Archiwa autora: kika

Urodzinowa wystawa

Przedwczoraj miałam bardzo emocjonujące przeżycia! Rodzina i przyjaciele zorganizowali piękną wystawę moich prac (część z nich można zobaczyć w „galerii” blogu). Odbyła się we wspaniałych pomieszczeniach odrestaurowanego domu w Krakowie przy ulicy Senackiej 6. Urocza i urodziwa właścicielka, Mary Tomaszewska, z czystej, bezinteresownej dobroci oddała nam do dyspozycji swoją elegancką „Look in Gallery”. Tam nasi przyjaciele: Agnieszka, Beata, Kasia i Hirek, intrygująco pomysłowo i z prawdziwym artyzmem, wyeksponowali moje prace tak efektownie, że nabrały nowego wyrazu.

Bardzo Wam dziękuję!

wystawa Zapr.

A oto zaproszenie na wernisaż wystawy, które jak zawsze błyskawicznie i z pomysłem, zrobił   przyjaciel rodziny Marcin Szczęk. Do tego, żeby było dowcipne, przyczynił się  mój wnuk Piotr.

Podczas otwarcia wernisażu, nieoceniony przyjaciel, profesor Jerzy Vetulani opowiedział o mnie z taką elokwencją i dowcipem, że wciąż odbieram sygnały od rozbawionych osób, które przybyły na to spotkanie. A było ich sporo, ponad  setka! Wśród wielu facecji przypomniał mi, że przed wielu laty w „Przekroju” ukazał się tzw. Dowód Osobisty, tj. ankieta z wieloma pytaniami, w której na jedno: „Jak chciałbyś umrzeć?”, napisałam odpowiedź: „Najlepiej wcale!”. Jurek Vetulani ciągnął, że „od tej pory większość czytelników i uczestników ówczesnego „dowodu osobistego” już nie żyje, a Kika dotrzymała słowa!”

wystawa VetJurek Vetulani trzyma mowę

Nieoczekiwanie dla mnie, zjawiła się także przemiła pani Magdalena Sroka, v-ce Prezydent Krakowa ds. Kultury i Promocji Miasta i wręczyła mi order „Honoris Gratia”, przyznawany osobom zasłużonym dla Krakowa. Musiał maczać w tym palce ktoś bardzo mi życzliwy. Nie wiem komu dziękować?

 Wystawa order

Członkowie kabaretu Piwnica pod Baranami pod kierunkiem pomysłowego i życzliwego mi bardzo Bogdana Micka, zorganizowali dla mnie bardzo sympatyczny koncert. Tamara Kalinowska, Jacek Wójcicki, Piotr Kuba Kubowicz, Tadzio Kwinta, i Marek Michalak śpiewali wzruszająco i komicznie – jak to w Piwnicy. Zwracali się wprost do mnie, która siedziałam przed nimi.  Bardzo to było miłe.

Dziękuję Wam za to!

Dzięki wspaniałemu cateringowi „Chimery”, zapewnionemu przez niezawodnego przyjaciela Artura Wrońskiego oraz całemu szeregowi butelek napojów orzeźwiających, atmosfera wernisażowa stopniowo przeszła w rozbawione spotkanie towarzyskie, które przeciągnęło się dobrze po północy. Jest co wspominać.. Kwiatami pachnie cały dom! Gdy spłyną  jakieś zdjęcia, podzielę się z Wami.

A wystawę można oglądać do 8 marca,  codziennie w godzinach od 12.00 do 18.00

Serdecznie Zapraszam!

Karabiny i drzewka

Wychowanie w dwudziestoleciu międzywojennym cechowało się wielkim patriotyzmem. Nie dziwi więc fakt, że Polska była jedynym z podbitych przez Niemców krajem, gdzie zjawisko zorganizowanej kolaboracji właściwie nie istniało. Za to ogromna liczba moich znajomych zaangażowana była w konspirację. Oczywiście dowiadywałam się o tym (jeśli w ogóle) przeważnie po wojnie, bo w trakcie okupacji ściśle przestrzegano zasad bezpieczeństwa.

Ja zostałam zaprzysiężona do Związku Walki Zbrojnej, poprzedniczki AK, chyba w roku 1941. Moim bezpośrednim przełożonym był Staszek Pokrywka, przed wojną zawodowy żołnierz, za okupacji jeden z lokalnych dowódców konspiracji. Jednak z dwóch powodów nie mogłam zbyt aktywnie działać w strukturach Podziemia: po pierwsze, jako ziemianka byłam zbyt rozpoznawalna w okolicy, a po drugie Staszek roztoczył nade mną coś na kształt parasola ochronnego. Być może chodziło o to, że się we mnie trochę podkochiwał, a być może dał mojemu ojcu obietnicę, że nie będzie mnie narażał.

Jednak przypominam sobie przynajmniej dwa przypadki, gdy przysłużyłam się Akowcom. Pierwszym z nich była akcja przewozu pod nosem niemieckiej policji broni ze zrzutów alianckich. Zaczęło się od tego, że przyszedł do mnie Staszek z kilkoma ludźmi i poprosił, abym wzięła elegancki powóz z furmanem oraz duży kufer, i pojechała z nimi. Domyśliłam się od razu, że będziemy coś przewozić, ale powiedzieli, że dowiem się dopiero w ostatniej chwili. Nie pytałam więcej, bo jak to w konspiracji: „Mniej wiesz – dłużej żyjesz”. Jechaliśmy chyba z 10 km, aż za Czudec, po strasznych wertepach. Staszek, jego dwaj ludzie i ja siedzieliśmy w powozie, a obstawa jechała rowerami: jeden daleko przed a drugi za nami. Pamiętam, że była to wczesna wiosna, więc odbywały się omłoty. Zorganizowane to było tak, że z mijanej młocarni wyskakiwało dwóch ludzi i prowadzili do następnej młocarni. Tam zeskakiwali z rowerów, a wskakiwali inni.

