Miesięczne archiwum: Listopad 2013

Szydełkiem malowane

Czasem mnie ludzie pytają jak to było z moją twórczością, nazwijmy ją plastyczną oraz jak powstawały moje kolejne obrazy szydełkiem malowane. Dzieła te możecie Państwo obejrzeć podobno w galerii bloga, ale nie wiem czy są tam wszystkie i prawdę mówiąc nie wiem jak się tam znalazły. Synowa mówi, że je powiesili na blogu, rozumiem, że to rodzaj wystawy, ale takiej, która cały czas wisi. Niech tak będzie – może kogoś zainspirują, albo rozbawią?

A. Gazeta codziennaJak wiele rzeczy wszystko zaczęło się przypadkiem, ale poprzedził je okres mojego szydełkowania i innych niewinnych robótek ręcznych jak czapki, szaliki i swetry. Robiłam je z praktycznych względów w jeszcze w Polsce. W Norwegii odkryłam, że jest tam masa kolorowych włóczek oraz pism z wzorami.

Do naszego, na początku bardzo małego mieszkania zrobiłam tak zwane kieszenie. Były to naszyte na sztywną tkaninę, duże kieszenie zrobione włóczki lub innego kolorowego materiału z rozmaitymi aplikacjami. Powieszone w przedpokoju służyły, jako „półeczko – schowki” na różne rzeczy jak czapki, szaliki, pastę i szczotki do butów, a nawet parasole. Podobnie praktyczne zastosowanie miały łapki do garnków, które przybierały postacie kotów, świnek i innych kreatur, a wszystkie bardzo kolorowe, ozdabiały kuchnię. Zrobiłam ich masę – dla różnych osób, przyjaciół i na zamówienie. Sądzę, że dotarły na wszystkie kontynenty.

Pomysły na obrazy przyszły później, ale już miałam ich kilka, gdy na pewnym przyjęciu w Sandnes/ Stavanger, gdzie mieszkaliśmy, pokazałam je zgromadzonym tam gościom. Wiem, że był wśród nich obraz „Pożegnanie” oraz „Nonkorformist”. Wszyscy się bardzo zachwycali, zachęcali do dalszych prac, ale dopiero jak się dowiedziałam od zaprzyjaźnionego scenografa, który też tam był, kim dokładnie są ci goście, a mianowicie, że z tamtejszej Akademii Sztuk Plastycznych, doceniłam sama siebie. I wtedy już poleciało.

Wernisaż 2W tym czasie zaczęliśmy jeździć do Polski, gdzie dojrzewała Solidarność. Przywożone na wystawy moje obrazy, były doskonałym kamuflażem dla naszej pomocy kierowanej do opozycji. Po prostu celnicy nas mniej kontrolowali i wtedy można było przemycić sporo bibuły (czyli zakazanych w Polsce książek, które zciągałam od Giedroycia), czy nawet powielacz i inne materiały. Pamiętam jak kiedyś na mojej wystawie jeden z przyjaciół skrytykował mnie za to, że zgodziłam się na jej otwarcie (artyści bojkotowali ówczesne władze), a ja nie mogłam mu powiedzieć, że dzięki temu właśnie dotarł do tut. centrali Solidarności transport cennych dla konspiracji materiałów.

EileAle na moje wy stawy przychodzili wszyscy i ku mojej radości takie osoby jak redaktor Eile czy Staszkowie Wejmanowie, czyli ludzie znające się na rzeczy! I im się moje prace bardzo podobały! Jedną z pierwszych była praca na rzecz ekologii, a mianowicie kwiat na tle kamiennego miasta. I oczywiście koty w różnych sytuacjach, różnej ilości (np. Dziewięć kotów). Wymyślanie tematów sprawiało mi dużą frajdę. Starałam się zawsze, aby w wymowie było to dowcipne i oczywiście bardzo kolorowe. Pierwsza wystawa miała miejsce chyba w 1980 roku w Pałacu pod Baranami.

Wernisaż 1Kolejne wystawy przynosiły mi coraz więcej radości, gdyż odbywały się, a to w Gorlicach, a to w Chicago. I w Norwegii rzecz jasna. Jak znajdę z nich zdjęcia – to coś więcej o nich napiszę.. Kolejna była w Krakowie w Domu Polonii, gdzie zatrzymywaliśmy się czasem będąc w Polsce.

