Miesięczne archiwum: Grudzień 2013

Święta, święta i tu nagle Nowy Rok!..

W ostatnich dniach, a także jeszcze wcześniej przed świętami nie było szans na wpis do blogu, nawet z życzeniami – za co wszystkich bardzo przepraszam.

Adam Wincenty Szaszkiewicz
Adaś w w trzecim dniu życia na ręce taty

Najważniejszym wydarzeniem w naszej rodzinie były narodziny Adama Wincentego, pierwszego z siedmiorga moich prawnuczków, który jest chłopcem noszącym nazwisko Szaszkiewicz. A więc ród nie zaginie! Wszyscy, łącznie z siostrą Polą, witali go z radością. Szkoda, że dostał imię, które wprawdzie męskie i piękne, ale pozbawi go obchodzenia imienin w gronie rówieśników. Kto ma bowiem w tym przedświątecznym czasie głowę do imprez imieninowo-urodzinowych? Liczą się prezenty od Aniołka i same święta. Przestrzegałam, ale nikt mnie nie słuchał. W końcu rodzice dają dziecku imię i w tym przypadku z dużą dla niego krzywdą.

IMG_9121

Mój wnuk Piotr z synem

Z tej okazji nastąpił zlot rodzinny w naszym domu. Tabuny dzieci w różnym wieku wypełniały wszystkie pokoje, gromadziły się wokół mojej szuflady z łakociami, a na sygnał „Adaś” wszyscy pędzili do samochodów, aby pojechać do jego domu i dostać się jak najszybciej do jego kołyski. Naturalnie byli też dorośli i to przybyli z Hiszpanii, Warszawy, Rabki. I ich przyjaciele z Krakowa. Ci z kolei wspominali poprzednie wspólne święta i różne wydarzenia z nimi związane.

IMG_0761Gabunia i Gucio, prawnuki z Hiszpanii ubierają choinkę

Przypomniały mi się święta z Babicy i poniekąd w odpowiedzi na prośbę pani Iwony (pozdrawiam serdecznie!) podzielę się tymi wspomnieniami. Otóż Boże Narodzenie w Babicy było świętem bardzo rodzinnym. Ponieważ w sąsiadujących blisko dworach mieszkały rodziny spokrewnione, odwiedzały się w święta i stąd wrażenie, że stale było pełno ludzi. Przyjeżdżali też z Krakowa – na przykład bliska rodzina Klugerów z kuzynem Wojtkiem. Ciotka Halina Klugerowa była postacią ulubioną przez nas – dzieci, gdyż będąc u nas, w pewnej chwili, dając każdemu z nas po 50 groszy ogłaszała: „jedziemy na hulaszcze życie do Czudca!” Można było za to kupić cukierki, ciastka, a także tabliczki z rysikiem, służące do gry w okręty i w wisielca. Przybywał także nasz ulubiony wuj Brudzewski, samotny okulista, kierownik kliniki z Krakowa. Wuj ten mieszkał wiele lat w Paryżu i był bardzo zaprzyjaźniony z wieloma sławnymi malarzami. Niezwykle ciekawie opowiadał o nich i o sztuce. Dzieci niezbyt lubił, często nam dokuczał w zabawach. Ogłaszał na przykład, że zafunduje ciastka każdemu, kto w cukierni w Rzeszowie zje przy nim ciastek za 3 złote (jedno kosztowało wtedy 20 groszy). Byliśmy zawzięci i dawaliśmy radę, choć z najwyższym trudem, tym bardziej, że kiedy ja i Maja już uporałyśmy się z tymi 15-toma ciastkami, to nasz młodszy brat Kot, około 10-tego ciastka ogłaszał, że już nie może i musiałyśmy dopchać w siebie, jeszcze te pięć, dla ratowania honoru rodziny! Później, przez kilka tygodni nie mogliśmy patrzeć w stronę słodyczy. Wuj stosował te metodę rzekomego dogodzenia naszym marzeniom, którą sam przeżył jako dziecko. Jak mówił, jego wuj w ten sam sposób fundował mu ciastka za całego guldena.

