Miesięczne archiwum: Wrzesień 2013

Mój Kraków – Urzędnicza 30

Do Krakowa przyjechałam po wojnie dopiero w roku 1950, wraz z maleńkimi dziećmi oraz Ojcem, który był chory i potrzebował opieki lekarskiej. Początki były bardzo trudne, a kolejne lata też niełatwe. Myślę przede wszystkim o stronie bytowej, gdyż sam Kraków rekompensował te trudy. Jest w Krakowie coś wyjątkowego, niepowtarzalnego (czego nie stracił nawet za komuny). Ten szczególny klimat towarzyski, kulturalny a także twórczy sprawiał, ze czułam się w Krakowie po prostu na swoim miejscu. I jest tak nadal. Mogę powiedzieć, że to Kraków jak magnes przyciągnął mnie po latach z Norwegii, gdzie byłam już wygodnie urządzona.

Na początku w Krakowie nie miałam gdzie mieszkać, nie miałam też pracy, zmarł mój ojciec, dość szybko moje małżeństwo się rozpadło. Znalazłam jednak przystań, która na długie lata stała się miejscem życia nie tylko dla mnie, ale dla wielu rozbitków życiowych, miejscem spotkań i towarzyskich atrakcji. Było to małe mieszkanko przy ul. Urzędniczej 30. Jak je znalazłam? W Krakowie po wojnie robiono przymusowe „zagęszczanie” mieszkań i na właścicieli padł blady strach, że jak sami kogoś nie przyjmą pod swój dach, to dokwaterują im obcych ludzi niewiadomego autoramentu. I tak trafiłam do pp. Rościszewskich, którzy oddali mi pokój, a następnie przeniosłam się do ich dużej kuchni, w której zmieściłam całe moje mieszkanie, służące nam służyło przeszło dwadzieścia lat. Wykroiłam w nim pokój dzienny, małą sypialnię, a że była wysoka, przyjaciel zbudował antresolę, na której można było spać. Miało tę zaletę, że było do niej osobne wejście (dawniej dla służby), przez co nie kłopotaliśmy gospodarzy.

Urzędnicza 30 z antresolą

Wkrótce znalazłam pracę w pogotowiu ratunkowym przy ul. Siemiradzkiego, jako dyspozytorka (pomogła mi nieoceniona przyjaciółka Kasia Ziembicka-Komornicka). Musiałam dorobić kursy pielęgniarskie, aby moje kwalifikacje do tej pracy były odpowiednie. Były cztery kobiety, które zmieniały się na tym stanowisku – każda miała swoje „zaplecze”, Kasia trzymała z lekarzami, ja z kierowcami karetek pogotowia, Gosia z pielęgniarkami, a ta czwarta z nikim, gdyż nie była specjalnie lubiana. W sumie atmosfera w tej pracy (przecież dość nerwowej) była bardzo dobra, wspieraliśmy się nawzajem. Praca w pogotowiu była też lepiej płatna niż w innych działach służby zdrowia, dzięki dyżurom, ale i tak klepaliśmy biedę.

Kika w Pogotowiu

Dzięki właścicielowi sklepiku, który mieścił się naprzeciwko naszego domu, na rogu ulic Urzędniczej i Juliusza Lea (przemianowanej w latach 50-tych na Feliksa Dzierżyńskiego) ratowaliśmy się zakupami na kredyt (inaczej mówiąc „na krechę”). W sklepiku można było kupić podstawowe rzeczy do jedzenia (poza mięsem), więc dało się przeżyć. Pan Rzewuski wręczał oddarty świstek papieru pakowego, z zapisanymi zakupami wraz z kwotą i gdy miało się pieniądze przychodziło się z tymi karteczkami, aby oddać dług. Dziwiłam się temu, że daje zapiski kupującemu, zamiast zostawić, jako dowód dla siebie, ale on coś mruczał pod nosem i nie zmieniał zwyczaju. Czyżby ufał ludziom? Czasy temu nie sprzyjały. Trzeba przyznać jednak, że często korzystaliśmy z tej formy kredytu.

