Miesięczne archiwum: Październik 2013

„W zdrowym ciele …” – Tenis

Drugą po koniach pasją sportową rodziny Jarochowskich był tenis ziemny. Świetnie grała zwłaszcza moja matka, Mucha, która mimo ogromnej tuszy potrafiła niezmordowanie biegać po naszym korcie. Tak, proszę szanownych czytelników – mieliśmy własny kort tenisowy.

Mucha dostała go w prezencie od męża, czyli naszego Ojca, Chimka. Zbudował go w wielkim sekrecie, gdy matka wyjechała „do wód”. Co roku, w maju, jeździła na cały miesiąc do Truskawca (takiej ówczesnej Krynicy), spotykać się ze znajomymi, a niekiedy także z rodziną. I razu pewnego, niczego się nie spodziewając, po powrocie zastała pod domem kort tenisowy. Ojciec wszystko wcześniej zaplanował; przede wszystkim kupił w tajemnicy książkę ówczesnej gwiazdy tenisa Rene Lacoste’a, gdzie krok po kroku było opisane jak od zera zbudować kort. Pamiętam, że trzeba było wykopać głęboki na półtora metra dół i układać w nim warstwowo odpowiednie materiały: a to pokruszoną cegłę, a to glinę, a to żużel, by wreszcie na wierzch położyć mączkę ceglaną. Wyszedł z tego naprawdę profesjonalny kort, a dodatkowo ojciec zadbał, aby po krótszych bokach były szerokie wybiegi do serwowania. Naszą trójkę dzieci ojciec wtajemniczył w przedsięwzięcie, więc musieliśmy obiecać, że słowem nie piśniemy o niespodziance w listach do matki.

Sport tenis Matki

Mucha niczego się nie spodziewała, więc ucieszyła się ogromnie. W Babicy prawie zawsze mieliśmy gości, więc znaleźć partnera do gry nie było trudno. Ojciec też lubił grać i mimo, że w prawej ręce miał tylko dwa sprawne palce, radził sobie bardzo dobrze. Miał rakietę ze specjalnie wyprofilowaną rączką, co pozwalało mu trzymać ją odpowiednio mocno. Dzięki wysokiemu wzrostowi i dużemu zasięgowi ramion znakomicie grał przy siatce.

To był oczywiście zupełnie inny tenis niż teraz, np. podkręcanie piłki uważane było za bardzo nieeleganckie. Kiedy ktoś zagrał piłkę z rotacją wsteczną (tzw. slajs), zaraz przepraszał. Kobiety w ogóle nie smeczowały, bo nie wypadało…

Lubiliśmy też oglądać gwiazdy tenisa na żywo. To były czasy sukcesów Jadwigi Jędrzejowskiej, więc w Polsce tenis zyskiwał coraz większą popularność. Coś tak, jak dziś za sprawą sióstr Radwańskich. Kiedy więc tylko dowiedzieliśmy się, że do Krakowa przyjeżdża profesjonalny „Cyrk Tildena”, zaraz kupiliśmy bilety, by obejrzeć najlepszych tenisistów świata. Do dziś pamiętam skład Cyrku: oczywiście sam Wiliam Tilden, jeden z najlepszych graczy w historii; dwaj Niemcy Najuch i Rosslein, oraz Czech Karel Kozeluch. Niestety Tilden miał  wtedy kłopoty zdrowotne i przepraszał publiczność, że nie jest w stanie grać na najwyższym poziomie. Wracając do Jadzi Jędrzejowskiej byłam jej fanką – jakby się dziś powiedziało!

jadwiga

My, dzieci Muchy i Chimka, oczywiście nauczyliśmy się grać całkiem nieźle w tenisa, choć na przeszkodzie naszej nauce stały dwa czynniki: pogoda i nasza własna matka. Okolice Rzeszowa mają dość niestety deszczowy mikroklimat, więc dni w roku nadających się do grania było stosunkowo niewiele. A jeśli tylko była odpowiednia pogoda, matkę ciężko było zgonić z kortu.