Wilia była u nas w Babicy. Przyjeżdżało do nas jeszcze kilka osób z sąsiedztwa. Posyłano karetę na stację kolejową po babcię Olgę Uznańską, przyjeżdżał też zaprzyjaźniony ksiądz z Czudca, a czasem nawet dwóch. Do wielkiego stołu zasiadało zwykle około 20 osób. Naszą wigilię poprzedzała kolacja przygotowana dla służby. Na obu podawano tradycyjne potrawy, czyli barszcz czerwony z uszkami, następnie kardy z lekkim sosem bulionowym (postnym, na warzywach). Teraz się tego nie jada, szkoda, bo to pyszne warzywo, rodzaj karczochów, z których jadło się grube liście. Następnie szła ryba – tradycyjnie był to szczupak z wody oraz karp w lekkiej galarecie z rodzynkami i migdałami. Do ryb dodawano różne sałatki warzywne i grzybki marynowane. Po rybie była znakomita kapusta z grzybami. Na deser podawano ciasta i kutię, ale te frykasy jadło się zazwyczaj dopiero następnego dnia, w święto, bo już nie mieściły z w zapełnionych żołądkach. Do picia był kompot z suszonych owoców, a ponadto oczywiście dla dorosłych – wino.

Wilia z Magda2Wilia z Magdaleną, moją najstarszą wnuczką w Krakowie w 2013 roku

Choinka wysoka, prosto z lasu, pyszniła się już od kilku dni wspaniałymi ozdobami, owocami i słodyczami, a teraz migotała płomykami licznych świeczek ustawionymi na jej gałęziach. W jej pobliżu, na specjalnym miejscu, za zasłoną leżały już od jakiegoś czasu prezenty dla dzieci, ale my o tym nie wiedzieliśmy. Niecierpliwie czekaliśmy, aż w którymś momencie zapali sie tam światło, co oznaczało niezbicie, że aniołek już tam był i właśnie położył prezenty. Podnieceni zaglądaliśmy tam niecierpliwie. Ale były opakowane i nie zdradzały zawartości. Tymczasem Ojciec zasiadał do fortepianu i z zapałem śpiewaliśmy wszyscy kolędy. Po kolędach dopiero, najmłodszy domownik, a więc zwykle Kot, odsłaniał zasłonę i wręczał uroczyście prezenty. Lalki, klocki, kolejki i oczywiście książki wywoływały okrzyki zachwytu i kaskady śmiechu. Książki wtedy jeszcze nie były tak powszechne, jak dziś, a dziś widzę, że często nie są już tak powszechne, jak dawniej. O północy, kto żyw ruszał saniami na pasterkę do Czudca. W kolejne dni świąt odwiedzaliśmy inne dwory – na przykład u Babci, gdzie znów w bardzo licznym gronie siadano do obiadu. W drugi dzień świąt na obiad prosił ksiądz proboszcz wszystkie znaczące osoby z okolicy, w tym także i naszą rodzinę.

Dwór w CzudcuDwór w Czudcu w zimie

Ale nie każda wigilia była w moim życiu tak wesoła, pamiętam też wigilię smutną. Było to w czasie, gdy pierwszy rok spędzałam w Norwegii. Byłam całkiem sama. Nawet święta w okresie okupacji nie były tak smutne, gdyż byłam razem z rodziną. A wtedy w Stavanger byłam sama i dość biedna. Dręczyła mnie niepewność, jak to się skończy, wiadomo, komuna nie wypuszczała łatwo za granicę. Wtedy przekonałam się na zawsze, o co chodzi w te święta. I o co chodzi w tym życiu. Żeby nie być samemu! Moi synowie, którzy zostali w kraju, byli zapraszani przez ciocię Tyszkiewiczową do jej domu, przy ulicy św. Jana. A poza tym w Krakowie człowiek właściwie nigdy nie jest sam!

I tego Wam życzę w nadchodzącym roku. I jeszcze tego, abyście zdrowi byli i doczekali moich setnych urodzin, na które zapraszam w 2017 roku. Ale najpierw w zdrowiu i zgodzie przeżyjmy rok 2014. Do siego Roku!

Przy okazji bardzo dziękuję wszystkim, którzy komentują moje wpisy na blogu już od roku! Motywuje mnie to by pisać dalej, chociaż w moim wieku jest to pewien wysiłek. A dodatkowo trzeba przydusić tych, którzy moje słowa spisują i wieszają na tym blogu. A oni są wciąż  czymś b. ważnym zajęci.