Dojechaliśmy aż do końca drogi, głęboko w jakiś nieznany mi las. Dalej Akowcy poszli pieszo, a ja czekałam w powozie jakieś półtorej godziny. W końcu wrócili niosąc ze sobą broń: chyba osiem karabinów, trochę granatów oraz jakąś broń krótką. Mieliśmy to wszystko przewieźć do innej kryjówki. Okazało się, że nie ma jak ukryć karabinów – były za długie by zmieścić się w kufrze, więc lufy wystawały. Wpadłam wtedy na pewien pomysł: mijając jakieś gospodarstwo chłopskie zauważyłam oparte o płot, stojące w pękach, powiązane małe drzewka. Kazałam jednemu z naszych żołnierzy chwycić taki pęk i wziąć do powozu. Wcisnęłam drzewka korzeniami do kufra, a wystające gałęzie maskowały lufy karabinów.

Najgorsze było to, że musieliśmy przejechać przez Rynek w Czudcu, gdzie największą narożną kamienicę zajmował posterunek niemieckiej policji, a droga szła bezpośrednio pod nią. Na ulicach toczył się normalny codzienny ruch, zresztą raczej niewielki, bo nikt nie chciał przebywać zbyt blisko Niemców. Kiedy wjechaliśmy na Rynek, zobaczyliśmy taką scenę: kilkadziesiąt metrów przed nami trzech Niemców kontroluje chłopską furmankę, a przygląda się temu stojący bliżej nas komendant policji. Kazałam wtedy Staszkowi podjechać blisko komendanta i zatrzymać powóz. Staszek zbladł i zaprzeczył, ale powiedziałam stanowczo: „Nie ma czasu na dyskusje, rób co mówię!”. Komendanta znałam z widzenia, bo przyjeżdżał do nas do majątku po warzywa, więc zdarzyło się nam czasem zamienić kilka słów.

Zeskoczyłam z powozu i podbiegłam do niego, witając się i plotąc coś piąte przez dziesiąte, oczywiście wspominając, że wiozę drzewka. Równocześnie obserwowałam policjantów sprawdzających ten drugi wóz. Mówiłam bardzo głośno, ekspresyjnie, żeby być widoczną z daleka. Jak tylko zobaczyłam, że tamci skończyli kontrolę, w pół słowa wskoczyłam na wóz i kazałam furmanowi ruszać z kopyta. Mijani policjanci machali na nas rękami krzycząc „Halt!”, ale ja odpowiedziałam głośno, że już nas komendant sprawdził. Widzieli wcześniej, że z nim rozmawiam, więc odpuścili, a my pojechaliśmy dalej. Potem się dowiedziałam, że byliśmy o krok od strzelaniny, bo ludzie na rowerach z naszej obstawy mieli już odbezpieczone pistolety. Będąc w pewnej odległości od nas, nie wiedzieli, dlaczego stanęliśmy i myśleli, że Niemcy nas kontrolują. Gdy mijaliśmy Babicę, ja zeszłam z powozu i poszłam do domu, a Akowcy pojechali dalej do jakiejś swojej, uprzednio przygotowanej kryjówki.

Później strasznie zrugałam Staszka, że akcja była źle przeprowadzona: przede wszystkim powinni mi powiedzieć po co jedziemy, bo miałabym możliwość przygotować coś bardziej właściwego – np. furmankę, która rzuca się w oczy dużo mniej niż powóz. A w ogóle to zaraz wymyśliłam jeszcze coś: do tak długiej broni trzeba było wziąć trumnę, ubrać się na czarno, zwiesić głowy udając powagę i udawać, że się wiezie zwłoki.

 

 

 

 

 

Konspiracja w czasie okupacji – opowieść na prośbę wnuka

Czasy drugiej wojny światowej przypadły na lata mojej młodości. Ponoć młodość wspomina się najmilej, ale muszę przyznać, że nie lubię wracać pamięcią do lat okupacji. Gdy wnukowi opowiadałam ostatnio o jakimś zdarzeniu z tamtych czasów, pytał: „Czyli w tej sytuacji ryzykowałaś życiem?”. A przecież wtedy człowiek wstawał rano, nie wiedząc czy dożyje wieczora. Ryzykowało się właściwie wszystkim, każde nieopatrznie powiedziane słowo, kontakt z nieodpowiednią osobą, czy po prostu przejaw dobroci lub życzliwości mógł zaprowadzić przed pluton egzekucyjny. Myślę, że w takiej sytuacji chyba łatwiej było się angażować w ryzykowne przedsięwzięcia – jak współpraca czy przynależność do struktur Polskiego Państwa Podziemnego.

Przed wojną, razem z resztą rodzeństwa, należałam do harcerstwa. Dzięki temu poznałam masę wspaniałych ludzi, z których większość, po wybuchu wojny wstąpiła do konspiracji. Oczywiście w strukturach różnych organizacji było wiele osób niezwiązanych z harcerstwem, które się zasłużyło polskości. Pamiętam na przykład pewną niepozorną panią z poczty w Czudcu (mówiło się o niej „panna z poczty”), o której po wojnie się dowiedziałam, że dzięki swej uczciwości i bohaterstwu uratowała wiele istnień ludzkich. Po prostu dokładnie analizowała przychodzące listy, telegramy i słuchała rozmowy telefoniczne, wyławiając donosy, czy inne potrzebne Podziemiu informacje. Donosy niszczyła, a wszelkie wiadomości o konfidentach przekazywała AK-owcom. Dzięki temu unieszkodliwiono wielu niemieckich sługusów, a na kilku, tych najbardziej niebezpiecznych wydano wyroki śmierci. Normalnie ich nie likwidowano, zakładając, że na ich miejsce Niemcy na pewno kogoś znajdą i zajmie sporo czasu rozpracowanie nowego agenta. Lepiej więc, mieć taką kanalię na oku i uważać na słowa w jego obecności.

