Miesięczne archiwum: Lipiec 2014

BABICA – nasze gniazdo rodzinne

Pisałam poprzednio o udziale mojego Ojca w bitwie gorlickiej podczas I Wojny i szczęśliwym skutku odniesionej przez niego rany na polu bitwy. Szczęście w tym nieszczęściu polegało na tym, że mógł wraz z żoną (moją późniejszą moją matką) osiedlić się w Babicy i zająć się podupadłym majątkiem.

Babica Konstanty Pawlikowski ojciec OlgiPoprzednim właścicielem majątku w Babicy był mjr austriacki Konstanty Gwalbert Paweł Pawlikowski. Urodził się on w 1831 r. Jego brat Józef był austriackim generałem. Byli oni spokrewnieni z pisarką i poetką Marią Pawlikowską-Jasnorzewską, z domu Kossak.

Babica Karolina NitcheKonstanty Pawlikowski poślubił wdowę po Teofilu Wasilewskim, właścicielu Czudca (oraz Nowej Wsi, Zaborowa, Markuszowej i Pstrągowej) – Karolinę Joannę Wasilewską z domu Nitsche, ur. w 1834 r. w Czudcu. Niejasne plotki rodzinne utrzymywały (zapewne złośliwie, z zawiści), że prawdziwym powodem, dla którego kupił on Babicę i ożenił się z wdową, była jego szalona miłość niej, która trwała od dawna, jeszcze podczas jej poprzedniego małżeństwa. Rzekomo zrobił to, dlatego, aby być blisko ukochanej. A po śmierci jej męża poślubił ją. Nie dajmy jednak wiary tym pomówieniom. Karolina zmarła w 1890 r., natomiast Konstanty Pawlikowski zamieszkał samotnie w Babicy. Nie był dobrym zarządcą, ani gospodarzem, więc majątek stopniowo podupadał. Zmarł w Babicy w 1904 r. Rok przed śmiercią przekazał Babicę w testamencie Marii Zofii Wiktor z Czudca (mojej Matce). Wynikało to stąd, że Pawlikowscy byli bezdzietnym małżeństwem. Natomiast córką zmarłej żony z poprzedniego małżeństwa była Aleksandra, a Maria Wiktor była jej wnuczką.

Babica Aleksandra Wasilewska z MuchąAleksandra Wiktor  (zwana Olgą) z córką Marią (zwaną Muchą)

Znowu pojawiły się plotki, że może 14-letnia wtedy Maria to nie tylko wnuczka żony, ale owoc zakazanej miłości Konstantego i Karoliny. Wynikałoby z nich, że moim pradziadkiem nie byłby Józef Wiktor, lecz Konstanty Pawlikowski senior. Oczywiście nie dajemy wiary niesprawdzonym pomówieniom, nawet tak romantycznym! W imieniu młodziutkiej właścicielki Babicy pieczę nad majątkiem sprawowała jej matka – Olga Wiktor z domu Wasilewska, urodzona w r. 1867. Z pierwszym mężem Józefem Wiktorem z Wojkówki miała trójkę dzieci: syna Zdzisława (1885-1916), córkę Marię Zofię (1889-1943) i syna Józefa (1896-1972). Później, po tragicznej śmierci męża, wyszła za mąż za Witolda Uznańskiego, który podczas II wojny został zamordowany przez hitlerowców. Olga przekazała Babicę córce po jej zamążpójściu, a więc w 1913 r. Sama mieszkała wtedy w pobliskim Czudcu, a Babica popadała w ruinę. Zmarła w 1936 r. w wieku 69 lat. Młode małżeństwo moich rodziców, „radując” się z powodu ran odniesionych przez Chimka w bitwie pod Gorlicami mogło się osiedlić w swojej Babicy.