Szydełkiem malowane – jak powstawały obrazy

Pisząc o moich obrazach, nie wyjaśniłam jeszcze jak dokładnie powstawały. Na przykład skąd brałam pomysły na nie, jaką techniką je tworzyłam etc. Muszę się przyznać, że zupełnie nie umiem rysować. Nie tworzyłam wcześniej żadnego szkicu i obraz powstawał jakby „od środka” czyli od centralnego obiektu. Robiłam go szydełkiem, a następnie umieszczałam na materiale (np. na starym worku lub grubym płótnie). Potem dorabiałam tło, które powstawało spontanicznie. Następnie pozostałe elementy. Trzeba było dopasować wielkość, coś zakryć, coś dorobić żeby powstała całość. Niekiedy z dwóch powstawał jeden obraz, jak np. „Pejzaż z balonem”. Z kolei na innym ledwie się zmieściło to, co było przeznaczone do umieszczenia w nim, jak Kapitan na obrazie „Pełną Parą”.

A. Pełną parąTrzeba powiedzieć, że pomysły na obrazy powstawały spontanicznie, rzec by można przypadkowo. Były to czasem motywy z bajek mojego dzieciństwa, na przykład „Księżniczka na ziarnku grochu”. Czasem były nimi podpatrzone sceny z życia, jak zakonnice przed witryną sklepu z kapeluszami. W niektórych, starałam sie zawrzeć jakieś przesłanie – głównie takie, że warto cieszyć się życiem, jak np. „Kocie Dolce Vita”. Wszystkie obrazy z kotami są pogodne i wiele mówiące jak powinno się żyć! Ale są też takie, które podpatrzyłam u kogoś, jak np. „Samobójca” (prof. Jacek Waltoś zrobił taki projekt na plakat do filmu). Ponieważ sypnęły się wnuki w rodzinie, w domu w Krakowie było dużo książeczek i pism dla dzieci, w których też czasem coś podpatrzyłam. Ale czasem inspirowała mnie literatura piękna, tak powstał „Hamlet”. Lubię folklor polski i twórczość ludową, więc i to miało wpływ inspirujący na moje pomysły do makatek.

A. SamobójcaStarałam się, aby moje obrazy były bardzo kolorowe i urozmaicone, choć niekoniecznie realistycznie. „Krowa Grażyny” jest wielka, różnokolorowa i bardzo urodziwa. Korsarz wyławia z morza skrzynię pełną barwnych klejnotów i innych błyszczących skarbów. Inne znów mają jakąś zabawną niespodziankę jak np. siedząca baba z trzema nogami. Dla mnie było ważne to żeby się nie nudzić robiąc obraz. To się przekłada potem na jego odbiór. Widzowie często uśmiechają się na widok moich makatek.

A.Krowa GrażynyZrobiłam raz obraz na zamówienie. Synowa prosiła mnie o obraz o tematyce rodzinnej, która mogła by ozdobić gabinet terapii rodzinnej w jej pracy w klinice psychiatrycznej. O ile wiem nadal tam wisi i rozbawia ludzi. Jedna z moich wystaw w Krakowie odbyła się w Centrum Psychoterapii, które mieściło się wówczas na ul. Batorego. Sensacją było to, że przyjechał mój były mąż, Tonio, z czwartą żoną i spotkał na wystawie dwie poprzednie żony. Najgorzej, nie wiedzieć czemu czuła się ta ostatnia! Bo chyba nie ze względu na miejsce, gdzie naturalnie przybyła masa psychiatrów i psychologów.

Wernisaż 6Wernisaż wystawy w Centrum Psychoterapii – synowa trzyma mowę, Tonio pierwszy z prawej

Powstały też cykle – wspomnieniowy o tematyce żydowskiej, ukazujący społeczność żydowską w Czudcu przed wojną – świat, którego już nie ma. I cykl kilku obrazów o muzykach. Zrobiłam też portret Very, pewnej przemiłej Norweżki, też artystki, która zorganizowała u siebie w galerii w Drobak pod Oslo, wystawę prac Krzysia Litwina.