Jednak pewnego dnia, pani ta przechwyciła bardzo ważną informację, że jeden z wyjątkowo znaczących konfidentów, poirytowany tym, że jego donosy nie odnoszą skutku, zapowiedział, że osobiście uda się do gestapo w Rzeszowie. Stworzyło to tak dużą groźbę dla struktur Podziemia, że by uprzedzić niemiecką akcję, AK zdecydowało się zlikwidować od razu niemal wszystkich kapusiów w okolicy. Przez to uniknięto represji, a Niemcy zamiast uderzyć w struktury podziemia, musieli cała siatkę budować od nowa, co wymaga mnóstwa czasu.

Ja, dzięki kontaktom z czasów harcerstwa, jakby naturalnie zostałam wciągnięta do struktur Armii Krajowej. Najpierw poprosiła mnie o przysługę moja znajoma z tamtych czasów, której nazwiska dziś nawet nie pamiętam. Chodziło o to, że w naszym dworze w Babicy mieli kwaterunek dwaj niemieccy wojskowi lekarze. Byli to ludzie raczej przyzwoici, którzy zaraz zadeklarowali, że będą leczyć okoliczną ludność, a ja służyłam im za tłumaczkę. Nie znałam słowa po niemiecku, ale radziłam sobie używając słownika, z czasem ucząc się tego języka. Mieli niedostępne Polakom sulfamidy, więc ich usługi cieszyły się dużym wzięciem. Moim zadaniem dla konspiracji było kopiowanie dokumentów tych lekarzy. Codziennie jeździli oni na chyba jakąś odprawę i obiad do Czudca, więc miałam kilka godzin by pomyszkować w ich rzeczach. Najtrudniejsze było to, by na koniec wszystko tak z powrotem poukładać, żeby Niemcy nie zorientowali się, że ktoś tam grzebał. Kiedy zauważyłam jakiś interesujący dokument, przepisywałam go, zwykle nie rozumiejąc nawet treści. Przekazywałam te kopie rzeczonej znajomej, ale nie mam pojęcia, czy kiedyś się Podziemiu przydały.

Na prośbę tej znajomej kopiowałam też emblematy widoczne na pojazdach wojskowych Niemców, służące, jako kryptonimy oznaczeń odpowiednich oddziałów. Nie używali oni słów i liter by oznaczyć pojazdy, a zamiast tego mieli różnego rodzaju obrazki, przedstawiające proste wizerunki zwierząt, roślin, budynków itp. Ja je skrzętnie przerysowywałam, notując gdzie i kiedy widziałam dany emblemat. Myślę, że informacje te pomagały Akowcom identyfikować ruchy wojsk niemieckich.

W ogóle drodzy czytelnicy trzeba Wam wiedzieć, że jedną z zasad konspiracji jest to, że „im mniej wiesz – tym lepiej dla ciebie!”. W związku z tym bardzo często wykonuje się jakieś zadanie od przełożonego, nie mając pojęcia, jaki jest jego cel.

Pani, od której otrzymywałam te zadania, trafiła wkrótce do Auschwitz. Wysyłaliśmy jej tam paczki, ale niestety nie przeżyła wojny, umierając tuż przed jej końcem. Wojna zabrała tak wielu porządnych ludzi z naszego otoczenia, że nie powinno nikogo dziwić, że trudno mi się o tych czasach opowiada. Skoro jednak Piotr, mój ukochany wnuk mnie naciska, opowiem następnym razem coś więcej o mojej (nader co prawda skromnej) działalności dla Armii Krajowej.

Mój Rzeszów – Zamek

Muszę się pochwalić otrzymaną niedawno, imponującą, Encyklopedią Rzeszowa, którą przysłał mi prezydent tego miasta, pan Tadeusz Ferenc. W ten sposób chwalę się także pośrednią znajomością z panem Prezydentem, o którym Polityka ostatnio pisała, w artykule o Rzeszowie, w którym rządzi On już trzecią kadencję! Synowa przypadkiem spotkała pana Ferenca w Krakowie i pozdrowiła Go ode mnie, gdyż kiedyś prosiłam ją o to, gdy była na konferencji swojej ukochanej  Siemachy. Wystarczyło pozdrowienie i miła rozmowa, po czym pocztą przyszła wspaniała encyklopedia! To cenne dzieło stworzone przez 90 autorów z różnych dziedzin wiedzy, liczy 1100 stron, zawiera blisko trzy tysiące haseł, jest wspaniale, bogato ilustrowane i bardzo nowocześnie wydane. Na okładce umieszczono piękną płaskorzeźbę rzeszowskiego ratusza na metalowej plakietce. Całość w eleganckim futerale.

Rzeszów3W skromnym rzecz jasna rewanżu przesłałam panu Prezydentowi moją książkę. Może się kiedyś spotkamy, gdyż sądząc po dedykacji dla mnie, załączonej do tego dzieła, pan Tadeusz Ferenc jest bardzo eleganckim człowiekiem, dbającym o swoich krajan. A ja przecież spędziłam opodal Rzeszowa dzieciństwo i młodość. Rzeszów był moim miastem. Nie należał wtedy do najpiękniejszych miast i jak pisze ostatnia Polityka „jest miastem znanym z tego, że z niczego nie jest znane”. To jednak się zmienia również dzięki prezydentowi, o czym bardzo ciekawie pisze Polityka w cyklu portrety miast polskich, jak na zdjęciu poniżej.