Po pewnym czasie zostałam przeniesiona do Nowej Huty, gdzie kilkanaście lat pracowałam w różnych przychodniach kombinatu. Znów pamiętam dobrą i solidarną współpracę z lekarzami i koleżankami po fachu, ale też przeciążenie i zmęczenie trudną pracą za bardzo kiepskie wynagrodzenie. I ta Huta, do której jechało się autobusem lub tramwajem w wielkiej ciasnocie, a na miejscu brodziło w błocie żeby dotrzeć do pracy! Musiałam znaleźć jakąś odskocznię od tego i stała się nią Piwnica pod Baranami oraz huczne przyjęcia i liczne skandale na Urzędniczej (patrz niżej).

Urzędnicza przyjęcie

rysunek Kazia Wiśniaka

Już wcześniej w moim mieszkaniu na Urzędniczej spotykali się odnalezieni po wojnie oraz nowo poznani przyjaciele. Ku przerażeniu pp. Rościszewskich odwiedzali mnie koledzy – kierowcy z pogotowia, aby wychylić niejedną flaszkę. Co gorsza zaczęli bywać artyści – jeszcze wówczas niezbyt znani, którzy też za kołnierz nie wylewali. Towarzystwo się mieszało – jak to w Krakowie, a ja się czułam coraz bardziej krakowianką, której mityczne miasto nie da zginąć. Do czasu..

Urzędnicza Lista lokatorów

BABICA: Flecista z Hameln i świecący chleb

W naszym domu w Babicy od zawsze był poważny problem ze szczurami. Panoszyły się szczególnie dokuczliwie na folwarku, tj. w stajniach, chlewniach i oborach, ale niemało ich było także w naszym dworze i na podwórzu. Ich traktem były rury kanalizacyjne, którymi wędrowały od Wisłoka. Koty i psy przepłaszały je oczywiście ochoczo, ale nie na tyle, aby problem nie istniał. Różne próby walki z nimi dawały nader mizerne rezultaty. Były wprawdzie w handlu dostępne rozmaite preparaty i trucizny na szczury, ale zwykle ich stosowanie kończyło się podobnie: pojedyncze gryzonie dawały się skusić na proponowaną przynętę, po czym znikały gdzieś w zakamarkach, a następnie przez dłuższy czas wydobywał się stamtąd nieznośny fetor. Szczury uchodzą za inteligentne, sprytne zwierzęta, które żyją stadnie, przekazują sobie informacje po to by ostrzec się nawzajem przed wielkim niebezpieczeństwem.

W tamtych czasach często odwiedzali nasz dom rozmaici domokrążcy, drobni handlarze, ludzie poszukujący pracy, naciągacze, żebracy. Pewnego razu pojawił się mężczyzna, który przedstawił się, jako były pracownik cyrku, który obecnie poszukuje zatrudnienia. Ojciec nakarmił go, ale grzecznie odmówił, gdyż nie miał pracy dla niego. Człowiek ten pożegnał się, a tuż przed odejściem zapytał jeszcze tylko: „A może macie problem ze szczurami?”. Ojciec nastawił uszu, po czym z wyraźnym zwątpieniem odpowiedział, że mamy wprawdzie, ale on już wie z doświadczenia, że nie ma na nie rady i nie sądzi, żeby „Pan akurat miał skuteczny sposób na nie”. Mężczyzna pokazał mu słoik z jakąś maścią i powiedział, że on zna sposób na szczury i tym słoikiem je załatwi. Ojciec dał mu pięć złotych. Za taką sumę można było przed wojną na przykład zjeść dobry obiad w dobrej restauracji. Kiedy Ojciec opowiedział to domownikom, spotkały go kpiny i docinki, że znowu dał się nabrać i nazbyt jest rozrzutny.

Tymczasem mężczyzna dowiedział się od służby, gdzie szczurów jest najwięcej. Zażądał dużo chleba. Porozkładał go w tych właśnie miejscach. Nie pozwolił się podglądać, ale widziano, że chleb ten czymś nasączał. Poprosił ponadto, aby w tych miejscach postawić pojemniki z wodą. I poszedł sobie nie czekając na efekty.