BaranBaran – ulubiony obraz wielu osób

O moich wystawach już trochę pisałam. W Stavanger mieliśmy z synem Jaszą galerię „11 kotów”, w której eksponowana była sztuka ludowa z Polski. Wtedy przychodzili do nas ludzie sztuki i oni zaproponowali mi wystawę w kawiarni „Sting” w centrum Stavanger. Norwegowie nie są zbytnio wrażliwi na kulturę, szczególnie obcą, rzadko więc się z nią stykają, ale ta wystawa była prawdziwym wydarzeniem w mieście. Wciąż musiałam dla różnych gazet opowiadać jak to spędzam czas wolny na robótkach ręcznych. Sęk w tym, że ani to nie był czas wolny (nigdy go nie miałam), ani robótki, tylko prawdziwa sztuka.

Janka, Lola, Natan, Rysiek.

Przypomniało mi się spotkanie u nas w domu, na które przyszedł nasz serdeczny przyjaciel, Jurek Vetulani. Znam go bardzo długo, jest teraz poważnym profesorem z Polskiej Akademii Nauk. Ale czy całkiem poważnym, skoro podobno w wolnych chwilach wodzi rej wśród artystycznej młodzieży w kawiarni ,,Piękny Pies”? I jak to z Jurkiem bywa, gadaliśmy o wszystkim, a ja w pewnym momencie zaczęłam opowiadać o Natanie Gurfinkelu.

NatanNatan w całej doskonałości

Natana poznaliśmy przez przyjaciółkę rodziny, nieocenioną Beatę, która mówi, że „On jest z internetu”. Nie wiem co to znaczy, ale dzięki temu polubiłam internet! Natan jest dziennikarzem, i to świetnym ale przede wszystkim jest uroczym i mądrym człowiekiem. Widujemy się z nim najczęściej raz w roku, w czerwcu, gdy przyjeżdża do Krakowa na festiwal kultury żydowskiej. Bo Natan jest Żydem i w 1968 roku, po tym jak wygnano z Żydów z Polski, zamieszkał w Kopenhadze. I właśnie, kiedy mówiłam Jurkowi, jak bardzo żałuję, że nie ma z nami w tej chwili Natana, rozległ się telefon. Natan dzwoni – ucieszył się Maciek, który odebrał telefon. Ale po chwili Maciek posmutniał. Natan mówi – wyjaśnił – że zmarła Janka Katz.

KatzównaJanina Katz;    fot. Łukasz Tyborowski

A Katzówna była moją dobrą znajomą, którą także poznałam w Piwnicy, i był taki czas, że bywała często u mnie na Urzędniczej. Janka studiowała polonistykę i socjologię, przyjaźniła się z Jurkiem Smoterem, który był także moim przyjacielem, przyjaźniła się także z Joanną Olczak, późniejszą Ronikierową, i z dziennikarzem Ryśkiem Taedlingiem. Pamiętam, jak z Ryśkiem krążyła po Piwnicy, prosząc wszystkich, by dali parę groszy na wódkę dla biednych Żydów. Janka była Żydówką, ale Rysiek nic o swoim żydostwie nie wiedział, więc prośby o grosz na wódkę były w jego przypadku żartem. Bo Rysiek jako dziecko został ocalony przez pewne poznańskie małżeństwo i nic nie wiedział o swoim korzeniach, a prawdę poznał dopiero w 1968 roku dzięki ,,życzliwym” ubekom. Po 1968 r. Rysiek wyjechał do Kopenhagi. Ale jego dzieje to osobna historia. Mój syn Maciek z żoną wspominają go z czułością, gdyż kiedyś podróżując promem do Norwegii, znaleźli się w Kopenhadze, a on zaprosił ich na wspaniałe duńskie piwo do kopenhaskiej knajpki. Byli wtedy zdrożeni i spragnieni, a Rysiek i piwo tak im poprawiły nastój, że do dziś uważają, iż było to najlepsze piwo w ich życiu. Pewnie wtedy nie było na ich kieszeń.

p63Rysiek z czasów  Piwnicy pod Baranami (chyba..)