RzeszówJednym z najważniejszych zabytków Rzeszowa jest Zamek. Ta imponująca budowla z XVI wieku, pamięta czasy tatarskich najazdów, którym się zresztą skutecznie oparła. Miała ona swoje jasne i ciemne karty przeszłości. Oprócz okresów zmagań z najeźdźcami, była także niestety miejscem więziennych represji i haniebnych kaźni stosowanych wobec patriotów. Jednym z takich okresów była okupacja niemiecka, kiedy to Zamek Ligęzów (tak go nazywaliśmy od nazwiska pierwszych właścicieli i założycieli Zamku, ale był też nazywany Zamkiem Lubomirskich, jego późniejszych właścicieli) był więzieniem hitlerowskim i miejscem wykonywania wyroków wobec niewinnych Polaków.

Rzeszów2W początku listopada 1939 w więzieniu tym znalazł się mój Ojciec. Był to przejaw ogólnopolskiej represji wymierzonej przez okupanta w polską inteligencję. W tym samym czasie miała miejsce słynna tzw. Sonderaktion Krakau – niemiecka akcja pacyfikacyjna wobec polskich profesorów w UJ, których podstępnie zaproszono do Uniwersytetu na zebranie organizacyjne, po czym aresztowano ich i wywieziono do obozów koncentracyjnych w Sachsenhausen i Dachau. W naszej okolicy zatrzymywano konsekwentnie właścicieli ziemskich, uczonych, nauczycieli, lekarzy, dyrektorów – ogólnie mówiąc – przedstawicieli inteligencji. Słyszało się o tych zatrzymaniach i ojciec także się tego spodziewał, ale jakoś go to omijało. Miał jednak przygotowany mały kuferek z podręcznymi rzeczami do zabrania na wypadek aresztowania. Pewnego dnia przyszli do naszego dworu w Babicy trzej kulturalni, uprzejmi Niemcy, którzy zapytali o Ojca, po czym poprosili go wskazanie drogi do Niebylca. Prosili, aby to wytłumaczył kierowcy, który został w samochodzie przy szosie, 200 m od dworu. Ojciec poszedł więc z nimi. Byłam tego bezpośrednim świadkiem, więc zaraz powiedziałam o tym Matce. Ta natychmiast nakazała mi wziąć kuferek ojca i pobiec jak najszybciej za nimi. Dobiegłam zdyszana do szosy w chwili, kiedy właśnie Niemcy wpychali Ojca do samochodu. Zdążyłam mu podać ten kuferek! Od tego czasu, gdy było zagrożenie, że kogoś zamkną lub wywiozą, mówiło się: uważajcie na pytanie o drogę do Niebylca.

Był to już wieczór i być może dlatego nie odebrano ojcu kuferka, kiedy wrzucano Go do celi. Tam w ciemności zobaczył wiele osób śpiących na podłodze. Wśród nich rozpoznał członków rodziny: Adama Uznańskiego i Józefa Wiktora z Czudca, lekarza więziennego z Zamku, i innych. Kuferek bardzo wszystkich ucieszył, bo były w nim różne przydatne drobiazgi, jak np. żyletki do golenia, mydło, przybory do jedzenia, bielizna na zmianę, ciepła odzież. W tym samym czasie w więzieniu tym przebywał Wincenty Witos.

Nazajutrz okazało się, że więźniowie wprawdzie nie są karmieni, ale wolno dostarczać im żywność, w tym także i ciepłe potrawy. Pod murami Zamku powstała długa, na co najmniej 200 osób kolejka ludzi z paczkami dla swoich bliskich. Matka szybko zorientowała się, że zamiast przekazywać im małe, indywidualne paczki, należy robić duże gary jedzenia i wraz z innymi dworami podjęli akcję dostarczania ich dla większych grup więźniów. Najcenniejszy był to dar dla tych, którzy nie mieli pomocy od rodziny. Kolejka ludzi stała pod więzieniem nieustannie i oczekiwanie w niej zabierało dużo czasu, ciepłe jedzenie stygło i coraz rzadziej można je było dostarczać. Dlatego wraz z rodzeństwem pełniliśmy w kolejce swoiste dyżury, aby odstawać swoje i być w tej kolejce w różnych miejscach. Akcja znakomicie się udawała, a renoma Ojca w więzieniu rosła. Po około dwóch tygodniach władze niemieckie wypuściły z więzienia wszystkich więźniów, którzy mieli ponad 60 lat. Był to efekt międzynarodowych protestów przeciwko tak zbrodniczemu traktowaniu inteligencji polskiej, szczególnie w odniesieniu do sławnych profesorów UJ, i nacisków dyplomatycznych na Niemcy. Ojciec wrócił do domu!

Hitlerowcy też wyciągnęli wnioski z tej akcji pacyfikacyjnej i później, na przykład we Lwowie, zamiast więzić od razu rozstrzeliwali profesorów i innych przedstawicieli inteligencji polskiej.

Szydełkiem malowane – poezją opisane

Dość długo nie pisałam, ale doprawdy nie dlatego, że karnawał się zaczął i mnie wciągnął! Wręcz przeciwnie wciągnęło mnie łóżko, gdyż rodzina uznała, że mój paskudny kaszel, to coś więcej niż zwykły kaszel, a wezwany lekarz ochoczo (jakżeby inaczej) potwierdził, że to zapalenie płuc. Ja wiem swoje i coraz mniej kaszlę, rodzina wie swoje, czyli, że leczenie działa! Pan doktor jest bardzo miły i uważnie mnie osłuchuje. W ten sposób wszyscy są zadowoleni.