Wernisaż 3Teraz myślę, że ważną okolicznością, że te prace powstały i że ich przybywało było to, że mieszkałam w Norwegii, a nie w Polsce. Tutaj po prostu nie miałabym czasu na tworzenie, a tam czas płynie dużo wolniej. I miałam dostęp do bajecznie kolorowych włóczek, którymi bawiły się nasze koty jakby chcąc wskoczyć na obraz.

Babica – spotkania z rogaczami

Na rogacze idzie się pojedynczo (na jelenie i dziki idzie się z nagonką). Sezon polowania na nie był ściśle określony: od czerwca do końca lipca (na kuropatwy i bażanty – od 1 września do połowy listopada). Wcześniej obchodzi się teren wielokrotnie i obserwuje się, gdzie rogacze chodzą regularnie. W naszych lasach wiedziało się już z doświadczenia, gdzie są takie miejsca i te właśnie się odwiedzało, aby je spotkać. Tam trzeba było się schować i obserwować, aby ocenić, który z byków nadaje się do odstrzału. Chodziło o wykrycie jego cech wskazujących na degenerację. Myślistwo to przecież dbałość o stan lasów i zwierząt, polega na wspieraniu rozwoju osobników dorodnych i silnych oraz eliminowaniu osobników mogących przekazywać potomstwu cechu regresywne. Zmiany takie pojawiały się w nieregularnościach poroża. Dążyło się do tego, aby namierzyć takiego byka, który miał jak największe poroże, najgrubsze i najcięższe i o jak największej rozpiętości odnóży, ale który zarazem miał widoczne dysfunkcje. Na konkursach myśliwskich decydowała objętość poroża. Pewien nasz znajomy upolował u nas rogacza, któremu rogi tak się rozwinęły, że jedno odnóże rosło w dół zamiast w górę i dosięgło pyska zwierzęcia, aż przeszkadzało mu w otwieraniu go. Trofeum to wygrało na mistrzostwach świata, gdyż dzięki temu nietypowemu rozstawieniu rogów nie zmieściło się w standardowym naczyniu pomiarowym (objętość rogów mierzono przez zanurzanie ich w wodzie w wystandaryzowanym naczyniu). Ponadto myśliwi dbają o dokarmianie zwierząt leśnych w okresach trudnych, aby ułatwić im przeżycie. W naszych lasach rogaczom porzucało się w określonych miejscach fasolę, bób i koniczynę.

Łowiectwo, Berlin

Na polowanie szło się wtedy, kiedy ludzie zeszli już z pól po pracach rolnych, rogacze wychodziły bowiem często z lasu na pola, ale dopiero wtedy, gdy panował tam spokój. Jeśli się było dobrze obznajomionym z lasem, zwierzyną i okolicą, powodzenie było pewne.

Łowiectwo, trofeaW dworach, gdzie polowano z upodobaniem wieszano liczne trofea – tak i u nas w Babicy..

Z rogaczami mam kilka zabawnych wspomnień. Byłam raz w pobliżu naszej leśniczówki gdzie na lichym poletku pasły się krowy pilnowane przez dzieciaki. Tam z lasu wybiegły dwa młode rogacze i walczyły ze sobą. Trwało to dłuższy czas, więc dzieciaki przyglądały się z zaciekawieniem. Zapamiętałe w bijatyce rogacze to nacierały na siebie, to odskakiwały, albo goniły się nawzajem zawzięcie. W pewnej chwili jeden z nich, pędząc przed siebie na oślep, potknął się i zrolował wprost na 10-letniego chłopca, z którym skotłowali się gwałtownie. W tym momencie drugi rogacz w zapamiętaniu doskoczył do nich i natarł na nich rogami. Rozległ się przeraźliwy wrzask chłopca, rogacze uciekły, my przybiegliśmy ratować poszkodowanego. Okazało się, że ma poranione pośladki i obficie krwawił. Kiedy chcieliśmy mu opatrzyć rany, chłopak zaczął wrzeszczeć wniebogłosy, że za nic nie zdejmie spodni. Takie to były czasy! Ale wszystko dobrze się skończyło.

Łowiectwo trofeum

Dzików u nas nie było, tylko od czasu do czasu, przeważnie w okresach działań wojennych, pojawiały się w naszych lasach dziki tzw. przechodnie. Widywaliśmy je przez kilka dni, po czym wędrowały gdzieś dalej. Nie wiadomo, dlaczego nie osiedliły się w naszych lasach, może były to lasy za mało gęste, niezbyt „matecznikowate”.

