więc zajechaliśmy pod kamienicę Hipolitów na Placu Mariackim, gdzie mieści się Muzeum Historyczne, byliśmy spóźnieni trzy kwadranse. Czekał na nas nasz przyjaciel Jasiu, nawet dość zadowolony, żeśmy się spóźnili, bo od kilku lat nie był na Rynku. Obejrzał więc Kościół Mariacki, posłuchał hejnału, pogadał z kwiaciarkami, pokręcił się po Sukiennicach i był szalenie zachwycony urodą Krakowa.

No więc witamy się, idziemy, a tu masz ci los: by obejrzeć wystawę, trzeba zejść do głębokiej piwnicy, po stromych schodach, co w moim wieku jest nie lada wyczynem. I na dodatek zawieruszyła nam się gdzieś synowa! Ale patrzę, a tu Wanda biegnie z dwoma rosłymi, sympatycznymi kelnerami z kawiarni, która się mieści na dziedzińcu Hipolitów. Ci mili młodzieńcy posadzili mnie na fotelu i znieśli do piwnicy. I tak nagle znalazłam się w dawno minionym czasie, w z niezwykłym smakiem odtworzonym mieszkaniu i pracowni wielkiej malarki.

Wystawa Cybisowej

Obejrzałam najpierw dziesiątki zdjęć z lat jej młodości, studiów na Akademii w Krakowie, a potem w Paryżu. Zobaczyłam ją młodą i roześmianą, w towarzystwie Jana Cybisa, jej męża, Józefa Czapskiego, Artura Nachta i wielu innych malarzy i przyjaciół.

Wystawa Cybisowej4

A potem stanęłam zachwycona przed dziesiątkami jej szkiców portretowych i kilku obrazami. Nie było ich wiele, ale za to jakie piękne! Dotąd mam przed oczyma autoportret Hanki czy przepiękne martwe natury bądź pejzaże z Lanckorony i Bretanii. Bardzo mnie też poruszyło ostatnie dzieło Hanki – niedokończony bukiet kwiatów. Poczułam się wzruszona, patrząc na te obrazy, tym bardziej, że w piwnicy odtworzono tak dobrze mi znany dom Hanki, który był zarazem jej pracownią.

Wystawa Cybisowej2

Znalazły się tam fotografie jej rodziców, meble z jej mieszkania, biurko, bibeloty, nawet instrukcja do nagrywania na magnetofon własną jej ręką spisana.

Wystawa Cybisowej3

Znałam ją od dziecka, bo starsza ode mnie o parę lat Hanka była najpierw przyjaciółką mojej matki. Rodzice mieli bowiem zwyczaj wyjeżdżać w karnawale na bale do Krakowa, i właśnie podczas balu w Teatrze Słowackiego w latach dwudziestych poznali Hankę, naonczas studentkę Akademii Sztuk Pięknych. Rodzice byli nią urzeczeni i po powrocie do domu długo opowiadali mnie i mojemu rodzeństwu o tej cudownej dziewczynie, przez moją matkę nazywaną żartobliwie Hopsztyndrem. A potem, podczas okupacji, Hanka często bywała w Wiśniowej u Jana Mycielskiego, który był naszym sąsiadem, a Hanki kolegą z Akademii, i tak ją w końcu poznałam. Rodzice często bywali zapraszani przez Mycielskich, ja w Wiśniowej gościłam rzadko, bo byłam młodsza od Mycielskich i ich towarzystwa. Hankę widziałam wtedy może ze dwa razy, nie było więc mowy o jakiejś między nami przyjaźni.