Janka była ode mnie młodsza, bo urodziła się w 1939 roku, a jako małe dziecko trafiła razem z matką do obozu w krakowskim Płaszowie. Był to niemiecki obóz pracy przymusowej, później przekształcony w obóz koncentracyjny (Konzentrationslager Plaszow bei Krakau). dla ludności żydowskiej z getta, zlikwidowanego w marcu 1943 r. Gdy miała trzy lata, matka oddała ją na przechowanie do polskiej rodziny z Dobczyc, dzięki czemu Janka szczęśliwie przeżyła Zagładę. Jednak swoje wojenne przeżycia wspominała rzadko i niechętnie, zbywała mnie, gdy zadawałam jej jakieś pytania, raz chyba tylko, wypiwszy kilka kieliszków wódki, opowiedziała mi, co nieco o swoich przejściach i o tym, jak bardzo związana była emocjonalnie z państwem Kapłańskimi, którzy ją pokochali i ocalili. Pan Kapłański został podczas wojny zabity w dość niejasnych okolicznościach być może przez żołnierzy AK, bo podobno kolaborował z Niemcami, a może zwyczajnie przez zwykłych bandytów? Jakby nie było, dzięki niemu Janka ocalała. Ocalała także jej matka, choć pani Lola trafiła do Oświęcimia, a potem do obozu w Bergen Belsen.

kika_telefonTo ja odbieram telefon o śmierci Janki Katz – fot. Franciszek Vetulani

Lolę poznałam po wojnie i szalenie ją polubiłam, bo była uroczą i serdeczną osobą. Natomiast Janka była małomówna, skryta i nastroszona jak jeż. Lola pracowała jako kierowniczka w jedynym wówczas w całym Krakowie domu towarowym na rogu Wiślnej i św. Anny. Można tam było na przykład kupić pralkę, a mnie na takie cuda wtedy nie było stać, więc pralkę wypożyczałam ze specjalnej wypożyczalni na Łobzowskiej! Lola była niebywale towarzyska, bardzo przez wszystkich lubiana i często można ją spotkać w kawiarni. Była samotna, bo jej mąż został zamordowany w krakowskim obozie, została jej tylko Janka, którą Lola bardzo kochała, ale Janka była okropnym dzieckiem, do czego sama po latach się przyznawała w swoich autobiograficznych powieściach. Była wobec matki niesprawiedliwa i tak opryskliwa, że kilkakrotnie nie mogłam się powstrzymać, by nie zwrócić jej uwagi. Zachowanie Janki było jednak wynikiem jej wojennych przeżyć. Lola zresztą niezbyt się przejmowała grymasami Janki, wszystko była gotowa jej wybaczyć i była szczęśliwa, że jej dziecko ocalało od zagłady.

moje-zycie-barbarzyncy,pd,31880Okładka książki Janinki Katz

Po 1968 roku Janka wyjechała do Kopenhagi, gdzie po pewnym czasie zabłysnęła, jako poetka i autorka kilku autobiograficznych książek, które przeczytałam z wielkim zaciekawieniem. Współpracowała też z paryską ,,Kulturą” Jerzego Giedroycia i z Wolną Europą. A pani Lola po 1968 wyjechała do Wiednia, ale zmarła w Kopenhadze, gdy przyjechała odwiedzić Jankę. A teraz odeszła Janka…

I taki to był wieczór, gdyśmy wspominali naszych przyjaciół – Lolę, Jankę, i tych, którymi – jak Natan czy Rysiek – wciąż jeszcze możemy się cieszyć. Nie mówiąc o Jurku Vetulanim!

W zdrowym ciele.. – Narty po stromym i po płaskim

Już tylko nieco ponad trzy lata mi brakuje, by śpiewanie „Sto lat, sto lat!” w mojej obecności stało się wielkim nietaktem. W związku z tym, często mnie ludzie pytają, co trzeba zrobić, by długo żyć. Hmmm… Na pewno pomaga pogoda ducha, ale –  przecież wszyscy wiecie gdzie mieszka zdrowy duch! W moim przypadku powiedzenie, że sport to zdrowie, to nie tylko czcza gadanina. Błogosławię dziś moją matkę, że – wbrew ówczesnym zwyczajom – kiedy byliśmy dziećmi nie oddała nas na naukę do jakiejś prestiżowej szkoły z internatem, prowadzonej przez siostry zakonne. Mucha zawsze powtarzała, że zakonnice żałują dzieciom dwóch najtańszych rzeczy: mydła i powietrza.