Dziś zostało mi już tylko oglądanie tenisa w telewizji, ale podczas turniejów wielkoszlemowych „nie ma mnie dla nikogo”. Siedzę (ostatnio nawet częściej leżę) i patrzę. Czasem się tylko przenoszę myślami do Babicy, na nasz kort wśród zieleni. Specjalnie nie zbudowaliśmy wokół boiska ogrodzenia, bo taka stalowa klatka bardzo popsułaby widok na park i Wisłok.

Na koniec moja rada dla mężów: jeśli nie macie pomysłu na prezent dla żony – zbudujcie jej kort. Radość gwarantowana!

Sto lat, Sto lat!

Dziś są moje imieniny, których obchody trwały 3 dni i przyniosły masę wrażeń, spotkań i okazji do wspomnień. Rzecz jasna wspomnień z poprzednich i jeszcze dawniejszych podobnych wydarzeń. Nie będę sięgać tym razem do czasów przedwojennych, opowiem o ważnych dla mnie przyjęciach, które miały miejsce po wojnie i trwają do dziś..

 IMG_8928od lewej: Wanda, Jurek Vetulani, ja, Jan Strzałka, Ewa Frysztacka, Maciej Szaszkiewicz,    fot.Franciszek Vetulani

Jednym z bliskich memu sercu gości był Jurek Vetulani, który przyszedł wczoraj ze swoim wnukiem, Frankiem. Pomyślałam wtedy, że poznałam Jurka wiele lat temu, gdy miał niewiele więcej lat niż obecnie jego ukochany wnuk. I był równie miły, a przy tym niezwykle przystojny! Właśnie w mieszkaniu Jurka odbywały się i przetrwały do dziś, bardzo udane urodziny, obfitujące w hecne wydarzenia. Gdy poznałam Jurka, obracał się on w towarzystwie młodzieży, w którym wiodła prym Joanna Olczakówna. Założyli oni rodzaj klubu filmowego i oglądali filmy, w owych czasach niedostępne dla zwykłego śmiertelnika, takie jak „Maroko” z Marleną Dietrich i Gary Cooperem czy biograficzny film o Picassie. Trafiłam do nich przez Ryśka Zawidowskiego, syna przyjaciółki naszej rodziny. Niebawem przerodziło się to w tak zwany DKF, czyli Dyskusyjny Klub Filmowy, w którym Jurek miał kapitalne prelekcje o filmie, przed jego pokazem. Wspominają to również Maćkowie.

IMG_7570Leszek i Basia Długoszowie, ja  i Jurek Vetulani – kilka lat temu po imieninach

Ale miało być o urodzinach. U Vetulanich bywało zawsze masę osób (około setki), głównie młodych. Ja byłam starsza od nich, dotrzymywałam więc towarzystwa uroczej mamie Jurka. Do jedzenia podawano w owych czasach bigos i to, co udało się zdobyć. A rodzina Vetulanich nie należała do ulubieńców reżimu komunistycznego, więc jak mi się wydaje, początkowo, mimo wysokiej pozycji społecznej – cienko przędła. Nie pamiętam dokładnie, co podawano gościom, z czasem ustalił się rytuał sałatki jarzynowej z majonezem, do tego szynka i nawet ciepłe danie mięsne. I naturalnie wspaniałe torty, które wniosła w ten dom żona Jurka, Marysia. Ale doprawdy nie jedzenie było tam najważniejsze. A nawet nie picie, chociaż z czasem zwykłe alkohole przynoszone przez gości, które solenizant mieszał bez względu na ich gatunek, we wspólnym gąsiorze (dla podniesienia ich mocy) wraz z sokiem z czarnej porzeczki (jako antidotum na kaca), zastąpiły z czasem dobre whisky koniaki i markowe wina. Najważniejsze były ciekawe rozmowy i rzecz jasna, unikalny styl przyjmowania gości, w taki sposób, aby czuli, że to oni są najważniejsi dla jubilata. Vetulaniowie są w tym niezmordowani, pełni humoru, serdecznej troskliwości o każdego. Przyjęcia są wielopokoleniowe – od dziadków do wnuków, od profesorów do asystentów, a nawet studentów, którzy robią za kelnerów. Wszyscy się świetnie bawią i nikomu nie śni się wychodzić przed północą, raczej nad ranem. O ile pamiętam w jednym z pokojów wielkiego mieszkania odbywają się tańce. Niech tak trwa, niech muzyka gra!