Tak naprawdę zaprzyjaźniłam się z nią nieco później, bywając w Krakowie – mieszkałam wtedy w Babicy i do Krakowa mogłam przyjechać tylko od czasu do czasu, by spotkać się z moją siostrą, która w Krakowie pracowała i studiowała na podziemnym uniwersytecie. Maja obracała się wśród artystów i zaprzyjaźniła się z Hanką, a przez Maję i ja także zbliżyłam się do Hanki. Był nawet taki czas, że Maja mieszkała u Hanki na Radziwiłłowskiej, bywałam więc tam i ja. Zresztą mieszkała tam nie tylko Maja, i nie tylko ja tam bywałam. Drzwi na Radziwiłłowskiej prawie się nie zamykały, ponieważ Hanka nigdy nie odmawiała pomocy nikomu, kto popadł w tarapaty. Bo Hanka ukrywała Żydów i działała w Żegocie, i to właśnie ona była jedną z sprężyn akcji ratowania z lwowskiego getta Artura Nachta-Samborskiego, wciągając do tej akcji między innymi Maję i mnie – obie jeździłyśmy do getta we Lwowie, obie potem opiekowałyśmy się Arturem w Krakowie, ale o tym opowiadałam już w swoich wspomnieniach ,,Podwójne życie Szaszkiewiczowej”. Ciekawych szczegółów akcji ratowania Artura odsyłam zatem do tej książki.

Jaka była Hanka w tamtych latach? Była wprawdzie starsza ode mnie, ale bez trudu znalazłam z nią nić porozumienia. Hanka była bowiem osobą zawsze młodą, rozumiała więc doskonale ludzi znacznie od niej młodszych. Nasza przyjaźń przetrwała wojnę, i po wojnie Hanka zawsze była moją wierną przyjaciółką.

Ostatni raz widziałyśmy się pod koniec lat osiemdziesiątych, bodaj na dwa lata przed jej śmiercią. Mieszkałam od dawna w Norwegii, a do Krakowa przyjechałam, bo w Domu Polonii na Rynku miałam wystawę swoich obrazów szydełkiem malowanych. Szalenie zależało mi, by Hanka mogła zobaczyć moje prace. Ale ona zbliżała się już do dziewięćdziesiątki i – choć generalnie była w świetnej kondycji – czuła się zmęczona, a mieszkała na trzecim piętrze, każde wyjście z mieszkania na trzecim piętrze wiązało się z wielkim wysiłkiem, podziękowała więc za zaproszenie i przeprosiła, że nie przyjdzie na mój wernisaż. Odwiedziłam ją w jej mieszkaniu, tym razem na Studenckiej, bo chciałam jej podziękować za to, że to właśnie ona otworzyła mi oczy na to, czym jest malarstwo i czym jest kolor. Hanka powitała mnie nadzwyczaj serdecznie.

Wzstawa Cybisowej 7

Nie, nigdy nie uważałam się za prawdziwą malarkę, a tym bardziej za kapistkę, ja robiłam tylko na drutach, ale miałam nie jedną okazję, by rozmawiać z Hanką o malarstwie  i to ona nauczyła mnie, żeby się nie bać kolorów, nawet jeśli ma się do czynienia tylko z włóczką. Hanka interesowała się moimi szydełkowymi obrazami, wypytywała mnie, jak sobie radzę z kolorami i radziła, jak mam wyciągać kolory. Żyjemy otoczeni kolorami, tłumaczyła mi, żyjemy pośród ogromnej gamy kolorów, jakie kolory więc wybrać, gdy na przykład chcemy namalować harmonijnie kolorystyczny bukiet kwiatów? Nigdy nie studiowałam na Akademii, wychowana byłam na całkiem innym malarstwie niż twórczość kapistów – odkrycie więc malarstwa Hanki, a było to w czasie wojny, było dla mnie niezwykłym przeżyciem, a jej późniejsze rady okazały się dla mnie wprost bezcenne. Za to wszystko byłam jej szalenie wdzięczna. I to właśnie chciałam jej powiedzieć, gdyśmy się widziały ostatni raz.

Wzstawa Cybisowej 5

To prawda, że zbliżała się już wtedy do dziewięćdziesiątki. Ale zapamiętałam ją wciąż młodą duchem kobietę, taką samą, z jaką zaprzyjaźniłam się podczas wojny: zawsze otwartą, ciekawą świata i ludzi.

Co tam więc deszcz, co tam korki i strome schody! Mówię wam: warto było!