Wrócę dziś do wspomnień z moich wystaw, gdyż dzięki jednej z nich powstał piękny tekst Agnieszki Osieckiej, który zamieszczam tu w całości. Agnieszka, która nie mogła być na otwarciu wystawy w Galerii Grażyny Hase w Warszawie, przysłała „słowo” odczytane z tej okazji. A na wystawie była cała Warszawa, gdyż miejsce to było bardzo modne.

galeria Hasse zaproszeniePamiętam, że Roman Bratny, który przyjaźnił się z moim bratem, po wystawie powiedział, że bardzo cieszy się z tego, że moje obrazy mu się podobają, bo i tak musiałby napisać o nich dobrze, a tak, może napisać to szczerze. Niezwykle serdeczny i pomocny nam w wielu sprawach, okazał się uroczy, przyszły mąż Maryli Rodowicz zwany Peugeot’em. Było bardzo „światowo”, inaczej niż w Krakowie, ale równie „klimatycznie”, jak mówią moje wnuki.

A oto piękny tekst Agnieszki Osieckiej:

Kiedy Pani Kika była małą dziewczynką, lasy były jeszcze ogromne, w lasach mateczniki, a w matecznikach – niedźwiedzie. Za lasami były stepy i chmury, a wśród lasów, stepów i chmur tkwiły małe białe dworki z salonikami, w których paliły się piękne ozdobne lampy naftowe. W jednym z takich nieistniejących już dworków, jedna z nieistniejących już ciotek ofiarowała Kice szydełko. Dziewczynka natychmiast zabrała się do roboty. Jak twierdzą kronikarze rodzinni, przejawiała w tej robocie talent i pilność.

Mijały lata, minęło pół wieku. Zatrzęsły się lasy, chmury i dworki. W zamieszaniu zginęło też szydełko Pani Kiki. Minęło jeszcze trochę czasu, ziemia pod nogami naszej bohaterki się trochę ustała i oto nad dalekim cichym fordem, ktoś, kogo powinniśmy ozłocić, ofiarował jej następne szydełko. Kice zabłysły oczy, usiadła pod elektrycznym kaloryferem i z miejsca zabrała się do roboty. Jak twierdzą świadkowie i jak Państwo stwierdzicie za chwilę, przejawia Ona w tej robocie i talent, i pilność, i rozmach, i wyobraźnię i poczucie humoru, i coś, co nazwałabym metafizycznym stosunkiem do włóczki.

– Na miłość boską, dziewczyno – mówię do Kiki – dlaczgoś Ty tego nie robiła przez ostatnie pięćdziesiąt lat?

– Bo nie miałam szydełka – odpowiedziała skromnie moja niezwykła koleżanka.

O, bo Kika jest niezwykła. Jak nasi rówieśnicy wiedzą (a młodzież powinna się dowiedzieć) Kika była swego czasu mityczną królową autostopu. Jej to podróże z dwojgiem dzieci – podróże przesławnej Szaszkiewiczowej, opiewał przesławny wówczas „Przekrój”. Ona to śpiewała w Piwnicy pod Baranami rozdzierającą pieśń „Parlez moi d’amour” i Ona to zarabiała na życie, robiąc zastrzyki bogatym Krakowiankom, które leżały w pościeli przystrojone we wszystkie swoje brylanty. Ona to wreszcie, choć wylądowała bliżej Bieguna Północnego niż ktokolwiek z tu obecnych, zachowała serce gorące, duszę upalną, a robota pali się Jej w rękach. Osobowość poetycka Kiki była w Jej czasach krakowskich tak intensywna, że niektórzy uważali ją za postać fikcyjną. A jednak nie. Kika jest realna. I spójrzcie Państwo, do jakiego stopnia.

Wypijmy toast za szydełko. Za to pierwsze i za to drugie.

Agnieszka Osiecka

Warszawa dn.15 marca 1984 r.

 Agnieszka Osiecka foto

Bardzo przystojna autorka tekstu najpewniej w jakiejś kolorowej podróży.

Poniżej przykładowe wpisy do pamiątkowej księgi z wystawy. Ten pierwszy, dowcipny  pochodzi od nie żyjących już rodziców mojego przyjaciela Michała. Na kolejnej kartce, już dzień po wernisażu  wpisały się koleżanki z Cisowego Dworku.

Wpis Spandowskiego

Wpisy wystawowe

Po wystawie poszliśmy wszyscy do dużego mieszkania Katarzyny Ważyk, artystki malarki, gdzie poznałam jej matkę, aktorkę. W tym mieszkaniu zachwyciły mnie malowidła w kuchni, na przykład na lodówce namalowany był stary piec, do złudzenia go imitujący i sprytnie kamuflujący lodówkę! Było tam masę ludzi, harmider, gwar i wciąż dzwonił telefon. Ja miałam nieszczęście siedzieć blisko tego urządzenia, więc gdy chwilami zostawałam z nim sam na sam, podnosiłam słuchawkę i mówiłam: „Centryb”, a wtedy głos w słuchawce odpowiadał: „a to przepraszam” i panie domu miały chwilę spokoju. Niestety sprawa się wydała i była straszna bura, gdyż to ponoć skomplikowało jakieś sprawy wielu osobom. Pomyślcie, jakie spustoszenia towarzyskie mogą czynić dziś telefony komórkowe, których na takim przyjęciu jest kilkadziesiąt, skoro tylko jeden, tak utrudniał rozmowy!

Burzliwe dziedzictwo Adama Wincetego Sz.