IMG_8923Jaś Strzałka, Romek i Ania Łodzińscy, Teresa Jaśkiewicz-Obydzińska, Kika,  Krzysztof Szwajca
Marta Kościelniak, Mirek Sulma, plecy Jacka Nalepy – na moich  imieninach w 2013 roku

Inny krakowski dom, który bardzo dobrze wspominam, z pewną nawet wdzięcznością, to dom mojej ukochanej przyjaciółki Kasi Ziembickiej-Komornickiej, usytuowany w okolicy hotelu Cracovia. Kasia urządzała przyjęcia na swoje imieniny zapraszając zawsze mnie oraz towarzystwo z krakowskich salonów, które wówczas z różnych powodów mnie bojkotowało. Bywali tam m.in. Stefan Świeżawski z żoną Marią ze Stadnickich, Alina z domu Chwistek, Dawidowiczowa z mężem i inni. Pamiętam Wojciecha Żukrowskiego, który ciekawie opowiadał o swoich przygodach z pobytu w Chinach i Wietnamie, gdzie pracował jako korespondent wojenny. Na tych przyjęciach, jedzenie było zapewne wyborne, gdyż zarządzała nim mama Kasi, ale kompletnie go nie pamiętam. Rozmawiało się i grało w bridge’a, a rej wodził mąż Kasi. Gdy któregoś razu go nie było, Kasia zyskała humor i bawiła się świetnie. Pamiętam, że życzyłam jej wtedy by sytuacja się powtórzyła… W dobrym tonie były drogie prezenty i kwiaty. Ja dawałam zawsze cienkie stylonowe pończochy (rzadki był to rarytas w owych czasach), które dostawałam od przyjaciół zza granicy. Możliwe, że ten rodzaj przyjęcia był najbardziej zbliżony do przedwojennych tego rodzaju spotkań u nas w Babicy.

W tamtych czasach urodziny i imieniny zawsze obchodziło się w domu (nie w lokalu), albo w pracy. W tym drugim przypadku w przerwie śniadaniowej częstowało się kanapkami, ciastkami lub cukierkami – przyniesionymi z domu po uczcie. Wiem, że niektórzy pili wtedy w pracy alkohol z okazji np. urodzin szefa, ale to nie w mojej firmie, jaką była służba zdrowia.

Kika z prof WaltosiemZ prof. Jackiem Waltosiem w Chimerze na urodzinach w 2010 roku

Ze wzruszeniem wspominam imieniny, które urządzili mi przyjaciele z Piwnicy pod Baranami. Przysłali nieletniego Witka Herziga, żeby mnie zaciągnął do Piwnicy. Był to dzień moich imienin, nie miałam im nawet za co postawić wina, więc się nie wybierałam. Ale uległam Witkowi, który błagał, że go Piotr do Piwnicy nigdy więcej nie wpuści jak mnie nie przyprowadzi. Był to pomysł Baśki Nawratowicz, która nakazała wszystkim przynieść dla mnie prezenty w postaci artykułów spożywczych pierwszej potrzeby (kasza, cukier, ryż, etc). Było tego towaru tyle, że trzema taksówkami wieźli to do domu. To są prawdziwie praktyczne prezenty i prawdziwi przyjaciele! Niech żyją imieniny!

W Norwegii obchodziliśmy z tamtejszą Polonią zarówno imieniny jak urodziny. Przychodzili wszyscy, chyba z racji tego, że byłam tam najstarsza. Robili mi często miłe niespodzianki, przynosili torty, ciasta. No i piło się polską wódkę przywożoną z Polski i chomikowaną na ten cel. Telefon z Polski się urywał i wszyscy mi życzyli długiego życia, co jak widać się spełnia.