Po zmierzchu służba z niepokojem i obawami donosiła, że ten chleb świeci! Było takie niebieskozielone światełko, jak np. mokre próchno, albo fosfor. Jednocześnie pojawiły się szczury, które jadły przynętę, potem piły wodę i wkrótce potem padały. Do północy pojawiło sie ich około setki. Nazajutrz rano było ich już kilkaset! Wychodziły z najgłębszych nor i padały na podwórkach. Nigdy nie przypuszczaliśmy, że jest ich aż tyle! Były wśród nich młode, dorosłe i stare. Największą sensację wzbudzały takie dziwne, najstarsze, posiwiałe, aż białe. Nikt nigdy nie widział czegoś podobnego. Wszyscy byliśmy bardzo poruszeni tym wydarzeniem.

flecista z HamelnFlecista z Hameln – który w bajce braci Grimm wyprowadził szczury z miasta

Od tej pory przez dwa lata problem szczurów w Babicy zniknął. Wiele osób, sąsiadów, członków dalszej rodziny i znajomych dopytywało się o adres owego „cyrkowca”, albo jakąkolwiek możliwość kontaktu z nim, sam Ojciec też chętnie by go spotkał ponownie. Ale nie było takiej możliwości. Ze szczurami walczyło się więc, po staremu, czyli z mizernym skutkiem. Wędrowiec ten nie pojawił się już nigdy. A szkoda! Dzisiaj najpewniej można by go znaleźć przez internet.

Mój Kraków – Niech żyje bal!

Wpis ten dedykuję pani Agnieszce z życzeniami przetańczenia życia!

Gdy byłam w Krakowie w gimnazjum, rodzice moich koleżanek i kolegów czuli się w obowiązku organizować lekcje tańca dla młodzieży. Odbywały się w one domach, w których były na to warunki, zazwyczaj w czwartek lub piątek, gdyż soboty były zarezerwowane na ewentualne bale i wizyty. Pamiętam znany z tego, dom na Szewskiej, chyba państwa Jaroszyńskich. Specjalnie wynajmowało się tapera do gry na pianinie oraz Maitre de danse, który uczył tańca. Tańczyliśmy z różnym powodzeniem i zapałem mazura, tango, ale też foxtrota. Rodzicom zależało nie tylko na naszych umiejętnościach w tańcu, ale przede wszystkim na tzw. obyciu, dobrych manierach, które szlifowaliśmy przy tej okazji. Były to ważne umiejętności odpowiedniego zachowania się w towarzystwie.

Wśród koleżanek i kolegów z parkietu pamiętam siostry Gablentzówny z rodziny właścicieli fabryki musztardy i napojów gazowanych. Obie były bardzo wysokimi, szczupłymi blondynkami (w typie urody na dzisiejsze czasy). Był uroczy Janek Oszacki, potem lekarz i rektor Akademii Medycznej, wielki przyjaciel mojej rodziny, byli koledzy: Dąbrowski z Michałowic (tych pod Krakowem) i Michałowski z Dąbrówki. Obie z siostrą lubiłyśmy to towarzystwo i zwykle po tańcach szliśmy wszyscy na spacer na Błonia. Maja podbijała serca kolejnych adoratorów, a ja nawiązywałam przyjaźnie, które potem przez lata przetrwały. Naukę tańca, a następnie wszelkie okazje, żeby potańczyć bardzo lubiłam. Nie wiem, kto to powiedział, że jak dziewczyna nie lubi tańca i szampana, nie warto się z nią wiązać, ale coś w tym jest!

teatr SłowackiegoTeatr Słowackiego w Krakowie

Rodzice nam opowiadali o balach w Krakowie i we Lwowie, gdzie jeździli, gdy byliśmy mali. W Krakowie bale odbywały się na Wawelu albo w teatrze Słowackiego. Znany był bal Akademii Sztuk Pięknych. Rej zawsze wodził Teofil Trzciński, reżyser i dyrektor teatru Słowackiego. Wawel był dopiero „odbudowywany” po okresie (o zgrozo!) wykorzystania jego szacownych pomieszczeń przez wojska austriackie za zwyczajne koszary. Wprawdzie wawelskie marmurowe schody pokryto szczelnie deskami dla ochrony przed wojskiem, które trzeba było teraz usunąć, ale oczywiście dewastacji i tak było niemało. Prace renowacyjne prowadził na Wawelu Ludwik Wojtyczko, znany architekt, który zaprojektował m.in. kamienicę dla profesorów UJ na Alejach Słowackiego (zwaną „trumną”).

