Miesięczne archiwum: Czerwiec 2014

Czyżby koniec sezonu?

Kończy się sezon towarzyski, za chwilę wakacje, urlopy i podróże. Nie będę narzekać, z pewnością będą mnie odwiedzać ci, którzy akurat są w mieście. Sama pamiętam ten czas, mimo iż nie było mnie stać na wywczasy i często zostawałam w mieście, jako bardzo miły! Można było nareszcie odpocząć od dzieci, Inni też wysyłali swoje na kolonie i spotkaniom nie było końca! W niedzielę jak zawsze wędrowaliśmy po okolicach Krakowa, które dzięki temu znam doskonale.

Ostatnio, z okazji imienin synowej, wiele osób nas odwiedziło, a niektóre z nich zasiadły na dłużej, na pogawędkę przy mnie. Musicie wiedzieć, że nie bardzo mam już siły na dłuższe bywanie w salonie wśród gości i mój bardzo wygodny fotel zajmuje teraz Panda, nasza bardzo towarzyska pieska, która pilnie baczy na to, co wjeżdża na stół. Zawsze coś zdąży zwinąć, ostatnio zmywała talerze z końcówkami zostawionych na nich szparagów oraz łupin z bobu. Wystawcie sobie: żeby pies jadł zieleninę?! Oczywiście uwielbia też czereśnie (pestki czasem wypluwa), a truskawki najchętniej w śmietanie. Rzodkiewką też nie pogardzi!

Wśród miłych gości trafił się Zygmunt, przyjaciel mojego syna, którego znam od lat, gdyż razem byli w domu dziecka w Krzeszowicach. Otóż Zygmunt, z którym długo sobie porozmawiałam, przypomniał sobie prezent, jaki mu przywiozłam wiele lat temu zza granicy. Było to mydło na sznurku zawieszane, rzecz bardzo praktyczna dla kogoś, kto może mieć trudności ze znalezieniem go, gdy mu się z rąk wyśliźnie i „ucieknie”. Zygmunt jest niewidomy, więc dla niego była to bardzo praktyczna rzecz! Bardzo go podziwiam, gdyż należy do niezwykłych ludzi, nie tylko, dlatego, że był i nadal jest bardzo zaradny, ale ze względu na jego odwagę za komuny, gdy działał w opozycji, a potem w podziemiu i nieźle za to obrywał. Powspominaliśmy stare dzieje, Zygmunt uważnie wypytał mnie o samopoczucie i wiem od synowej, że dzwonił z radami jak mam się odżywiać, żeby utrzymać się przy życiu.

Przyszli też Ania i Romek, z którymi serdecznie się przyjaźnię, mimo, iż jak reszta gości są z pokolenia moich dzieci. Z Romkiem rozmawia mi się wyśmienicie. Należy on do niezwykle wrażliwych słuchaczy, a i sam ma wiele do opowiedzenia. Niestety jest człowiekiem bardzo zajętym i nie widujemy się zbyt często. Z kolei jego żona zwana u nas Myszką obdarowuje nas wszystkich wspaniałymi prezentami. Od Romka dostaję zawsze piękne kwiaty.

Z kolei Nina i Rysiek stanowią razem bardzo ciepłą parę i z wielką troską zapewniali mnie o konieczności jedzenia, aby żyć. Robili to z humorem, gdyż szczególnie Rysiek prześmiewa wszystko, co się da. Niestety też nie zaglądają zbyt często. Może właśnie dlatego spotkania z nimi zawsze potem długo pamiętam. Mają też kapitalnych synów, których wieki całe nie widziałam.

Część towarzystwa, tak zwaną czwartkową, widuję częściej i właśnie za parę dni zapewne się spotkamy. Jest wśród nich wybitny naukowiec i równie wybitny kucharz, Krzysztof, który przyniósł na spotkanie (nie po raz pierwszy zresztą) bardzo ponoć pyszne danie. Załączam zdjęcie – zgadnijcie sami, co to jest. Grzechem byłoby przecierać to przez sitko, a tylko w tej postaci mogę ostatnio przyjmować pokarmy.

