Miesięczne archiwum: Styczeń 2014

Szydełkiem malowane – poezją opisane

Dość długo nie pisałam, ale doprawdy nie dlatego, że karnawał się zaczął i mnie wciągnął! Wręcz przeciwnie wciągnęło mnie łóżko, gdyż rodzina uznała, że mój paskudny kaszel, to coś więcej niż zwykły kaszel, a wezwany lekarz ochoczo (jakżeby inaczej) potwierdził, że to zapalenie płuc. Ja wiem swoje i coraz mniej kaszlę, rodzina wie swoje, czyli, że leczenie działa! Pan doktor jest bardzo miły i uważnie mnie osłuchuje. W ten sposób wszyscy są zadowoleni.

Wrócę dziś do wspomnień z moich wystaw, gdyż dzięki jednej z nich powstał piękny tekst Agnieszki Osieckiej, który zamieszczam tu w całości. Agnieszka, która nie mogła być na otwarciu wystawy w Galerii Grażyny Hase w Warszawie, przysłała „słowo” odczytane z tej okazji. A na wystawie była cała Warszawa, gdyż miejsce to było bardzo modne.

galeria Hasse zaproszeniePamiętam, że Roman Bratny, który przyjaźnił się z moim bratem, po wystawie powiedział, że bardzo cieszy się z tego, że moje obrazy mu się podobają, bo i tak musiałby napisać o nich dobrze, a tak, może napisać to szczerze. Niezwykle serdeczny i pomocny nam w wielu sprawach, okazał się uroczy, przyszły mąż Maryli Rodowicz zwany Peugeot’em. Było bardzo „światowo”, inaczej niż w Krakowie, ale równie „klimatycznie”, jak mówią moje wnuki.

A oto piękny tekst Agnieszki Osieckiej:

Kiedy Pani Kika była małą dziewczynką, lasy były jeszcze ogromne, w lasach mateczniki, a w matecznikach – niedźwiedzie. Za lasami były stepy i chmury, a wśród lasów, stepów i chmur tkwiły małe białe dworki z salonikami, w których paliły się piękne ozdobne lampy naftowe. W jednym z takich nieistniejących już dworków, jedna z nieistniejących już ciotek ofiarowała Kice szydełko. Dziewczynka natychmiast zabrała się do roboty. Jak twierdzą kronikarze rodzinni, przejawiała w tej robocie talent i pilność.

Mijały lata, minęło pół wieku. Zatrzęsły się lasy, chmury i dworki. W zamieszaniu zginęło też szydełko Pani Kiki. Minęło jeszcze trochę czasu, ziemia pod nogami naszej bohaterki się trochę ustała i oto nad dalekim cichym fordem, ktoś, kogo powinniśmy ozłocić, ofiarował jej następne szydełko. Kice zabłysły oczy, usiadła pod elektrycznym kaloryferem i z miejsca zabrała się do roboty. Jak twierdzą świadkowie i jak Państwo stwierdzicie za chwilę, przejawia Ona w tej robocie i talent, i pilność, i rozmach, i wyobraźnię i poczucie humoru, i coś, co nazwałabym metafizycznym stosunkiem do włóczki.

– Na miłość boską, dziewczyno – mówię do Kiki – dlaczgoś Ty tego nie robiła przez ostatnie pięćdziesiąt lat?

– Bo nie miałam szydełka – odpowiedziała skromnie moja niezwykła koleżanka.

O, bo Kika jest niezwykła. Jak nasi rówieśnicy wiedzą (a młodzież powinna się dowiedzieć) Kika była swego czasu mityczną królową autostopu. Jej to podróże z dwojgiem dzieci – podróże przesławnej Szaszkiewiczowej, opiewał przesławny wówczas „Przekrój”. Ona to śpiewała w Piwnicy pod Baranami rozdzierającą pieśń „Parlez moi d’amour” i Ona to zarabiała na życie, robiąc zastrzyki bogatym Krakowiankom, które leżały w pościeli przystrojone we wszystkie swoje brylanty. Ona to wreszcie, choć wylądowała bliżej Bieguna Północnego niż ktokolwiek z tu obecnych, zachowała serce gorące, duszę upalną, a robota pali się Jej w rękach. Osobowość poetycka Kiki była w Jej czasach krakowskich tak intensywna, że niektórzy uważali ją za postać fikcyjną. A jednak nie. Kika jest realna. I spójrzcie Państwo, do jakiego stopnia.

Wypijmy toast za szydełko. Za to pierwsze i za to drugie.

Agnieszka Osiecka

Warszawa dn.15 marca 1984 r.

 Agnieszka Osiecka foto

Bardzo przystojna autorka tekstu najpewniej w jakiejś kolorowej podróży.