BalMój ojciec Joachim Jarochowski na balu we Lwowie

Wracając do balów, na których bywali rodzice, do których nas przygotowywano, oczywiście szczególnie huczne i wspaniałe bywały one w karnawale i właśnie na nie, bardzo chętnie jeździła matka. Wodzirejem był zawsze Gucio Potworowski, pierwszy chłopak we Lwowie, który studiował prawo i został dyplomatą. Wojna zastała go w Szwecji skąd udało mu się wyciągnąć z niewoli parę osób. We Lwowie bale miały one inny charakter niż w Krakowie, były organizowane z większym rozmachem. Odbywały się w pałacach, których we Lwowie nie brakowało, a uczestnikami byli przedstawiciele ziemiaństwa kresowego i arystokracji. Dla dorosłych były okazją do zaprezentowania się, panie obnosiły swoje zdobne suknie, wspaniałą biżuterię rodową, panowie szukali okazji by porozmawiać o interesach. Dla młodzieży były bale okazją do ćwiczenia dobrych manier. Uważam, że takich okazji nigdy dość, nie wiem czy dlatego maniery te upadły, że mało bywamy na balach, czy z innych powodów, ale dzisiaj okropnie mnie razi ich brak, na przykład przy stole

Oczywiście zdarzały się na balach także bezprzykładne sytuacje i skandale jak na przykład ten, gdy nakryto pewną pannę (miała być ona główną atrakcją sezonu) zamkniętą w pokoju śniadaniowym w hotelu George, gdzie odbywał się bal, z niejakim Adameczkiem K. z bardzo dobrej rodziny, w niedwuznacznej sytuacji. Sezon dla panny się skończył, musiała wyjechać, była spalona od tego czasu w towarzystwie. Kobiety jak widać ponosiły dotkliwe konsekwencje swoich „błędów”. Według mnie sam Adameczek już był błędem – nikt go nie lubił, był zanadto bufoniasty. Ale w „towarzystwie” pozostał.

hotel George

Hotel George we Lwowie

Pamiętam bale u George’a, gdzie przyjeżdżało się z kuframi pełnymi sukien i przebierało w stosownych pokojach, dopinało sztuczne kwiaty, potem z wielkim szykiem paradowało po korytarzach, a następnie wstępowało do rozświetlonej wspaniale sali balowej. Nie pamiętam pierwszego balu, natomiast doskonale pamiętam bardzo silne emocje strachu, napięcia, chyba po prostu tremy przed tym czy się wszystko uda. Głównie chodziło o to czy mnie ktoś poprosi do tańca. Uważam, że dużo lepiej ma dzisiejsza młodzież, gdzie nikt nikogo nie musi prosić i wszyscy tańczą razem. Tyle, że to zupełnie inne tańce!

Bal 2

W dzisiejszym Krakowie zapewne odbywają się bale, w których z wiadomych względów nie uczestniczę. Natomiast wszelkie towarzyskie spotkania bardzo mnie wciągają, gdyż są okazją do rozmowy i nawiązywania, a potem rozwijania przyjacielskich związków. Sztuka rozmowy jest niemniej ważna w życiu jak sztuka tańca. Namawiam Was do rozwijania obu tych sztuk. Życie bez nich nie ma sensu.

Mój Kraków – początki na Piasku

Nadeszły kolejne zmiany w rodzinie: synowa zredukowała nieco swoje zatrudnienie (co nie znaczy, że w dużym stopniu, gdyż resztą miejsc pracy w których jest, można by obdzielić kilka osób!). Wyłoniła się możliwość, o której z mężem dawno marzyli – „wypadów w Kraków” (jak mówi młodzież) z oglądaniem różnych jego zakątków. I tak we dwoje – raz w tygodniu oprowadzają się nawzajem po ciekawych miejscach, w których, na co dzień nie bywają. Potem idą na „małe co nie co”, na czym korzystam, gdyż przynoszą mi smakołyki. Czekam, że kiedyś pokażą zdjęcia stamtąd. Okazuje się, że w wielu miejscach, któreś z nich nie było jeszcze nigdy! Nie zawsze są to zabytki, zawsze jakieś cuda zgrabnie dobrane i inteligentnie zaprezentowane.