danie KrzysiaZobaczymy, co przyniesie w czwartek! Jest to człowiek, z którym każda rozmowa osiąga wysoki poziom i jest bardzo interesująca. Krzysztof ma specyficzne poczucie humoru z nutą złośliwości i sprawia wrażenie trzymającego dystans. A naprawdę jest bardzo bliskim i oddanym przyjacielem rodziny. W ogóle to czwartkowe towarzystwo jest atrakcyjne – chyba też dla siebie samych, bo nieustannie się spotykają ze sobą, rzecz jasna w czwartki u nas, ale nie tylko. I tak, zawsze czekam na Kasię i Mirka, ukochaną Beatę i jej bardzo przystojnego partnera. I oczywiście sąsiadów: Ewę i Krzysia oraz Irenę i Jacka. No i przede wszystkim na Jasia Strzałkę, który wiernie do mnie telefonuje, a jak już przyjdzie, toczymy niekończące się rozmowy! Z Jasiem właśnie moja synowa spędziła swój wieczór imieninowy w Teatrze Starym na spotkaniu z cyklu „Na kanapie Konrada Swinarskiego”. Dwóch wybitnych filozofów: oo. Jan Andrzej Kłoczowski i prof. Zbigniew Mikołejko, dyskutowało niezwykle błyskotliwie i ciekawie na temat wolności, tożsamości, duchowości i polityki. Na ten ostatni najmniej, chociaż stanowi on kontekst pozostałych. Zachwycające jest to, że wciąż coś ciekawego dzieje się w tym Krakowie! Smutne, że nie mogę tam bywać, ale dostaję wyczerpujące relacje. Synowa już myśli, na co pójść w trakcie festiwalu kultury żydowskiej. Jak więc widzicie trudno mówić o końcu sezonu!

List do Estreichera

Obiecałam napisać o liście sprzed przeszło sześćdziesięciu lat, który został odnaleziony w archiwum rodziny Estraicherów, a którego kopię przyniosła ostatnio Marysia Vetulaniowa. Autorką jestem ja sama, chociaż piszę jako mój pierworodny syn Maciek. List opisuje jego położenie zaraz po porodzie i adresowany jest do lekarza, który towarzyszył odbieraniu Maćka przez Staszka Szyszkę. Ów lekarz to właśnie bodaj Leon Estraicher (imienia nie jestem pewna), którego znałam z Krakowa.  Przyjechał do Dusznik na krótki urlop i trafiła mu się gratka, czyli pomoc w przyjściu na świat mojego pierworodnego. Sam poród był dość śmieszny, bo szybki i bez bólu, a zachowanie obu lekarzy tak niecodzienne, że gdy to wspominam, to jeszcze odczuwam wrażenia zimna. Tego zimna, które  zawsze nachodzi kobietę po porodzie i trzeba się nią wtedy zająć, przykryć, zadbać o to, by wróciła do siebie. Ale panowie doktorzy kompletnie to zaniedbali i rozczulali się nad urodą mojego syna. Zupełnie jak stare ciotki, zastanawiali się, do kogo jest podobny i „jakie ma śliczne brewki” i jaki jest urodziwy. Ja leżałam bez opieki, a nie chciałam krzyczeć, żeby nie budzić innych pacjentów (rzecz działa się w nocy, jak na przyzwoity poród przystało). W końcu skończyli, obmyli dziecko i przyszli do mnie. Stąd może pomysł na list (poniżej) od maleńkiego Maćka,  do przyjmującego poród lekarza, który tak się nazachwycał noworodkiem!

List od małego MaćkaNastępne wydarzenia też były zabawne. Gdy zobaczyłam dziecko nazajutrz, byłam bardzo zawiedziona jego wyglądem Wydał mi się dość brzydki w porównaniu z tym nocnym opisem. Nie było śladu brewek, mały miał zaledwie parę włosków i tylko wielkie oczy, które odziedziczył po swoim ojcu dodawały mu uroku. Postanowiłam poprawić mu nieco urodę, gdyż w odwiedziny miał przyjść mój ojciec. Szybko namalowałam mu czarną kredką brakujące brewki. Okazało się jednak, że pogorszyłam sytuację, gdyż delikatna skórka noworodka zareagowała opuchlizną i zaczerwienieniem. I tak go znalazł jego dziadek Chimek, który bardzo czekał na wnuka. Ku mojemu zdumieniu, ale też radości, ojciec uznał, że jego wnuk jest najpiękniejszym dzieckiem, jakie w życiu widział. Wiedziałam, że być może prawda jest inna, ale bardzo mnie to uspokoiło.

Maciek w mau 1947Swoją drogą mój syn wyrósł potem na bardzo ładnego chłopca i przystojnego człowieka, a jego urodę zawsze podkreślały piękne brwi nad mądrymi oczami. Te  piękne  oczy odziedziczyła po nim córka Kasia. Po tym wszystkim nabrałam przekonania, że uroda jest rzeczą względną, a dziadkowie bywają bardziej zaślepieni od rodziców. Chociaż mój wnuk Piotr twierdzi uparcie, że jego dzieci są obiektywnie najładniejszymi na świecie. Może to tylko mężczyźni są tak bardzo zaślepieni miłością?