Jeleni też u nas nie było. Tuż przed wojną, w 1939 roku pojawił się niespodziewanie jeden okazały jeleń, który przyłączył się do stadka naszych saren i z nimi pasł się na łąkach, z nimi chodził po lasach, ale wkrótce wybuchła wojna i zginął od żołnierskich kul.

W zwyczaju ziemian posiadających lasy było zapraszanie znajomych raz w roku na zimowe polowania. U nas zwykle miało to miejsce w styczniu, kiedy to polowało się na jarząbki, bażanty i zające. Ojciec sprowadził do naszego majątku bażanty, ale niespecjalnie się przyjęły. Dopiero, gdy po regulacji Wisłoka pozostał taki podmokły, nieużywany teren, upodobały go sobie na gniazdowanie i rozprzestrzeniły się u nas.

Tak więc, na większą zwierzynę można było wybierać się jedynie w gościnę na polowania urządzane przez innych. Ojciec był bardzo często zapraszany na różne myśliwskie imprezy, gdyż znany był w Polsce, jako bardzo dobry myśliwy. Pewnego razu został zaproszony na polowanie do Badeniego (późniejszego ojca Dominikanina). Miał on w powiecie lwowskim słynne i wielkie lasy, którymi administrował w jego imieniu Andrzej Skrzyński, nasz krewny. Główną atrakcją polowania był słynny dzik „Dziadek”. Dzika tego otropiono, i kiedy nadeszła wiadomość: „Dziadek w miocie”, rozstawiono myśliwych w półkoszach. Wtedy wójt zatrąbił, nagonka ruszyła. Po pewnym czasie, kiedy już zwierzęta przeszły linię strzelców, Ojciec odszedł i po chwili zobaczył taką scenę: na brzegu polany siedzi wielki dzik – niewątpliwie „Dziadek”. Oparty był na przednich nogach. U każdego jego ucha wisiał jeden pies. Były to psy leśniczego, szkolone do polowań na dziki. Na przeciwko tej trójki stał leśniczy, czerwony na twarzy, któremu ręce trzęsły się tak, że nie był w stanie złożyć się do strzału. Patrzył bezradnie to na „dziadka”, to na Ojca. Ojciec niewiele myśląc wycelował i jednym strzałem powalił „dziadka”. Psy były bardzo poturbowane w walce z „Dziadkiem”, ale po pewnym czasie wykurowano je w szpitalu.

Dzik w knieji

Czas bardzo szybko mija, spostrzegłam się, że to, co napisałam powyżej miało powstać w czasie święta myśliwych, tzw. Hubertusa, ale święto prawie miesiąc temu minęło.. Urządzało się z tej okazji wspaniałe polowania oraz różne towarzyszące uroczystości towarzyskie. Wspomnienia tamtych zdarzeń bledną, lecz nie mijają, więc się nimi z Wami podzieliłam. Szczególnie, że teraz chyba znacznie mniej się poluje. Mój syn uważa, że to bardzo dobrze. Przychylam się do tego, ale wspomnienia z młodości nas utrzymują w miłym nastroju, a o to przecież chodzi, żeby sobie znajdować powody do dobrego samopoczucia i dzielić je z innymi.

„W zdrowym ciele…” – Od Wisłoka do Wisły i jeszcze głębiej!

Jak już wiecie drodzy czytelnicy, największą część mojego dzieciństwa spędziłam na świeżym powietrzu. Jeśli nie na koniu, to na polowaniu, na korcie lub na nartach. Ale że kilkadziesiąt metrów od naszego dworku płynął Wisłok, niejako skazani byliśmy na intensywny kurs nauki pływania. Oczywiście, jako dzieci nie mogliśmy chodzić sami nad rzekę (co oczywiście nie znaczy, że czasem w tajemnicy nie chodziliśmy), ale wystarczyło znaleźć jakiegoś dorosłego i popędzić w dół do wody.