Kraków w zimie

Zaczęłam myśleć o „moim” Krakowie, w którym się urodziłam, w którym bywałam w dzieciństwie u rodziny – ciotki Haliny Klugerowej przy ul. Sobieskiego (wówczas dzielnica Piasek), w którym jako nastolatka chodziłam do szkoły, a w młodości mieszkałam z mężem i dziećmi. Na starość wróciłam, by w nim dokonać żywota. Gdy słucham relacji Maćka i jego żony, a szczególnie oglądając zdjęcia, które robią, widzę, że niewiele się w nim zmieniło. I mam nadzieję, że tak pozostanie! Oczywiście już kolej żelazna nie chodzi alejami Trzech Wieszczy i trochę domów przybyło, ale najważniejsze centra są te same, a w nim ci sami ludzie – potomkowie rodzin odwiecznie tu mieszkających. Młodzi zawsze bardzo się śmieją, gdy ja dopytuję nowo poznane osoby o nazwiska i koligacje. A potem się dziwią, że znajduję zawsze jakieś z nimi powiązania towarzyskie, a nierzadko pokrewieństwo rodzinne! To przecież jest Kraków – stąd się nie wyjeżdża i dlatego te rody się mieszają między sobą i przybyszami.

Urodziłam się w Krakowie na oddziale położniczym – dumie profesora Aleksandra Roznera, uważanego za twórcę polskiej ginekologii, w szpitalu na Garncarskiej (Piasek rzecz jasna!). Jechałam tamtędy niedawno – budynek stoi na swoim miejscu, chociaż teraz się w nim raczej umiera niż rodzi (onkologia). Profesor Rozner w latach trzydziestych dostał 100 mg radu w darze od Marii Skłodowskiej-Curie i jako pierwszy w Polsce zastosował rad w leczeniu nowotworów. Nie dziwię się teraz, że moja Matka tak bardzo go ceniła!

Byłam chrzczona w kościele oo. Karmelitów na Piasku, gdzie w kaplicy jest renesansowy obraz Matki Bożej Piaskowej, o wyraźnych rysach semickich. Swoimi wielkimi, czarnymi i przenikliwymi oczami wodzi za człowiekiem gdziekolwiek by się nie stanęło. Trzyma ona na rękach spore już i czegoś smutne dziecię. Kościół, którego historia jest bardzo burzliwa, posiada bardzo obszerną zakrystię i ciekawe wnętrze. Za moich czasów kościół ten był bardzo uczęszczany. Jest w nim ślad sławnej stopki fundatorki klasztoru – Królowej Jadwigi.

Kraków TWAkoleżanki z gimnazjum

Moje gimnazjum, do którego po latach przyjechałam do Krakowa, również imienia Królowej Jadwigi, mieściło się nad Hawełką przy Rynku Głównym. Charakteryzował je wysoki poziom, chodziło do niego wiele Żydówek. Nauczali w nim profesorowie z najwyższej półki, na przykład języka polskiego pani Bronisława Ostrowska, znana wówczas poetka, był też wybitny historyk. Mnie niestety wyrzucili za chodzenie po lekcjach z chłopcami. A kiedy miałam z nimi chodzić skoro w szkole nie było wówczas koedukacji?! Mieszkałyśmy z siostrą Mają na stancji u panien Romiszowskich przy ul. Smoleńsk w tzw. kamienicy egipskiej, a później przy ul. Studenckiej u pp. Siessów, którzy mieli syna Fryderyka.

Maja i Frycek Siess

Pamiętam Kraków z tego czasu, jako miasto z polotem. Otaczali mnie sami znajomi, gdyż w Krakowie wszyscy się znają. Jak powiedział Otwinowski „Kraków jest pod względem towarzyskim bardzo dobrze zaprojektowany”. Wszyscy się spotykali na balach, rautach, koncertach i wystawach. I w kościele naturalnie. W towarzystwie mieszali się starzy i młodzi oraz ludzie ze wszystkich sfer. Pamiętam, jak rodzice nazywali pewne trzy panny z Akademii Sztuk Pięknych: „Hopsztyndry”. Wnosiły one w towarzystwo radość i beztroskę. Jedną z nich była Hanka Cybisowa-Rudzka, o której Wam wcześniej pisałam. Czułam się w owych czasach w Krakowie bardzo dobrze – i tak już zostało!

Czas honoru

Oglądam ciąg dalszy serialu o tym tytule o bardzo trudnych czasach, to znaczy tych, które nadeszły po wojnie i myślę o różnych wydarzeniach, które nas zaskakiwały. Skutki wojny były czasem bardzo przykre i niekiedy odzywały się po wielu latach.