Po powrocie do Polski moje urodziny są wydarzeniem, od czasu, gdy skończyłam 90 lat, znowu przez ten wiek! Ale też bywają bardzo udane – przybywają ci, którzy jeszcze żyją i bawią się świetnie. Czasem łączymy je z urodzinami wszystkich innych ryb zodiakalnych w rodzinie. Wtedy jest dużo atrakcji, gdyż syn i synowa mają bardzo wielu przyjaciół. Tradycyjnie przychodzą też przyjaciele ich dzieci. Takie wielopokoleniowe towarzystwo jest najciekawsze. Tak było w 2009 roku u Beaty Niżnik.

IMG_318592 urodziny Kiki oraz Maćków w domu Beaty Niżnik uświetnia Zygmunt Lizak w krakowskim stroju

Na moje imieniny, teraz w jesieni przychodzi nieco mniej osób, a niektórzy o nich wręcz zapominają, bo nie pamiętają, że od urodzenia jestem Irena! A może jednak ważniejsze są urodziny? Cóż imię można zmienić, a zegara nie cofniesz. A i tak zostałam zasypana wspaniałymi prezentami to znaczy książkami i czekoladkami, że nie wspomnę o pięknych kwiatach. Dziękuję wszystkim za dobre życzenia!

Mój Kraków : Hulaszcze życie w lokalach

Gdy moja młodsza wnuczka Kasia, dostała się na upragnioną architekturę wnętrz do Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie, zakrzyknęłam: „- No, teraz się zacznie hulaszcze życie i wałęsanie po lokalach!”. Ona popatrzyła na mnie z wyższością i odrzekła: „- Co też wymyślasz Kiko, ja mam to już dawno za sobą”. I rzeczywiście będąc już na studiach, siedziała głównie na uczelni, a w domu nad książką, albo tak zwaną pracą twórczą. Zdumiało mnie, że ma to już „za sobą”; bo niby kiedy? W liceum? Czy może jeszcze wcześniej?! Okazało się, że tak, że moja nad wyraz towarzyska wnuczka, wraz kolegami z klasy z V LO, po lekcjach odwiedzała różne lokale, zapewne poza wiedzą i zgodą rodziców i naturalnie szkoły. Wyznała mi bez oporów, że najczęściej siadywali w kawiarni Teatru Słowackiego. Dzięki temu, że się w tamtym czasie wyszumiała, uznała, że czas przyłożyć się do nauki, dodatkowo oświadczając zdumionej rodzinie, że włóczenie się po knajpach jest nudne.

Kasia z MuchąKasia Szaszkiewicz z ukochaną ciocią Muchą z Pomorza w kawiarni Camelot w Krakowie

Przypomniały mi się moje gimnazjalne czasy, gdy w Krakowie nie wolno nam było pójść nawet do kawiarni. Wstępowałyśmy z koleżankami do cukierni np. Maurizia na Rynku Głównym (niedługo po wojnie zamieniono ją na kawiarnię Antyczną), teraz jest to Redolfi. Można tam było kupić pomadki w pięknie zdobionych bombonierkach, owoce kandyzowane własnej produkcji i chyba likiery lub nalewki. Inną cukiernią, którą odwiedzałam była cukiernia Majewskiego i Danka, przy Karmelickiej 15, własność ojca naszej koleżanki. I to wszystko! Było to surowo przestrzegane, do tego stopnia, że tuż przed maturą we Lwowie nie poszłam na zorganizowane tańce do lokalu, gdyż nie wypadało panience z dobrego domu, nawet w towarzystwie własnego wuja! Potem wybuchła wojna i nie miałam już tak dobrej okazji. Dlatego w przeciwieństwie do mojej wnuczki, nie wyszalałam się we wczesnej młodości.

28

Może dlatego potem, przez całe życie lubiłam się bawić i nigdy nie uważam życia towarzyskiego za nudne. Co do lokali jednak, o których chciałam napisać żebyście poznali od tej strony Kraków tamtych czasów, nie jestem ich znawcą, gdyż nie bywałam w nich wiele. To były czasy komuny i nikomu do śmiechu, ani do zabawy nie było. Dodatkowo nie stać nas było na wydatki w restauracjach. Co najwyżej, raz w miesiącu, zaraz po wypłacie, zawsze szłam z synami do Kapusty na ul. Św. Anny na wielkie pierogi. To było nasze hulaszcze życie!