Wisłok to właściwie górska rzeka, wtedy zupełnie nieuregulowana, o wartkim nurcie. Co roku po roztopach wylewał i zmieniał nieco koryto. Do tego często występowały w nim bystrza, które – pamiętam – nazywaliśmy „prądy”. Wydaje się, że ciężko w tak kapryśnej i zdradliwej rzece znaleźć dobre miejsce do pływania, ale dla chcącego nic trudnego! Szukaliśmy meandrów, gdzie woda nieco zwalniała i dało się pływać. Jednak rodzice stale wyczulali nas, byśmy uważali na siebie, bo bywało niebezpiecznie i niestety, co roku ktoś w okolicy tonął.

Gdy w górach, skąd Wisłok wypływał, mocno popadało, przychodziła do nas niespodziewanie wielka fala, która zagarniała wszystko na swojej drodze. Pamiętam, że pewnej słonecznej niedzieli, gdy my pojechaliśmy do kościoła, mnóstwo okolicznych mieszkańców wylegiwało się całymi rodzinami nad brzegiem rzeki. Wtedy z chłopów mało kto umiał pływać, ale zawsze w upał miło się popluskać. Nagle nadciągnęła z wielką szybkością fala, która zmyła mnóstwo ludzi w nurt rzeki. Na przestrzeni zaledwie kilkunastu kilometrów, utonęło dziesięć osób!

W kajaku na WisłokuPóźniej stolarz zrobił nam kajak. Był duży, ciężki i często się przewracał (kajak, nie stolarz!), do tego niezbyt wygodny, ale z czasem nauczyliśmy się nim sprawnie manewrować. Robiliśmy sobie nim rożne wycieczki wzdłuż rzeki, ale nie spodziewaliśmy się, że bardzo się przyda w czasie… wojny. Otóż wspieraliśmy jak tylko się dało partyzantkę AK-owską i dość często się zdarzało, że zaprzyjaźnieni z nami Akowcy podpływali Wisłokiem w umówione miejsce własnymi kajakami – początkowo wieczorami, a potem także w ciągu dnia. Z czasem nawet zaczęliśmy urządzać z nimi spływy, np. ze Strzyżowa do Babicy.

W kajaku na Wisłoku2

Nasz kochany Wisłok

Po tej „szkole” w Wisłoku tak się nauczyłam pływać, że żadne wodne wyzwanie nie było mi straszne. Raz nawet porwałam się na tak szalony pomysł, że znajomi już opłakiwali moją śmierć w odmętach. Rzecz się działa w Krakowie, niemal pod Wawelem.

Otóż wracałam z Janką Garycką i wieloma przyjaciółmi z Piwnicy pod Baranami późną nocą z jakiejś posiadówki. Towarzystwo oczywiście rozbawione, po kilku głębszych. Chcieliśmy pospacerować bulwarami, ale one zniknęły! Wisła wylała tak bardzo, że nawet nadbrzeżne drzewa były daleko od brzegu, zalane prawie po górne gałęzie. Nagle porwała mnie ułańska fantazja i ogłosiłam, że przepłynę wpław na drugi brzeg. Najpierw się ze mnie śmiali, ale – ku ich przerażeniu – rozebrałam się do bielizny i wskoczyłam do Wisły. Zaczęłam płynąć na drugą stronę, a że była noc, szybko stracili mnie z oczu. Wtedy zdałam sobie sprawę, że nurt jest rzeczywiście silny i zniósłby mnie bardzo daleko w dół rzeki. Musiałabym więc wracać przez most Dębnicki, mokrusieńka, w samej bieliźnie. Opłynęłam więc wystającą koronę jednego z drzew i zwróciłam w stronę przyjaciół. Tymczasem nadeszło drugie, zaprzyjaźnione towarzystwo z Teatru Rozmaitości i wszczęło straszny rejwach, bo wypatrywali mnie w wodzie i nie mogli znaleźć. Ja tymczasem wyszłam z wody, oczywiście sporo poniżej miejsca gdzie wskoczyłam, otrzepałam się, spokojnie do nich podeszłam i ubrałam się w suche ubranie. Dla mieszczuchów krakowskich był to istny szok!

Cała rodzina odziedziczyła po mnie ten pociąg do wody. Również mój mąż był doskonałym pływakiem. Jeden z synów za młodu pływał zawodowo, podobnie jak mój siostrzeniec, który jest trenerem piłki wodnej. Drugi syn posłał dzieci do szkoły sportowej z pływaniem, a synowa z upodobaniem kąpała się w fiordach, czego ja już nie próbowałam – taka tam jest zimna woda. Syn z kolei wspomina z utęsknieniem pływanie z rurką w morzu Czerwonym nad rafami, gdzie oglądali kolorowy świat podwodny. Czasem oglądam w TV filmy stamtąd – rzeczywiście widoki nieziemskie!