Gorlice Maria (Mucha)Ojciec, znakomity zarządca wielu majątków ówczesnej arystokracji zabrał się energicznie do dzieła i stopniowo postawił Babicę na nogi. Uwili nasze gniazdo rodzinne. Jedno tylko wtedy zmartwienie nie pozwalało im cieszyć się do końca: nie mogli doczekać się dzieci. Modlili się do Matki Boskiej, patronki Mamy, aż po czterech latach przyszłam na świat ja. Ojciec wystawił wtedy w naszym parku, na wysepce w jeziorku, dużą figurę Matki Boskiej, jako wyraz wdzięczności za córkę. Potem przyszli jeszcze na świat moja siostra Maja i brat Kot. Przy każdym urodzeniu dziecka Ojciec zasadził lipę w pobliżu domu. Do dziś stoi tam jeszcze tylko moja lipa. Z naszej trójki też żyję tylko ja jedna.

Joachim (Chimek) JarochowskiWiem, że już kiedyś pisałam o mojej lipie, ale nie dziwcie się, że do niej wracam. Tak jak wracam do „mojej”  Babicy, którą straciłam zanim stała się całkowicie moja. I do rodziców, o których myślę z czułością i wdzięcznością.

„Jako lekarz – zalecam; jako człowiek – odradzam”

I Wojna Światowa, która wybuchła w 1914 roku, a więc równo 100 lat temu, zastała mojego Ojca w majątku Lubomirskich w Przeworsku, gdzie pełnił funkcję zarządcy. Mieszkał tam wraz Marią Jarochowską z d. Wiktor, moją późniejszą Matką, którą poślubił w 1913 roku, w przydzielonym mu małym domku. Ponieważ pochodził z poznańskiego (z majątku rodzinnego w Jarochowie), był poddanym króla Prus i cesarza niemieckiego Wilhelma II Hohenzollerna, zwanym czasem familiarnie „Wilusiem”. Polski formalnie wtedy przecież nie było. Powstała dopiero po 123 latach zaborów, w 1918 roku. Tak więc w 1914 roku Ojciec został wcielony do armii niemieckiej jako zwykły żołnierz piechoty. Można powiedzieć więc, że moi synowie mieli „dziadka w Wehrmachcie”! Ojciec wspominał początki wojny, jako nieustanne przewożenie jego i innych oddziałów po Europie. Zazwyczaj zwykli żołnierze nie wiedzieli nawet, gdzie aktualnie się znajdują. Ojciec wiedział tylko, że stacjonowali w Belgii pod Ypres, po czym znalazł się w okolicy Królewca w Prusach wschodnich, następnie przewieziono ich do wschodnich rejonów Karpat. Nigdzie nie walczyli, tylko stacjonowali nie wiadomo, po co. Jednak w początku maja 1914 roku, jego oddział znalazł się pod Gorlicami. Moja Matka jeździła za mężem wszędzie, gdzie tylko mogła ustalić jego miejsce pobytu. Jeździła wraz z matką Ojca – Jadwigą Jarochowską z domu Moraczewską. Wynajmowały zwykle jakiś dom położony blisko miejsca stacjonowania oddziału i stamtąd odwiedzały Chimka. Takie były czasy!

Gorlice Chimek Jarochowski ok. 1927 r.Młody Joachim Jarochowski – mój ojciec w tamtych czasach

Dziś wiem, że przemieszczanie żołnierzy w różne strony Europy było strategią armii niemieckiej, mającą na celu zmylenie Rosjan, co do rzeczywistych intencji sojuszniczych armii koalicji niemiecko-austriackiej. A polegały one na tym, że nieoczekiwanie rozpoczną one atak na całej linii frontu od Bałtyku po Morze Czarne. Tak też zrobili. W dniu 2 maja 1914 r. rozpoczęła się batalia. Najpierw wzdłuż całego frontu (liczącego tysiące kilometrów długości) wkroczyła ciężka artyleria, zasypując pozycje rosyjskie wieloma tysiącami pocisków i bomb, po czym ruszyła piechota. Według historyków współczesnych, bitwa pod Gorlicami  była największą bitwą górską w całej I Wojnie Światowej.