Ale, ale! Bywało się czasem w kawiarniach. I tak naszą ulubioną była maleńka kawiarenka Lili przy ul. Grodzkiej 1 w kamienicy „Pod Łabędziem”, gdzie spotykali się literaci i satyrycy tacy jak Otwinowscy, Kwiatkowscy i inni. Wchodziło się od podwórza, Naturalnie zachodziłam też do kawiarni Literackiej przy ul. Sławkowskiej, na przykład, gdy przyjeżdżał zaprzyjaźniony ze mną Tadeusz Przypkowski z Jędrzejowa, a także niekiedy do Warszawianek, nieistniejącej już kawiarni przy ul. Sławkowskiej lub do restauracji o tej samej nazwie, w pałacu Dunajewskiego. Nie bywałam wcale w Kolorowej, gdzie rezydowała Piwnica, a także w kultowym w tych czasach barze Rio przy ul. Św. Jana, gdzie była ponoć najlepsza w Krakowie kawa. W tamtych czasach wolałam mocniejsze trunki, a zawsze też byłam zwolenniczką dobrej herbaty. Nie zagnieździłam się w modnym SPATIF-ie przy pl. Szczepańskim, może stał się on mekką artystów już po moim wyjeździe do Norwegii. A może było mi tam nie po drodze?

Z moim stosunkowo rzadkim bywaniem w lokalach było też tak, że ja dużo pracowałam i to na zmiany, co wykluczało spędzanie wieczorów w kawiarniach. Często były one dość wcześnie zamykane. W miarę możliwości bywałam w Feniksie, lokalu nocnym na rogu ulicy św. Jana i Rynku. Można tam było spotkać bardzo mieszane towarzystwo, i w zależności od tego, robić różne rzeczy, jeść, pić, tańczyć i rozmawiać . Najlepiej nam wychodziło to ostatnie, gdyż jak pisze Leszek Mazan:    „Tak więc chytry jest Germanin, Francuz sprośny, Włoch namiętny.
A zaś każdy krakowianin: goły i inteligentny”.

Dlatego w Krakowie jest tak dużo lokali, żeby było gdzie się spotkać i inteligentnie porozmawiać!

Co do specjalnych okazji, dla których stworzone są lokale jak na przykład Sylwester czy karnawał, wspominam dobrze imprezy w „U Plastyków” przy ul. Łobzowskiej, gdzie właśnie chodziłam na Sylwestra, mimo braku stosownej toalety oraz mężczyzny u boku. Zawdzięczam to zaproszeniu Hanki Cybisowej. Bo musicie wiedzieć, że nawet po wojnie nie wypadało kobiecie samej wejść do lokalu, a jeszcze na zabawę! Ale u Plastyków czułam się dobrze wśród bliskich mi osób, jak Wacław Taranczewski czy właśnie Hanka. Działo się tam, oj działo, a obowiązkową atrakcją, co roku było to, że przez okno (i to zamknięte!) wylatywał któryś z braci Krakowskich. Działo się to oczywiście z czynną pomocą kolegów artystów. Gdy odwiedzałam Kraków mieszkając w Norwegii, mój wielki przyjaciel Staszek Dawidowicz, zapraszał mnie na obiad do dobrej restauracji w hotelu Francuskim lub Staropolskiej przy ulicy Siennej. Dla mojego syna z Krakowa była to wielka atrakcja: obiad w dobrej restauracji i bardzo dobrym towarzystwie. Czasem mi towarzyszył, a potem opowiadał „swoim”, co podano do jedzenia oraz o czym rozmawialiśmy. Z czasem pamiętaliśmy już tylko wątki rozmowy, gdyż nieodżałowany Staszek był człowiekiem niezwykłej erudycji.