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Z wypraw moich dzieci we wschodnie strony, oglądam zdjęcia potężnych rzek jak np. Dniestr To musi być prawdziwy żywioł!

DniestrSzerokie wody Dniestru na Ukrainie

Ponoć wszystkie moje prawnuki dobrze pływają, nawet te mniejsze do wody się rwą co sił. Co to znaczy dobry przykład!

Blumka

Nie tak dawno wspominałam, że trudno mnie ostatnio zastać w domu, bo się bywało tu i tam. Na przykład w Muzeum im. Emeryka Hutten Czapskiego przy ul. Piłsudskiego – mój Boże, jak ta ulica za mojego życia już się nie nazywała! Najpierw Wolska, w 1933 nadano jej nazwę Józefa Piłsudskiego, za komuny przemianowano na Manifestu Lipcowego, a po odzyskaniu wolności przywrócono jej przedwojenną nazwę – Józefa Piłsudskiego.

muzeum Czapskich

Muzeum Czapskich

Od ponad stu lat przy tej ulicy mieści się pałac Czapskich, z bezcenną kolekcją numizmatów, starodruków, map, wytworów rzemiosła itd. Są tam unikalne numizmaty polskie, np. pierwsze wydania Kochanowskiego i Reja, zbroje rycerskie, kontusze, pasy słuckie, zabytkowe grafiki. Wszystkiego wymienić nie sposób, bo kolekcja liczy ponad sto tysięcy eksponatów, związanych głównie z dziejami Polski i rodziny Czapskich. Polecam wszystkim szczególnie małą salkę, w której znajdują się wzruszające pamiątki po Józefie Czapskim, w tym jego niezwykły portret namalowany przez Jana Lebensteina.

 Czapski

Oczywiście, wszystkich eksponatów z tej kolekcji się nie pokazuje, ale i tak jest czym oczy nasycić: pięknem pałacu, cudownymi parkietami i plafonami, gabinetem hrabiego Czapskiego, cudowną klatką schodową i pełnym wdzięku ogrodem na tyłach pałacu.

 czapski 1a

Bardzo byłam rada z tej wyprawy, w której towarzyszyli mi synowa, Maciek i nasz przyjaciel Jasiu, bo choć Czapski udostępnił swoją kolekcję rodakom w 1903 r. – nigdy w jego pałacu nie byłam. Przed wojną jakoś mnie tam nie ciągnęło, a po wojnie muzeum było wiecznie zamknięte i popadało w ruinę. Tak więc, przez siedemdziesiąt lat żaden śmiertelnik nie mógł podziwiać skarbów Emeryka Czapskiego.

czapski 2

A przecież po wojnie miałam ku temu okazję, bo wielokrotnie do Czapskich zapraszała mnie moja bliska znajoma Helena Blum, przez wszystkich zwana Blumką. Była ona wybitnym historykiem sztuki. Propagowała przede wszystkim sztukę nowoczesną, szczególnie awangardę krakowską. A czyniła to m. in. na łamach ,,Tygodnika Powszechnego”, z takim zapałem pisząc o malarstwie Marii Jaremy, że zbulwersowała tym bogobojnych krakowian i biedny Jerzy Turowicz musiał tłumaczyć się przed kardynałem Adamem Sapiehą z oskarżeń, że propaguje sztukę bolszewicką.