Narty 2

Rodzice wysłali nas na naukę do Dworku Cisowego, niezwykłej szkoły prowadzonej przez twórczynię polskiego harcerstwa, Olgę Małkowską. Pisałam już o tym szerzej w tekście „Pieniny i pedagogika”. Tutaj chcę opowiedzieć o czymś, co zaszczepiono mnie i mojemu rodzeństwu właśnie w Pieninach – miłości do szusowania po śniegu!

Narty 3Mój brat Konstanty zwany Kotem

Co prawda, już jako małe dzieci jeździliśmy na sankach i próbowaliśmy jazdy na nartach, ale oczywiście tak bardziej dla zabawy. Nasza rodzinna Babica to początek pogórza, więc stoków nie brakuje, a wszystkie dzieciaki kochają śnieg. Jednak prawdziwej jazdy na nartach nauczyliśmy się pod okiem profesjonalnych instruktorów w Dworku Cisowym. Najlepszą z naszych nauczycielek była Żermena (Germaine) – rodowita Szwajcarka, która jeździła jak zawodowa, nomen-omen, alpejka. Wyróżniała się nie tylko umiejętnościami, ale także wielkim wzrostem; myślę że mogła mieć prawie 1,9 m! Nauczyła nas nie tylko prawdziwego narciarstwa zjazdowego, ale także innej umiejętności wyniesionej ze swej ojczyzny: jodłowania. Szalenie nas to bawiło, pękaliśmy ze śmiechu, ale jej to na szczęście nie zrażało. A skoro była w stanie nauczyć nawet taki antytalent muzyczny jak ja, to znaczy, że pedagogiem była świetnym.

Kiedy wracaliśmy na ferie zimowe do Babicy, od razu organizowaliśmy sobie jakiś teren do zjeżdżania. Nieocenionym partnerem do szusowania był nasz kuzyn Adam Uznański. Był jedynakiem, nieprzytomnie kochanym przez swoją matkę, która rozpieszczała go jak tylko mogła – na przykład zimy spędzał w Davos w Szwajcarii, bo mu to rzekomo dobrze na płuca robiło… Trzeba przyznać, że tam jednak czasu nie marnował: zjeżdżał na czym się tylko dało, łącznie z bolidem bobslejowym, który kupiła mu mama w prezencie. W Babicy Adam stawiał przy naszej pomocy tor slalomowy i przekazywał nam tajniki profesjonalnej jazdy. Wtedy jeździło się na nartach bardzo eleganckim stylem Telemark – do dziś wspominam te cudne skręty nazywane Kristiania czy efektowne zatrzymania w miejscu przy pełnej szybkości.

Kochaliśmy też inną odmianę narciarstwa: skiering. Polegało to na tym, że jadąc na nartach, trzymało się w rękach orczyk ciągnięty przez konia. Czasem jeździliśmy też za autem, ale nie było takiej frajdy – samochód jeździ tylko po drogach, a te, były twarde i wyślizgane. Konia prowadziła przeważnie moja siostra Maja, najsłabsza fizycznie z naszej trójki.W skieringu celowaliśmy zwłaszcza w czasie wojny. Podczas pierwszej, wyjątkowo surowej okupacyjnej zimy, przebywał u nas Lutyk Małkowski, syn wspominanej Olgi i Andrzeja Małkowskich. Miał obywatelstwo amerykańskie, ale nie miał jak wrócić do domu, bo w zawierusze wojennej został bez żadnych dokumentów i całą zimę mieszkał u nas. Lutyk wychowywał się w Szwajcarii, więc świetnie jeździł na nartach, nawet uczył nas prawidłowej techniki. Jednak jazdy za koniem wcześniej nie znał i bardzo się do skieringu zapalił.

Narty 1Moje prawnuki na nartach

Zdolności do jazdy na nartach odziedziczył po mnie syn Jasha, który podczas naszego pobytu w Austrii potrafił swoimi umiejętnościami zapewnić sobie szacunek miejscowych, a proszę mi wierzyć – jest to naprawdę trudne. Uważam, że białe szaleństwo jest rozsądną rzeczą!