Na starość, gdy już dostępne są dla mnie wszystkie knajpy w Krakowie, a jest ich cała masa, bardzo lubię posiedzieć w miłym towarzystwie na przykład w barze sałatkowym Chimera, gdzie pysznie karmią i miło obsługują, a od większego dzwonu iść do ich restauracji, gdzie niestety trudno mi zejść po schodkach. Z wielką chęcią chodziłam w bardzo dobrym towarzystwie do Kawalerii, gdzie czuję się jak w domu przyjaciół, a szpinakowe wariacje cenię nade wszystko, a nie tak dawno wpadłam do El Toro na hiszpańskie jedzenie. Korzystam też co roku w lipcu, z zaproszenia na imieniny miłego sąsiada Krzysztofa Frysztackiego, które odbywają się w różnych wspaniałych restauracjach, a to „Bombonierka”,  a ostatnio La Campana,  prawdziwa włoska restauracja w ogrodach na Kanoniczej.

IMG_6529W Chimerze z Marią Keler-Hamela – miłym gościem z Warszawy

W tym miejscu powinnam napisać o Piwnicy pod Baranami, która była nie tylko kabaretem, ale też nieformalnym ośrodkiem kultury nieoficjalnej, ale przede wszystkim miejscem spotkań dla mnie w owych czasach najważniejszym. Ale było to miejsce na tyle specjalne, że muszę mu poświęcić oddzielny wpis. Powiem tylko tyle, ze zarówno w lokalu, domu, czy kabarecie można się świetnie bawić wtedy, gdy zbierze się grupa osób zaciekawionych życiem i sobą nawzajem, a jeszcze dowcipnych i inteligentnych. Nie muszą wcale być z Krakowa co widać na zdjęciach powyżej!

„W zdrowym ciele…” – jazda konna

Sport był bardzo ważny w moim życiu. I też wiele mu zawdzięczam. Teraz, gdy do setki brakuje mi raptem niecałych czterech lat, mogę już tylko oglądać zawody w telewizorze, czyli jak ja to mówię „w ogłupiaczu”. Jako miłośniczka koni, najchętniej śledzę różne gonitwy i zawody hippiczne, byle tylko móc popatrzeć na te cudowne stworzenia!

Chętnie oglądam też tenis, lekkoatletykę na Olimpiadach, mecze piłki nożnej oraz snooker, w telewizji rzecz jasna. Ta odmiana bilarda niesłychanie uspokaja i koi nerwy.

Od maleńkości uprawiałam wiele różnych sportów. Przed wojną prawie nie było sportu zawodowego, więc ćwiczyło się amatorsko, ale – jak to w młodości – z wielką pasją. Grałam w tenisa na naszym korcie w Babicy, często pływałam w Wisłoku wpław i kajakiem, jeździłam konno na wszelkie możliwe sposoby, strzelałam na polowaniach, chodziłam z Dworku Cisowego na wycieczki górskie, a zimą jeździłam na nartach. Nawet przez pewien czas w football grałam! Razu pewnego, jeden z praktykantów mojego ojca stworzył z synów okolicznych chłopów drużynę piłkarską, w której chętnie graliśmy także my – dzieci ze dworu. Byłam więc chyba jedną z pierwszych dziewcząt w Polsce kopiących z zapałem futbolówkę.

Największą jednak moją pasją była jazda konna, chyba przez obcowanie z żywym stworzeniem. Z nami – dziećmi Jarochowskich – było niemal tak jak w tym słynnym dowcipie, kiedy to jeden kowboj pyta drugiego: „Jak tam Twój synek? Umie już chodzić?”. Na to drugi kowboj: „Nie, jeszcze nie chodzi, dopiero uczy się jeździć”.

Ja zaczęłam intensywną naukę jazdy w wieku pięciu lat, pod okiem znakomitego nauczyciela, Wiktora Rado. Był to przyjaciel rodziców, oficer kawalerii pochodzenia węgierskiego, który przyjeżdżał do nas co roku, na kilka letnich miesięcy. Zawyrokował, że nie ma co uczyć dziecka jazdy „na pół gwizdka”, tylko trzeba rzucić je od razu na głęboką wodę, zaczynając naukę od tego co najtrudniejsze, czyli jazdy na sposób damski. To bardzo trudna, zupełnie inna technika jazdy, wymagająca specjalnego wierzchowca i specjalnego siodła, jak na zdjęciu poniżej..

siodło damskie

Codziennie rano jeździłam więc na lonży trzymanej przez Wiktora, a kiedy byłam już nieco starsza, po południu szalałam z młodszym rodzeństwem na koniach przykrytych tylko derką. Najpierw jeździliśmy po naszym parku i najbliższej okolicy, by stopniowo wypuszczać się na coraz dalsze wycieczki. Najdłuższą trasę zrobiłam do Nozdrzca za Dynowem – to jakieś 60-70 km w jedną stronę. Innym razem umówiłam się z kuzynem, który miał majątek Miejsce Piastowe za Krosnem, z którym się nawzajem odwiedzaliśmy – oczywiście konno.