Poniżej przykładowe wpisy do pamiątkowej księgi z wystawy. Ten pierwszy, dowcipny  pochodzi od nie żyjących już rodziców mojego przyjaciela Michała. Na kolejnej kartce, już dzień po wernisażu  wpisały się koleżanki z Cisowego Dworku.

Wpis Spandowskiego

Wpisy wystawowe

Po wystawie poszliśmy wszyscy do dużego mieszkania Katarzyny Ważyk, artystki malarki, gdzie poznałam jej matkę, aktorkę. W tym mieszkaniu zachwyciły mnie malowidła w kuchni, na przykład na lodówce namalowany był stary piec, do złudzenia go imitujący i sprytnie kamuflujący lodówkę! Było tam masę ludzi, harmider, gwar i wciąż dzwonił telefon. Ja miałam nieszczęście siedzieć blisko tego urządzenia, więc gdy chwilami zostawałam z nim sam na sam, podnosiłam słuchawkę i mówiłam: „Centryb”, a wtedy głos w słuchawce odpowiadał: „a to przepraszam” i panie domu miały chwilę spokoju. Niestety sprawa się wydała i była straszna bura, gdyż to ponoć skomplikowało jakieś sprawy wielu osobom. Pomyślcie, jakie spustoszenia towarzyskie mogą czynić dziś telefony komórkowe, których na takim przyjęciu jest kilkadziesiąt, skoro tylko jeden, tak utrudniał rozmowy!

Burzliwe dziedzictwo Adama Wincetego Sz.

Mój najmłodszy prawnuczek Adaś ma już trzy tygodnie życia. Jest to jedyny jak do tej pory mój prawnuk, który poprzez nazwisko będzie kontynuował linię potomków rodu Szaszkiewiczów. Przy tej okazji wspominam ciekawe, a niekiedy nawet dziwne koleje losu tego rodu. Czy będzie on dziedzicem tego rodu w sensie psychologicznym – przekazów, wzorców i cech?  Aż się boję..

IMG_9394Maleńki Adaś z mamusią Lucynką zwaną Lusią

Rodzina ta wywodzi się z dalekich, ukraińskich kresów, z terenów Podola i Wołynia, gdzie jej członkowie mieli swoje siedziby od XV wieku do rewolucji sowieckiej. W Herbarzu Kacpra Niesieckiego napisano, o herbie własnym Szaszkiewicz: „Nadanym miał być ten klejnot rycerzowi na imię Szaszko, że w okazji z Poganami nieprzyjaciółmi krzyża Chrystusowego i walecznie stawał, i zwycięsko ich płaszał”. Zachował się u nas „Rodowód rodziny”, spisany przed laty przez któregoś z przodków. Jego lektura odkrywa mniej lub bardziej chlubne karty dziejów tej rodziny, na przykład w sienkiewiczowskich czasach walk z Turkami i Tatarami na „czarnym szlaku”. Są tam opisy zajazdów i podbojów, tryumfy i klęski (jeden z Szaszkiewiczów na przykład dostał się do niewoli tatarskiej, a kiedy wrócił po kilku latach, okazało się, że bracia rozdzielili już jego majątek pomiędzy siebie).

Pewnie niejedną z tych historii przytoczę jeszcze w niniejszym blogu, tym razem jednak chcę przejść do bardziej współczesnych czasów, do losów najbliższej rodziny mojego męża Antoniego.

Dziadek Józef z PeggyJego ojciec, Józef, jako osiemnastoletni oficer elitarnego carskiego Korpusu Paziów w Petersburgu, poznał piękną, o rok młodszą tancerkę, Amerykankę z Chicago, Margaret Crosby, która przyjechała tam na występy, jako członkini zespołu baletowego. Jej uroda i wdzięk podziałały oszałamiająco na młodego oficera, a jego urok, wykwintne maniery i uczucie zauroczyły młodą tancerkę do tego stopnia, że szaleńczo się w sobie zakochali i wkrótce wzięli ślub, w 1914 roku. W tym samym roku wybuchła I Wojna Światowa a trzy lata póżniej –  rewolucja bolszewicka, która zmiotła z powierzchni ziemi liczne polskie majątki i miejscowości. Małżonkowie mieli wtedy dwoje dzieci, bliźnięta. Straciwszy dom, w zagrożeniu życia przedzierali się z terenów objętych działaniami wojennymi i rewolucyjnymi do krewnych w głębi kraju, jednak po licznych dramatycznych przejściach dotarli tam już bez dzieci. Nieznane są ich losy. Mówiło się, że jedno zginęło, a drugie oddane zostało pod czasową opiekę pewnemu kolejarzowi, lecz słuch o nim zaginął. Oficer Józef i tancerka Peggy zamieszkali w Polsce, Józef został zawodowym wojskowym. Jednak (nie ostatni raz zresztą), znów stracił głowę dla pewnej uroczej damy – Wandy Małutowskiej i w 1922 roku małżeństwo ich rozpadło się. Peggy była w zaawansowanej ciąży. Szczęśliwym zrządzeniem losu znalazła niezwykle troskliwą opiekę w życzliwej rodzinie krewnego Szaszkiewiczów – Adolfa Bnińskiego, ówczesnego znanego działacza politycznego, senatora i wojewody poznańskiego. Bnińscy mieli pałac i dobra w Nekli w poznańskiem. Tam 6 czerwca tegoż roku urodziła syna Antoniego, mojego późniejszego męża, a jego ojcem chrzestnym został Adolf Bniński. W Nekli spotkała Józefa Michałowskiego. Był on, jak się okazało, dobrym przyjacielem Józefa Szaszkiewicza, z którym wspólnie byli w petersburskim korpusie paziów. Zajął się on osamotnioną Peggy tak serdecznie, że w dwa lata później wzięli ślub, zaś jej syn Antoni został (nie bez oporów) przyjęty do nowej rodziny.