Cup of tea

Home, my sweet home! Nareszcie wróciłam do domu, chociaż nie byłam w stanie wejść do niego na własnych nogach. Jestem dużo słabsza bo apetyt mam tylko na herbatę i to taką jak lubię: mocną, gorzką i podaną w pięknej porcelanowej filiżance. A jak się zapewne domyślacie nie miałam do niej dostępu w pensjonacie, gdzie podają w kubeczku lekko zabarwioną wodę i usiłują ci ją posłodzić!

filiżankaMam nadzieję, że „moja” herbata postawi mnie na nogi, chociaż synowa mi podaje dodatkowo jakiś wzmacniający napój o smaku waniliowym i zapewnia, że i tak muszę wrócić do jedzenia. Ale póki co myślę z wdzięcznością o herbacie. Lubiłam ją już przed wojną, a jeszcze bardziej wtedy, gdy ktoś z babickich gości oświadczył, że jest znacznie lepsza, gdy niesłodzona. W czasie wojny piło się napój herbaciany gorszego sortu, a kawy prawie nie było. Ale już po wojnie, pamiętacie herbatę Ulung w puszkach? W Norwegii, która pije cienką kawę na sposób amerykański, można było kupić każdy rodzaj herbaty i rozmaite podgrzewacze na stół, co sprawiało, że była cały czas dostępna. Nawet –  jak przed wojną – dostepna była herbata z samowara! Był czas, że po godzinie 17.00 nie mogłam pić mocnej herbaty, gdyż wtedy nie mogłam zasnąć. Odkryłam wtedy smakowe herbaty owocowe, w tym moją ulubioną z czarnej porzeczki. Teraz piję herbatę naturalną, czasem earl grey, chętnie lapsang souchong, która smakuje jakby była lekko podwędzana. Tak więc rozkoszuję się swoim łóżkiem, herbatą oraz towarzystwem Konstancji, która przywitała mnie owacyjnie, a teraz głośno mruczy, gdy ją głaskam.

kika i KotKonstancja zwana Kotą, z którą dzielę pokój oraz łóżko

Patrzę też na kwiaty – ostatnie piwonie i ostro pomarańczowe bratki, które pachną szalenie. Nie ma to jak w domu! W telewizji jak to mówią ogórki, ale też sensacje z jakimiś podsłuchanymi rozmowami. No i piłka nożna, będzie można wspólnie z wnukiem i może nawet synem oglądać mecze. Powoli dojdę do siebie i mam nadzieję wrócę do pisania dla Was. Synowa z pewnością zacznie wystawiać mnie w fotelu na taras, gdzie kwiatów ponoć moc! Przybędą czwartkowi goście, wpadną z wrzaskiem prawnuki: Pola, Malwina, Ignaś i Julka, a może Maurycy i Makary oraz coraz bardziej rozumny (sądząc ze spojrzenia) półroczny Adaś. A co do remontu – wciąż trwa i końca nie widać..

Jeszcze na wygnaniu..

Pragnę zapewnić czytelników, że myślę o nowych wpisach, które jednak pojawią się niebawem po moim powrocie do domu. To się przeciąga, gdyż remont zawsze napotyka na przeszkody i wydłuża w czasie. Ja postanowiłam wrócić do domu, gdy w łazience będzie już woda. Nasza rodzinna projektantka wnętrz, moja wnuczka warszawska – Kasia, ma coraz to nowe pomysły, a rodzice jej kibicują. Mam nadzieję, że w planie jest woda w łazience, ale kiedy to nastąpi? Póki co jest mowa tylko o lustrach i płytkach, fugach  oraz punktach świetlnych. Synowa planuje kwiaty w łazience.

groble

IMG_0006

Tymczasem jestem w pensjonacie w Grobli (zdjęcia powyżej) gdzie odwiedzają mnie ludzie i zwierzęta (przychodzą sarny i gołębie zakładają gniazda na moim balkoniku). Opieka jest bardzo dobra, wciąż ktoś wpada, dopytuje się o samopoczucie lub przynosi jakieś smakołyki. Często zaglądają przyjaciele i rodzina. Gdyby mi tylko sił przybywało, a nie ubywało, niestety jest odwrotnie.. Wszyscy przypisują to apetytowi, który mnie chwilowo opuścił. Na szczęście jest to apetyt na jedzenie, a nie na życie!  Czekajcie na mnie, mam sensacyjne sprawy dzięki Marysi Vetulaniowej, która przyniosła pewien list sprzed przeszło sześćdziesięciu lat. Od kogo?  Cierpliwości, proszę! Przesyłam Wam wielkie serdeczności z miejscowości Grobla, gdzie odpoczywam od miasta.

luft z WierąOdwiedziny Wiery, serdecznej sąsiadki z domu w Krakowie