Gorlice bitwaBitwa pod Gorlicami

Rozkaz ataku dla żołnierzy z oddziału, w którym służył Ojciec, zastał ich na odkrytym, płaskim, rozległym polu, ciągnącym się do podnóża wysokiego, stromego wzniesienia, porośniętego gęstym lasem. W lesie tym kryli się liczni żołnierze rosyjscy. Atak w tych warunkach był bez sensu i z góry skazany na niepowodzenie. Niewidzialni Rosjanie (wśród których byli Polacy z zaboru rosyjskiego) strzelali do doskonale widocznych Niemców (wśród których też byli Polacy – z zaborów pruskiego i austriackiego) jak do kaczek. Skutek był do przewidzenia. Ojciec został ranny: odłamek pocisku trafił go w łokieć. Ojciec legł w trawie nieprzytomny i leżał w upale do zmroku. Kiedy wreszcie ocknął się pod wpływem nocnego chłodu, wstał, po czym zorientował się, że wszyscy z jego oddziału zginęli, oprócz niego. Pod osłoną nocy, osłabiony, przemknął się do majątku Długoszów w Siarach. Był tam ustanowiony armijny lazaret i punkt opatrunkowy. Ojca zaopatrzono i wysłano na tyły frontu na dalsze leczenie. Stamtąd Matka dostała powiadomienie. W późniejszych latach mówiła nieraz z humorem, że kiedy dostała wiadomość, iż Joachim Jarochowski został ranny w bitwie, to skakała z radości na metr wysoko! A trzeba wiedzieć, że zawsze miała sporą nadwagę.

Gorlice Mucha z Wiktorów JarochowskaPortret Marii z Wiktorów Jarochowskiej – mojej matki (autor Tadeusz Cybulski)

Matka zaczęła ruszać wszelkie koneksje i znajomości, aby jej męża można było porządnie wyleczyć. Aż pewnego razu dotarła do generała (nazwiska już nie pamiętam), lekarza, który na jej błagania o leczenie męża odpowiedział znamiennie: „Jako lekarz – zalecam; jako człowiek – odradzam”. Matka zrozumiała w lot, że jest to szansa, iż Ojciec może nie być wysłany na front, co też się potwierdziło. Miał on wprawdzie do końca życia paraliż trzech palców prawej dłoni, ale tak ją usprawnił, że niemal wszystko nią robił: pracował, grał w tenisa, polował, jeździł konno. No i przede wszystkim przeżył, dzięki czemu możecie czytać te słowa!

Gorlice MuchaMoja matka w tamtych czasach

Lato, lato, kwiaty, kwiaty..

Niby przyszło lato, słońce, ale wciąż było zbyt zimno, aby wybrać się na taras. Kot mi to powiedział, nie opuszczając mojego łóżka. Nasłuchiwałam więc śpiewu ptaków i grzechotania srok za oknem. Patrzyłam na kwiaty w wazonach, których o tej porze w domu jest cała masa. Niektóre piękne i szlachetne, jak na zdjęciu poniżej. Postawiono je na parapecie mojego okna, i stąd ten wpis o kwiatach, gdyż stale na nie patrzę i o nich myślę..

IMG_0294Bukiet róż w towarzystwie naszej Pandusi, która pozuje do zdjęcia. Dzisiaj jest podobno dzień psa

Ostatnia niedziela czerwca była wreszcie bardzo ciepła, więc spędziłam ją w dużej mierze na tarasie. Oczywiście synowej chodziło o to, abym się trochę poruszała, a nie tylko napawała wyglądem pięknych kwiatów oraz pergoli z winorośli.. Trzeba przyznać, że jest na co popatrzeć! Doceniłam piękny kolor obfitej surfinii, i rozmaitość dalii w wielkiej donicy. Równie piękne są pnące pelargonie oraz te wielkie, stojące na baczność i obsypane masą kwiatowych kul. I jeszcze niecierpki, te mniej szlachetne o małych delikatnych kwiatkach. Widziałam je kiedyś na zdjęciu z Kostaryki, gdzie był mój syn, w postaci wielkich krzaków obsypanych kwieciem. Tak jest ze wszystkimi kwiatami, potrzebują ciepła i słońca. W Hiszpanii, gdzie byłam u wnuczki, cały sąsiedni dom i otaczający go mur, oplatały cudowne bougenville, pachniały kwiaty pomarańczy, a w miejskim parku rozmaite lilie były wielkości człowieka!