Mój najmłodszy prawnuczek Adaś ma już trzy tygodnie życia. Jest to jedyny jak do tej pory mój prawnuk, który poprzez nazwisko będzie kontynuował linię potomków rodu Szaszkiewiczów. Przy tej okazji wspominam ciekawe, a niekiedy nawet dziwne koleje losu tego rodu. Czy będzie on dziedzicem tego rodu w sensie psychologicznym – przekazów, wzorców i cech?  Aż się boję..

IMG_9394Maleńki Adaś z mamusią Lucynką zwaną Lusią

Rodzina ta wywodzi się z dalekich, ukraińskich kresów, z terenów Podola i Wołynia, gdzie jej członkowie mieli swoje siedziby od XV wieku do rewolucji sowieckiej. W Herbarzu Kacpra Niesieckiego napisano, o herbie własnym Szaszkiewicz: „Nadanym miał być ten klejnot rycerzowi na imię Szaszko, że w okazji z Poganami nieprzyjaciółmi krzyża Chrystusowego i walecznie stawał, i zwycięsko ich płaszał”. Zachował się u nas „Rodowód rodziny”, spisany przed laty przez któregoś z przodków. Jego lektura odkrywa mniej lub bardziej chlubne karty dziejów tej rodziny, na przykład w sienkiewiczowskich czasach walk z Turkami i Tatarami na „czarnym szlaku”. Są tam opisy zajazdów i podbojów, tryumfy i klęski (jeden z Szaszkiewiczów na przykład dostał się do niewoli tatarskiej, a kiedy wrócił po kilku latach, okazało się, że bracia rozdzielili już jego majątek pomiędzy siebie).

Pewnie niejedną z tych historii przytoczę jeszcze w niniejszym blogu, tym razem jednak chcę przejść do bardziej współczesnych czasów, do losów najbliższej rodziny mojego męża Antoniego.

Dziadek Józef z PeggyJego ojciec, Józef, jako osiemnastoletni oficer elitarnego carskiego Korpusu Paziów w Petersburgu, poznał piękną, o rok młodszą tancerkę, Amerykankę z Chicago, Margaret Crosby, która przyjechała tam na występy, jako członkini zespołu baletowego. Jej uroda i wdzięk podziałały oszałamiająco na młodego oficera, a jego urok, wykwintne maniery i uczucie zauroczyły młodą tancerkę do tego stopnia, że szaleńczo się w sobie zakochali i wkrótce wzięli ślub, w 1914 roku. W tym samym roku wybuchła I Wojna Światowa a trzy lata póżniej –  rewolucja bolszewicka, która zmiotła z powierzchni ziemi liczne polskie majątki i miejscowości. Małżonkowie mieli wtedy dwoje dzieci, bliźnięta. Straciwszy dom, w zagrożeniu życia przedzierali się z terenów objętych działaniami wojennymi i rewolucyjnymi do krewnych w głębi kraju, jednak po licznych dramatycznych przejściach dotarli tam już bez dzieci. Nieznane są ich losy. Mówiło się, że jedno zginęło, a drugie oddane zostało pod czasową opiekę pewnemu kolejarzowi, lecz słuch o nim zaginął. Oficer Józef i tancerka Peggy zamieszkali w Polsce, Józef został zawodowym wojskowym. Jednak (nie ostatni raz zresztą), znów stracił głowę dla pewnej uroczej damy – Wandy Małutowskiej i w 1922 roku małżeństwo ich rozpadło się. Peggy była w zaawansowanej ciąży. Szczęśliwym zrządzeniem losu znalazła niezwykle troskliwą opiekę w życzliwej rodzinie krewnego Szaszkiewiczów – Adolfa Bnińskiego, ówczesnego znanego działacza politycznego, senatora i wojewody poznańskiego. Bnińscy mieli pałac i dobra w Nekli w poznańskiem. Tam 6 czerwca tegoż roku urodziła syna Antoniego, mojego późniejszego męża, a jego ojcem chrzestnym został Adolf Bniński. W Nekli spotkała Józefa Michałowskiego. Był on, jak się okazało, dobrym przyjacielem Józefa Szaszkiewicza, z którym wspólnie byli w petersburskim korpusie paziów. Zajął się on osamotnioną Peggy tak serdecznie, że w dwa lata później wzięli ślub, zaś jej syn Antoni został (nie bez oporów) przyjęty do nowej rodziny.

Antoni Szaszkiewicz ojciec MaćkaAntoni Szaszkiewicz

Peggy i Józef Michałowscy zamieszkali w Małopolsce. W Jaśle w 1925 r. urodziła się im córka Dorota, zwana Dodą, a następnie Irenek.  Józef Michałowski wraz z trójką dzieci: pasierbem Antonim, córką Dodą i synem Irenkiem mieszkali początkowo w Dobrzechowie – rodowym dworze Michałowskich, a po jego utracie i likwidacji, w 1928 r. – w Poznaniu, gdzie zawarł spółkę samochodową z hr. Tyszkiewiczem. Spółka przeniosła się następnie, około 1932 r. do Gdyni. Tam też zamieszkał Michałowski z dziećmi. Po wojnie wyjechał do Włoch gdzie ostatni raz się ożenił.

Michałowski Józef2Józef Michałowski ojczym Toniego

Wojna 1939 roku rozrzuciła ich po świecie. Irenek skończył szkołę wojskową w Szkocji, zamieszkał na stałe w Anglii, gdzie dotąd żyje wraz z rodziną.

IrenekIrenek Michałowski w dzieciństwie

Doda początkowo mieszkała w Iwierzycach w majątku Starowiejskich, a potem u nas w Babicy, zaś Toni w Przeworsku i w Babicy. W Iwierzycach właśnie, na ślubie Dody Michałowskiej z Januszem Stojowskim, poznałam czarującego, przystojnego młodzieńca. Pracował wtedy w wytwórni wódek i likierów w Przeworsku, której właścicielem był książę Lubomirski. Ślub nasz odbył się w 1944 roku, niestety już po śmierci mojej matki.