Antoni Szaszkiewicz ojciec MaćkaAntoni Szaszkiewicz

Peggy i Józef Michałowscy zamieszkali w Małopolsce. W Jaśle w 1925 r. urodziła się im córka Dorota, zwana Dodą, a następnie Irenek.  Józef Michałowski wraz z trójką dzieci: pasierbem Antonim, córką Dodą i synem Irenkiem mieszkali początkowo w Dobrzechowie – rodowym dworze Michałowskich, a po jego utracie i likwidacji, w 1928 r. – w Poznaniu, gdzie zawarł spółkę samochodową z hr. Tyszkiewiczem. Spółka przeniosła się następnie, około 1932 r. do Gdyni. Tam też zamieszkał Michałowski z dziećmi. Po wojnie wyjechał do Włoch gdzie ostatni raz się ożenił.

Michałowski Józef2Józef Michałowski ojczym Toniego

Wojna 1939 roku rozrzuciła ich po świecie. Irenek skończył szkołę wojskową w Szkocji, zamieszkał na stałe w Anglii, gdzie dotąd żyje wraz z rodziną.

IrenekIrenek Michałowski w dzieciństwie

Doda początkowo mieszkała w Iwierzycach w majątku Starowiejskich, a potem u nas w Babicy, zaś Toni w Przeworsku i w Babicy. W Iwierzycach właśnie, na ślubie Dody Michałowskiej z Januszem Stojowskim, poznałam czarującego, przystojnego młodzieńca. Pracował wtedy w wytwórni wódek i likierów w Przeworsku, której właścicielem był książę Lubomirski. Ślub nasz odbył się w 1944 roku, niestety już po śmierci mojej matki.

Doda, Iwierzyce

Karta ze wspomnień Dody Stojowskiej

Peggy z Crosbych Michałowska zginęła w pierwszych dniach wojny, we wrześniu 1939 roku. Po bitwie nad Bzurą w okolicy Tułowic, pełniąc funkcję sanitariuszki, zajmowała się wraz z innymi zbieraniem ciał poległych żołnierzy. Została tam postrzelona przez karabin maszynowy z niemieckiego czołgu. Nazajutrz zabrano ja do szpitala polowego, ale zmarła z upływu krwi. Pochowana została ostatecznie w Błoniach pod Warszawą.

Mój syn Maciej, który wydobywa ze mnie te rewelacje o rodzinie Szaszkiewiczów jest wielce zatroskany tak burzliwym dziedzictwem w linii męskiej, mojego najmłodszego prawnuka Adama Wincentego. Ale przecież wszystko ma co najmniej dwie strony! Po pierwsze trzeba wziąć poprawkę na burzliwe czasy, w których żyli: wojny, rewolucje, utraty majątku, po prostu wielkie zmiany. Po drugie różnice, jakie były pomiędzy amerykańską praprababką Adasia, a jego kresowym, ze wschodu prapradziadkiem. Musiała być to przepaść cywilizacyjna. Oboje młodzi, piękni, ale niezbyt przystosowani do samodzielnego życia i pracy. Ratowały ich mocne charaktery i koneksje rodzinne. Dzięki nim przetrwał ich syn Antoni, mój mąż, a następnie jego przyrodnie rodzeństwo, które wyrosło na bardzo porządnych ludzi.

Z kolei synową trapi sprawa braku więzi w opisanej wyżej rodzinie. Cóż powiedzieć w tej sprawie – może tyle, że Adam dziedziczy jeszcze przekazy rodzinne innych rodzin, ze strony prababki (to ja), babki (synowa) i najważniejsze swojej matki (Lucynka), gdzie te więzi są mocniejsze. Być może to wszystko razem się jakoś zrównoważy i dziecko będzie szczęśliwe i dobrze przystosowane w dorosłości. W każdym razie lepiej niż jego niektórzy przodkowie! Tego mu serdecznie życzę oraz tego, aby miał ciekawe życie! Tylko czy to nie stoi w sprzeczności ze sobą?