IMG_0300A musicie wiedzieć, że ja nawet w Norwegii, gdzie aura nie jest specjalnie sprzyjająca, plantowałam w ogrodzie i na tarasie masę kwiatów. Wcześniej w naszym majątku w Babicy zajmował się tym bardzo sympatyczny ogrodnik, więc nie nabrałam wielkiej wprawy, ale nadrobiłam to potem i do dziś mam „rękę do kwiatów”. Nie wszyscy to mają, ale ludzie ze wsi, tak jak ja, chyba częściej niż inni. Zawsze polowałam na rzadkie kwiaty w różnych domach, aby uszczknąć po kryjomu szczepkę i wsadzić ją dość szybko do wody. Zawsze się przyjęła. Mieliśmy w Babicy cudowne, kremowe pnące róże z gatunku Marechal niel, a na klombach wyniosłe irysy, mieczyki i chyba hortensje. I znów róże wielu odmian i kolorów. Wszędzie też pięły się groszki, gdyż matka je bardzo lubiła. Było więc, jak w piosence Ewy Demarczyk „groszki i róże”. Zawsze dostaję od przyjaciół groszki, zaś od rodziny – konwalie. I polne kwiaty od synowej..

IMG_0258Dzieci, w tym wypadku nasze Julcia i Polcia, bywają ozdobą ogrodu

A w Norwegii ustawiałam skrzynki piętrowo na kamieniach, wieszałam kosze z donicami, ustrajałam kwiatami np. stare taczki i różne stare garnki walające się w ogrodzie. Stąd lubię kolor różowy, bo szeroka gama różu, aż do fioletu, ozdabiała najpiękniej surową urodę norweskiej natury. Nawet na małym balkoniku (na zdjęciu poniżej) kwitły kwiaty. Norwegowie to doceniali i podziwiali. Uwielbiałam na przykład nasturcje, bo mi przypominały małe polskie ogródki.

Kika i nasturcjeNa tarasie w Stavanger z rodziną

Kiedyś synowa wróciła zachwycona z Holandii, gdzie właśnie kwitły narcyze, tulipany i żonkile. Codziennie znajdowała tam w swoim pokoju świeże kwiaty. To też jest nadmorski kraj o klimacie raczej surowym. Pewnie dlatego ludzie kochają kwiaty i wkładają dużo wysiłku w ich pielęgnację.  Od tego czasu na wiosnę, synowa taszczy do domu naręcza różnokolorowych tulipanów. A ja zanurzam w nich twarz. Niektóre pięknie pachną, a wszystkie są  jedwabiste w dotyku. Albo łubiny! Popatrzcie na zdjęcie z Wołowca, gdzie te kwiaty wyszły po prostu z ogrodu Pani Marii  i obsadziły przyległe poletka, rowy i skraj lasu. Ponoć było tam jeszcze więcej kolorów! Fiolety i odcienie różu.

DSCN0669Niestety nie mogę tego zobaczyć w naturze. A może ze trzy lata temu jeszcze,  podziwiałam piękne malwy w Zabrzeży, ślicznym, letnim domu Teresy i Krzysia Kwintów.  Spędzają tam każdą wolną chwilę, a Krzysiek podobno sam wszystko naprawia, maluje i cuduje. I efekty zaraz widać! Ciekawe kto dba u nich o kwiaty? Bo chyba nie same sobie radzą? Tak mówił o kwiatach nieodżałowany przyjaciel domu, Kaczor, że u niego w mieszkaniu kwiaty same sobie radzą. Ale chyba zmyślał, bo żyły.

DSCN0895Malwa w Zabrzeży

A jeszcze w zeszłym roku byłam z rodziną w ogrodzie botanicznym, by podziwiać różne cuda. Na przykład wielki łan rumianków. Teraz patrzę na stojące w wazonie. Sami powiedzcie, czyż nie jest to najpiękniejszy widok? Właściwie trudno znaleźć słowa, aby je opisać, lepiej sadzić i potem patrzeć jak rosną. Róbcie to koniecznie, a będzie się wam pięknie żyło!

IMG_0298