Sport jeździectwo

Nasza trójka z wujem Rado na swoich ulubieńcach

Nauczyliśmy się więc jazdy konnej na wszelkie możliwe, nawet akrobatyczne sposoby, co przydawało się np. przy przejazdach przez Wisłok. Wtedy – nie chcąc się zmoczyć – po prostu stawaliśmy na grzbiecie konia i przejeżdżaliśmy w kucki.

W czasach mojej młodości konie były bardzo ważną częścią życia ludzi. Samochodów prawie się nie spotykało, a że drogi były kiepskie, auta miały bardzo ograniczoną możliwość poruszania. Głównym środkiem lokomocji pozostawały więc konie. Ludzie potrafili godzinami rozprawiać na temat tych szlachetnych zwierząt, jak dziś rozmawia się o motoryzacji. Ciągle się konie sprzedawało, kupowało, wymieniało; inne były pod wierzch, inne do powozów czy do pracy w gospodarce. Każdy z nas miał swoje ukochane wierzchowce, urządzano im konkursy piękności i zawody jeździeckie. Zresztą przecież już o tym nie tak dawno pisałam!

Mój brat Kot, świetny jeździec, kiedy miał ok. 16 lat, zbudował porządny ćwiczebny parkur na łąkach niedaleko domu. Było tam – pamiętam – 20 różnych przeszkód. Hulaj dusza – skokom nie było końca! Teraz, z perspektywy czasu myślę, że miałam naprawdę – nomen-omen – końskie zdrowie. Gdy słyszę, że nieraz ciężko zagonić młodzież do sportu, cieszę się bardzo, że właściwie wszystkie moje wnuki i prawnuki są bardzo sprawne i uwielbiają ruch na świeżym powietrzu, a niektóre z nich jak Julka czy Ignacy (linia warszawska) mają niezłe osiągnięcia sportowe. To jest świetne dla nich dlatego, że sport nie tylko podnosi krzepę i ćwiczy wolę walki, ale uczy szlachetnej rywalizacji, współpracy w drużynie, bardzo wielu pożytecznych rzeczy, które są w życiu nieodzowne.

Koncert dla Piotra S.

Moja synowa – pisałam już o tym? – ograniczyła ostatnio swoje obowiązki służbowe, zaklinając się na wszystkie świętości, że teraz to wreszcie posiedzi w domu. Ale ledwo to powiedziała, spakowała się i poleciała do Malagi, gdzie mieszka moja najstarsza wnuczka Magdalena, która z kolei w tym czasie udała się była do Chile. A tu trzeba było wyprawić na studia moją prawnuczkę Suryę-Gabrielę, o której Wam kiedyś pisałam. Dlatego synowa na skrzydłach tam poleciała.

Co się jednak dziwić synowej i wnuczce, czy prawnuczce, skoro i mnie ostatnio trudno zastać w domu. Bywało się to tu, to tam, smakowało się sztukę, oglądało nowe muzea krakowskie, o czym kiedyś zapewne opowiem, ale najważniejszym przeżyciem był dla mnie koncert z okazji urodzin Piotra Skrzyneckiego, na który, jak co roku zresztą zaprosił mnie Bogdan Micek. Przyjęłam to zaproszenie z radością i pojechałam na koncert w Teatrze Słowackiego w towarzystwie Maćka i Jaszy, którzy jako dzieci piwniczne dotąd wspominają Piotra z największą serdecznością i tęsknotą. Ja również wspominam Piotra ze wzruszeniem, wdzięcznością za te wszystkie cudowne chwile, jakie nam ofiarował. Znaliśmy się ponad pięćdziesiąt lat, licząc od chwili, gdy zamieszkał u mnie na Urzędniczej. Pisałam o tym w moich wspomnieniach, kto więc ciekaw szczegółów naszej przyjaźni – bo chyba było to coś więcej niż zwykła znajomość – tego odsyłam do ,,Podwójnego życia Szaszkiewiczowej”.