Blumka pracowała w Muzeum Narodowym, do którego należy pałac Czapskich. Toteż przekroczywszy w końcu jego progi, nie mogłam wprost opędzić się od wspomnień o Niej. Była ode mnie starsza o kilkanaście lat i poznałam ją dopiero po wojnie, na początku lat pięćdziesiątych, gdy zamieszkałam w Krakowie. W tym czasie nikomu jeszcze nie śniło się o Piwnicy pod Baranami, więc artyści, szczególnie malarze, spotykali się w Kawiarni Literackiej przy Sławkowskiej, która znajduje się w pobliżu Akademii Sztuk Pięknych. Kawiarnia ta należała do Noworolskiego, tego samego, który był właścicielem wciąż istniejącej kawiarni w Sukiennicach. Było to ładne i funkcjonalne wnętrze. Niemal codziennie bywała tam Hanka Cybisowa, którą znałam od niepamiętnych czasów, bywał Wacław Taranczewski, rektor Akademii, z którym się z czasem serdecznie zaprzyjaźniłam, bywał Jerzy Fedkowicz, bywała Jaremianka i Kornel Filipowicz, bywała znakomita skrzypaczka Eugenia Umińska. Hankę poznałam przed wojną, innych podczas wojny, a jeszcze innych – jak Taranczewskiego, który pochodził z Poznania, czy Umińską, którą los zagnał do Krakowa po upadku Powstania Warszawskiego – dopiero po wojnie. Jednym słowem w Literackiej bywał cały Kraków. Więc i mnie tam można było zastać, i to często! Ale przede wszystkim zastać w Literackiej można było Blumkę, która siadywała najczęściej przy stoliku z Hanką, Jaremianką, z Taranczewskim i Fedkowiczem. Przy tym stoliku siadywałam także i ja.

Blumka

Helena Blumówna we Lwowie w 1929 r.

Blumka była Żydówką, rodem z Wiednia, jak się ostatnio dowiedziałam, a studiowała przed wojną we Lwowie i w Paryżu. Jak i gdzie przeżyła okupację, tego nie wiem, bowiem po wojnie nie było zwyczaju, by wyciągać z ludzi ich wspomnienia. Jeśli ktoś nie chciał opowiadać, o tym, co niedawno przeżył, nie należało się o nic pytać. To była niepisana zasada, bo każdy miał coś w tych strasznych powojennych czasach do ukrycia, niekiedy były to sprawy bolesne, czasami wstydliwe, czasami zbyt niebezpieczne, by się nimi w nowej, komunistycznej Polsce chwalić. Każdy miał coś na sumieniu – albo pochodzenie, albo działalność w AK, albo niewłaściwe znajomości itd., itd. Nie było człowieka, który byłby – że tak powiem – czysty. Jedynym w naszym towarzystwie, który nie czynił tajemnicy ze swoich okupacyjnych losów, był rzeźbiarz Ksawery Dunikowski, który kiedyś na pytanie, gdzie przeżył okupację, odpowiedział, że bawił… w Oświęcimiu, bo był więźniem obozu.

Blumka BoznańskiejHelena Blum, obraz autorstwa Olgi Boznańskiej

Wszyscy, których spotykałam w Literackiej, byli ludźmi utalentowanymi i wykształconymi, ciekawymi, obytymi i dowcipnymi. Pamiętam, jak pewnego razu wpadł do Literackiej roztrzęsiony poeta Jerzy Horodyński i od progu woła: „Straszne rzeczy się dzieją z poetami, ledwo zmarł Gałczyński, a już chowają Tuwima, aż się, proszę państwa, boję o siebie!”. „Niech pan się nie martwi – ja na to – pomór przyszedł tylko na dobrych poetów!”

Ale najbardziej dowcipna w tym gronie była Blumka, miała cięty język i lubiła wodzić rej w towarzystwie, a poza tym miała wpływ na wszystkich, którzy znaleźli się przy jej stoliku. Z Blumką można było rozmawiać na każdy temat – i o historii, i o polityce, o sztuce nie wspominając. W jej przypadku, wielka inteligencja szła w parze z ogromną erudycją. Darzyła mnie sympatią i zawsze serdecznie zapraszała, abym się do niej przysiadła, można nawet powiedzieć, że matkowała mi w sensie towarzyskim.

m_XX314

Portret Heleny Blum autorstwa Hanny Rudzkiej-Cybisowej,

Gdy z początkiem lat pięćdziesiątych przyjechałam do Krakowa, byłam w kłopotach finansowych, a do tego z dwójką małych dzieci na głowie, i pamiętam, że Blumka pomogła mi wtedy, kupując ode mnie dla Muzeum Narodowego starą i piękną wazę, którą zabrałam ze sobą opuszczając w 1944 r. nasz dom w Babicy. I przy tej okazji po raz pierwszy zaprosiła mnie do Czapskich. Blumka zmarła w 1984 roku, a ja z jej zaproszenia skorzystałam niemal w trzydzieści lat po jej śmierci.

A kawiarnię Literacką zamknięto przed kilkunastu laty i odtąd jej duch straszy wszystkich, którzy przechodzą Plantami.