Było to w latach 60-tych, gdy w naszym mieszkaniu przy Urzędniczej w Krakowie, zjawił się komendant milicji z Wrocławia, kulturalny jak na milicjanta. W mieszkaniu był mój syn Maciek, którego, mimo, iż był dzieckiem nie polecił wypraszać, przeciwnie uznał, że może warto, by się z historii coś dowiedział. Zapytał mnie, czy kiedy po wojnie mieszkaliśmy z moim ojcem w Żelaźnie pod Kłodzkiem, miał tam miejsce incydent z komisarzem ziemskim.

Zeslazno na ziemi kłodzkiejPałac w Żelaźnie koło Kłodzka, gdzie mieszkaliśmy po wojnie

Przypomniałam sobie, że gdy kiedyś ojciec wrócił z Bystrzycy Kłodzkiej, gdzie pracował, opowiedział mi, że przybył tam nowy komisarz, który dziwnie się z zachowuje, a mianowicie straszy rewolwerem pozostałą tam ludność niemiecką, pobił jakąś kobietę tak, że poroniła. W dodatku powiedział ojcu, że mnie zna, gdyż ja mu pomogłam uciec z obozu w czasie wojny.

Kika z Maćkiem i Pawłem w Żelaźnie 1948

Wtedy przypomniałam sobie, że za okupacji w Babicy, musiało to być w listopadzie, gdyż było ciemno i zimno, przyszedł służący z wiadomością, że ktoś czeka na mnie w sieni. Była słabo oświetlona, a człowiek, który w niej stał był brudny i wychudzony, ale poznałam w nim chłopaka z majątku Gumińskich w Zalesiu, który pracował tam w dziale ogrodniczym. Potem chodziły pogłoski, że jeden z dwóch pracujących tam mężczyzn dostał pieniądze na nasiona, aby kupić je w Warszawie i przepadł bez wieści. I to był chyba ten facet, który mi oświadczył, że właśnie uciekł z obozu koncentracyjnego w Jaśle i prosi o pomoc. Nie karmiono ich tam wcale, żeby pomarli z głodu. Dałam mu płaszcz, gdyż na swoim miał numer obozu, a także paczkę z jedzeniem i 100 zł (co nie było dużą sumą). Podziękował i pognał do pociągu do Rzeszowa. Czasy były takie, że każda pomoc uciekinierowi była surowo karana, nasłuchiwaliśmy, czy od strony stacji, nie ma odgłosów pościgu. Ale nic się nie działo, a po nocnym gościu słuch zaginął.

Teraz wracam do oficera milicji, który nieoczekiwanie mnie odwiedził po latach i po szczegółowym odpytaniu o okoliczności tamtej nocnej wizyty, między innymi, co dokładnie było na płaszczu napisane, jak on wyglądał etc. Opowiedział, że ten człowiek jest obserwowany czyli  toczy się śledztwo w jego sprawie. Istnieją bowiem dowody i są świadkowie, że mieszkał on w Warszawie, gdzie miał przyjaciółkę folksdeutschkę, wiele osób wówczas wsypał. Po wojnie opowiadał  wszystkim, że ja jestem świadkiem, że on uciekł z obozu w Jaśle. Śledczy przyjechał, aby to wyjaśnić. Gdy to potwierdziłam, ale też nic więcej nie wiedziałam, powiedział mi, że niewiele wniosłam do sprawy, w sumie raczej jej zaszkodziłam niż pomogłam. Chyba liczył na to, że przyłapie tamtego na kłamstwie.

Teraz, gdy oglądam serial o losach mojego pokolenia po wojnie, myślę jak ciężkie to były czasy, mimo, że okupacja się skończyła. Jak wiele było niewiadomych, jak wiele spraw nierozliczonych. Cieszyliśmy się, że wojna się skończyła, ale dla wielu z nas ona nadal się toczyła..  Dobrym ludzkim odruchem było niesienie pomocy, ale nie zawsze się wiedziało, komu jej udzielasz. Mimo tego sądzę, że gdyby sytuacja się powtórzyła, to postąpiłabym tak samo jak wtedy. Zawsze trzeba człowiekowi dać szansę.