Doda, Iwierzyce

Karta ze wspomnień Dody Stojowskiej

Peggy z Crosbych Michałowska zginęła w pierwszych dniach wojny, we wrześniu 1939 roku. Po bitwie nad Bzurą w okolicy Tułowic, pełniąc funkcję sanitariuszki, zajmowała się wraz z innymi zbieraniem ciał poległych żołnierzy. Została tam postrzelona przez karabin maszynowy z niemieckiego czołgu. Nazajutrz zabrano ja do szpitala polowego, ale zmarła z upływu krwi. Pochowana została ostatecznie w Błoniach pod Warszawą.

Mój syn Maciej, który wydobywa ze mnie te rewelacje o rodzinie Szaszkiewiczów jest wielce zatroskany tak burzliwym dziedzictwem w linii męskiej, mojego najmłodszego prawnuka Adama Wincentego. Ale przecież wszystko ma co najmniej dwie strony! Po pierwsze trzeba wziąć poprawkę na burzliwe czasy, w których żyli: wojny, rewolucje, utraty majątku, po prostu wielkie zmiany. Po drugie różnice, jakie były pomiędzy amerykańską praprababką Adasia, a jego kresowym, ze wschodu prapradziadkiem. Musiała być to przepaść cywilizacyjna. Oboje młodzi, piękni, ale niezbyt przystosowani do samodzielnego życia i pracy. Ratowały ich mocne charaktery i koneksje rodzinne. Dzięki nim przetrwał ich syn Antoni, mój mąż, a następnie jego przyrodnie rodzeństwo, które wyrosło na bardzo porządnych ludzi.

Z kolei synową trapi sprawa braku więzi w opisanej wyżej rodzinie. Cóż powiedzieć w tej sprawie – może tyle, że Adam dziedziczy jeszcze przekazy rodzinne innych rodzin, ze strony prababki (to ja), babki (synowa) i najważniejsze swojej matki (Lucynka), gdzie te więzi są mocniejsze. Być może to wszystko razem się jakoś zrównoważy i dziecko będzie szczęśliwe i dobrze przystosowane w dorosłości. W każdym razie lepiej niż jego niektórzy przodkowie! Tego mu serdecznie życzę oraz tego, aby miał ciekawe życie! Tylko czy to nie stoi w sprzeczności ze sobą?

Święta, święta i tu nagle Nowy Rok!..

W ostatnich dniach, a także jeszcze wcześniej przed świętami nie było szans na wpis do blogu, nawet z życzeniami – za co wszystkich bardzo przepraszam.

Adam Wincenty Szaszkiewicz
Adaś w w trzecim dniu życia na ręce taty

Najważniejszym wydarzeniem w naszej rodzinie były narodziny Adama Wincentego, pierwszego z siedmiorga moich prawnuczków, który jest chłopcem noszącym nazwisko Szaszkiewicz. A więc ród nie zaginie! Wszyscy, łącznie z siostrą Polą, witali go z radością. Szkoda, że dostał imię, które wprawdzie męskie i piękne, ale pozbawi go obchodzenia imienin w gronie rówieśników. Kto ma bowiem w tym przedświątecznym czasie głowę do imprez imieninowo-urodzinowych? Liczą się prezenty od Aniołka i same święta. Przestrzegałam, ale nikt mnie nie słuchał. W końcu rodzice dają dziecku imię i w tym przypadku z dużą dla niego krzywdą.

IMG_9121

Mój wnuk Piotr z synem

Z tej okazji nastąpił zlot rodzinny w naszym domu. Tabuny dzieci w różnym wieku wypełniały wszystkie pokoje, gromadziły się wokół mojej szuflady z łakociami, a na sygnał „Adaś” wszyscy pędzili do samochodów, aby pojechać do jego domu i dostać się jak najszybciej do jego kołyski. Naturalnie byli też dorośli i to przybyli z Hiszpanii, Warszawy, Rabki. I ich przyjaciele z Krakowa. Ci z kolei wspominali poprzednie wspólne święta i różne wydarzenia z nimi związane.

IMG_0761Gabunia i Gucio, prawnuki z Hiszpanii ubierają choinkę

Przypomniały mi się święta z Babicy i poniekąd w odpowiedzi na prośbę pani Iwony (pozdrawiam serdecznie!) podzielę się tymi wspomnieniami. Otóż Boże Narodzenie w Babicy było świętem bardzo rodzinnym. Ponieważ w sąsiadujących blisko dworach mieszkały rodziny spokrewnione, odwiedzały się w święta i stąd wrażenie, że stale było pełno ludzi. Przyjeżdżali też z Krakowa – na przykład bliska rodzina Klugerów z kuzynem Wojtkiem. Ciotka Halina Klugerowa była postacią ulubioną przez nas – dzieci, gdyż będąc u nas, w pewnej chwili, dając każdemu z nas po 50 groszy ogłaszała: „jedziemy na hulaszcze życie do Czudca!” Można było za to kupić cukierki, ciastka, a także tabliczki z rysikiem, służące do gry w okręty i w wisielca. Przybywał także nasz ulubiony wuj Brudzewski, samotny okulista, kierownik kliniki z Krakowa. Wuj ten mieszkał wiele lat w Paryżu i był bardzo zaprzyjaźniony z wieloma sławnymi malarzami. Niezwykle ciekawie opowiadał o nich i o sztuce. Dzieci niezbyt lubił, często nam dokuczał w zabawach. Ogłaszał na przykład, że zafunduje ciastka każdemu, kto w cukierni w Rzeszowie zje przy nim ciastek za 3 złote (jedno kosztowało wtedy 20 groszy). Byliśmy zawzięci i dawaliśmy radę, choć z najwyższym trudem, tym bardziej, że kiedy ja i Maja już uporałyśmy się z tymi 15-toma ciastkami, to nasz młodszy brat Kot, około 10-tego ciastka ogłaszał, że już nie może i musiałyśmy dopchać w siebie, jeszcze te pięć, dla ratowania honoru rodziny! Później, przez kilka tygodni nie mogliśmy patrzeć w stronę słodyczy. Wuj stosował te metodę rzekomego dogodzenia naszym marzeniom, którą sam przeżył jako dziecko. Jak mówił, jego wuj w ten sam sposób fundował mu ciastka za całego guldena.