Na koncercie była również Baśka Nawratowicz, jedna z tych, która w Piwnicy była od samego początku. Piotr, Janka Garycka i Baśka to były w owym czasie osoby w tym kabarecie najważniejsze. Basia miała wielki talent sceniczny i w Piwnicy robiła furorę ze swoimi surrealistycznymi monologami. Opuściła jednak Piwnicę w latach sześćdziesiątych, bo wyjechała do Monachium i w Radiu Wolna Europa prowadziła programy kulturalne, a potem zamieszkała w Australii, skąd pochodzi jej mąż.

BBaśka  w młodości

Napisałam, że Baśka – jaka ona była dla mnie serdeczna w tamtych latach, jak pomagała mnie i moim synom, gdyśmy klepali biedę, zawsze będę o tym pamiętała – opuściła Piwnicę, ale czy rzeczywiście kiedykolwiek ją opuściła? Wątpię, szczególnie, gdy myślę o jej wierności starym przyjaciołom lub czytam wydane bodaj przed trzema laty jej wspomnienia. Od lat Basia, co roku bywa przez miesiąc w Krakowie i zawsze mnie przy tym odwiedza. Tak było i w tym roku. Była u mnie i wspominała Jana Nowaka-Jeziorańskiego i lata przepracowane w Wolnej Europie.

Na koncercie powitano nas nadzwyczaj serdecznie, jako te żywe legendy starej Piwnicy. Równie serdecznie witano mnie przed dwoma laty, ale wtedy, w przerwie koncertu, mogłam wejść na scenę, zajrzeć za kuluary, przywitać się serdecznie ze wszystkimi artystami, szczególnie z Jasiem Gunterem, Tadeuszem Kwintą czy Mikim Obłońskim, moimi starymi przyjaciółmi. Dziś kondycja już mi nie pozwala wspinać się na scenę, zaglądać za kuluary, siedziałam więc na widowni, ale kto chciał mógł do mnie podejść, przywitać się, zamienić kilka słów, usłyszeć, co myślę o samym koncercie.

z teatruW teatrze po koncercie: ja z Maćkiem , Kazik Wiśniak i Alosza Awdiejew

 No właśnie, co ja myślę o koncercie. Prawdę powiedziawszy mam mieszane wrażenia. Prawie cały koncert (może z wyjątkiem występu Tadzia Kwinty i kilku wesołych kawałków Aloszy Awdiejewa) sprawił na mnie przygnębiające wrażenie, wydał mi się smutny, łzawy, wręcz żałobny. A jak z Piotrem może kojarzyć się smutek, rozpacz? Był on przecież artystą, który w najcięższych nawet dla nas czasach, gdy władze zamykały Piwnicę i nikt z nas nie był pewny ani dnia, ani godziny, potrafił emanować humorem, finezyjnym dowcipem i pogodą. I te jego cechy charakteru na nas wszystkich, ludzi związanych z Piwnicą, działały krzepiąco. Dlaczego więc koncert dedykowany Piotrowi ma być smutny?! Czyżby młodzi, bo to oni głównie występowali tego wieczoru, nie mieli poczucia humoru i nie umieli się radośnie bawić? A może po prostu bez Piotra nie ma prawdziwej zabawy i tamtej Piwnicy? Pamiętam, że tak myślałam już nazajutrz po jego śmierci, i dlatego zdziwiła mnie wiadomość, że Piwnica będzie istnieć bez Piotra…

A z drugiej strony, była dobra muzyka, ładnie śpiewane pieśni (chociaż brakowało mi obecności Zygmunta Koniecznego), więc póki starczy mi sił, zawsze chętnie wybiorę się na każdy koncert poświęcony Piotrowi. Bo o pamięć o nim, o jego duchu, trzeba się troszczyć, trzeba podtrzymywać tę legendę. Należy mu się to, jak mało komu.