Babica: Polowania

Rodzina wróciła z wypadu w Bieszczady, skąd przywiozła 3-miesięczną suczkę gończaka polskiego z hodowli Melodyjny Gon, pewnego miłego leśniczego, który z tymi psami poluje. Nasza pieska (zwana przez syna Pandą, a przez synową Guapą – co z hiszpańskiego znaczy śliczna) poluje na kapcie i porzucone skarpety, czasami poszczekuje na koty, ale wróciła do domu radość życia, która opadła wraz z odejściem poprzedniej gończej, Gai. Na zdjęciu poniżej szczenię to wygląda na starsze niż jest.IMG_8652

Opowieści mojego syna o psach z tej hodowli, pięknej matce naszego szczeniaka, smukłej Smudze, jej ciotkach i babce, o ich wyczynach na polowaniu, a także o tamtejszych górach i wspaniałych lasach, przypomniały mi uroki polowania z lat młodości. Szczególnie, że sfora, z której pochodzi nasza wesoła pieska, mieszka dokładnie w tym rejonie, o którym będzie ta historia.

IMG_8653Sfora z Rabego

Jan Wiktor z Zarszyna, cioteczny brat mojej matki, miał w Bieszczadach, w okolicach Ustrzyk Dolnych, swój majątek Bystre. Był tam dwór, dwa duże stawy rybne i wielkie lasy słynące z dużej liczby wspaniałych jeleni. Sam nie interesował się myślistwem, więc jego teść, pan Puzyna, zapalony myśliwy, miał tam właściwie wyłączność na organizowanie polowań. Zapraszał na nie tylko znaczniejszych znajomych, aż wreszcie kiedyś zaprosił i mojego Ojca. Było to w 1925 r., w połowie września, w okresie rykowiska.

Akurat strasznie lało od dłuższego czasu, więc raczej rykowiska nie było, ale Ojciec zdecydował się pojechać. W okolicach Komańczy przesiadał się na Bieszczadzką Kolejkę Wąskotorową. Nieoczekiwanie spotkał tam pana Puzynę, który wracał z Bystrego do Zarszyna. Był zniechęcony. Mówił, że od dwóch tygodni penetruje las, ale nie spotkał nawet jednego jelenia, więc wraca z niczym. Serdecznie odradzał Ojcu tę wyprawę i radził udać się w drogę powrotną razem z nim. Ojciec jednak, zdecydował jechać do Bystrego.

Łowiectwo z lunetąPolowanie z lunetą

Późnym popołudniem trochę się wypogodziło i Ojciec wybrał się na rekonesans do pobliskiego lasku. Podczas spaceru, w pewnej chwili usłyszał w gęstwinie zamieszanie, trzask gałęzi i porykiwanie. Jakiś byk się tłukł. Ojciec spojrzał przez lornetkę i poprzez zarośla zobaczył dorodne poroże dużego jelenia dwunastaka. Obserwował jak ocierał on grubymi rogami o gałęzie i pnie drzew. Wycelował poniżej rogów i strzelił. Byk wyskoczył w górę i wbiegł z impetem na polanę, dość blisko ojca. Więc Ojciec strzelił drugi raz i byk padł. Ojciec podszedł i zobaczył, że rogi są wprawdzie dwunastakowe, ale cienkie, inne niż widział przez lornetkę. Podszedł więc do miejsca, w którym stał uprzednio obserwowany byk i zastał go leżącego! Dublet! Wrócił do dworu w Bystrem.

Łowiectwo ojciec z trofeamiOjciec z trofeami z polowań

Nazajutrz, przed wyjazdem powrotnym do Zarszyna, wybrał się na małą wycieczkę pieszą na okoliczne wzgórze. W pewnej chwili, oglądając okolicę przez lornetkę, dostrzegł na innym wzgórzu, dzielonym od niego głębokim jarem, dużego jelenia wraz ze stadkiem łani. Było to daleko i nastawienie lunety na najwyższą wartość, tj. na 300 m, niewiele dawało. Ojciec jednak złożył się i strzelił, nie do końca pewien, czy trafił. Ponad godzinę zajęło mu dotarcie do tego wzgórza. Ku swojemu zaskoczeniu zobaczył tam leżącego czternastaka! Trzy dorodne byki w niecałą dobę!

Łowiectwo jeleń z BystregoPoroże jelenia z Bystrego

Po powrocie wysłał depeszę do Wiktora: ”Wczoraj dublet 12-taków, dzisiaj 14-tak. Wyślij po mnie konie”. Ten nie mogąc uwierzyć w aż tak udane polowanie Ojca, zrozumiał, że położył on dwa byki i wróci na godzinę 14-tą. I na tę porę wysłał konie. Ojciec nigdy więcej nie został zaproszony na polowanie do Bystrego.