Wilia była u nas w Babicy. Przyjeżdżało do nas jeszcze kilka osób z sąsiedztwa. Posyłano karetę na stację kolejową po babcię Olgę Uznańską, przyjeżdżał też zaprzyjaźniony ksiądz z Czudca, a czasem nawet dwóch. Do wielkiego stołu zasiadało zwykle około 20 osób. Naszą wigilię poprzedzała kolacja przygotowana dla służby. Na obu podawano tradycyjne potrawy, czyli barszcz czerwony z uszkami, następnie kardy z lekkim sosem bulionowym (postnym, na warzywach). Teraz się tego nie jada, szkoda, bo to pyszne warzywo, rodzaj karczochów, z których jadło się grube liście. Następnie szła ryba – tradycyjnie był to szczupak z wody oraz karp w lekkiej galarecie z rodzynkami i migdałami. Do ryb dodawano różne sałatki warzywne i grzybki marynowane. Po rybie była znakomita kapusta z grzybami. Na deser podawano ciasta i kutię, ale te frykasy jadło się zazwyczaj dopiero następnego dnia, w święto, bo już nie mieściły z w zapełnionych żołądkach. Do picia był kompot z suszonych owoców, a ponadto oczywiście dla dorosłych – wino.

Wilia z Magda2Wilia z Magdaleną, moją najstarszą wnuczką w Krakowie w 2013 roku

Choinka wysoka, prosto z lasu, pyszniła się już od kilku dni wspaniałymi ozdobami, owocami i słodyczami, a teraz migotała płomykami licznych świeczek ustawionymi na jej gałęziach. W jej pobliżu, na specjalnym miejscu, za zasłoną leżały już od jakiegoś czasu prezenty dla dzieci, ale my o tym nie wiedzieliśmy. Niecierpliwie czekaliśmy, aż w którymś momencie zapali sie tam światło, co oznaczało niezbicie, że aniołek już tam był i właśnie położył prezenty. Podnieceni zaglądaliśmy tam niecierpliwie. Ale były opakowane i nie zdradzały zawartości. Tymczasem Ojciec zasiadał do fortepianu i z zapałem śpiewaliśmy wszyscy kolędy. Po kolędach dopiero, najmłodszy domownik, a więc zwykle Kot, odsłaniał zasłonę i wręczał uroczyście prezenty. Lalki, klocki, kolejki i oczywiście książki wywoływały okrzyki zachwytu i kaskady śmiechu. Książki wtedy jeszcze nie były tak powszechne, jak dziś, a dziś widzę, że często nie są już tak powszechne, jak dawniej. O północy, kto żyw ruszał saniami na pasterkę do Czudca. W kolejne dni świąt odwiedzaliśmy inne dwory – na przykład u Babci, gdzie znów w bardzo licznym gronie siadano do obiadu. W drugi dzień świąt na obiad prosił ksiądz proboszcz wszystkie znaczące osoby z okolicy, w tym także i naszą rodzinę.

Dwór w CzudcuDwór w Czudcu w zimie

Ale nie każda wigilia była w moim życiu tak wesoła, pamiętam też wigilię smutną. Było to w czasie, gdy pierwszy rok spędzałam w Norwegii. Byłam całkiem sama. Nawet święta w okresie okupacji nie były tak smutne, gdyż byłam razem z rodziną. A wtedy w Stavanger byłam sama i dość biedna. Dręczyła mnie niepewność, jak to się skończy, wiadomo, komuna nie wypuszczała łatwo za granicę. Wtedy przekonałam się na zawsze, o co chodzi w te święta. I o co chodzi w tym życiu. Żeby nie być samemu! Moi synowie, którzy zostali w kraju, byli zapraszani przez ciocię Tyszkiewiczową do jej domu, przy ulicy św. Jana. A poza tym w Krakowie człowiek właściwie nigdy nie jest sam!

I tego Wam życzę w nadchodzącym roku. I jeszcze tego, abyście zdrowi byli i doczekali moich setnych urodzin, na które zapraszam w 2017 roku. Ale najpierw w zdrowiu i zgodzie przeżyjmy rok 2014. Do siego Roku!

Przy okazji bardzo dziękuję wszystkim, którzy komentują moje wpisy na blogu już od roku! Motywuje mnie to by pisać dalej, chociaż w moim wieku jest to pewien wysiłek. A dodatkowo trzeba przydusić tych, którzy moje słowa spisują i wieszają na tym blogu. A oni są wciąż  czymś b. ważnym zajęci.

Szydełkiem malowane – jak powstawały obrazy

Pisząc o moich obrazach, nie wyjaśniłam jeszcze jak dokładnie powstawały. Na przykład skąd brałam pomysły na nie, jaką techniką je tworzyłam etc. Muszę się przyznać, że zupełnie nie umiem rysować. Nie tworzyłam wcześniej żadnego szkicu i obraz powstawał jakby „od środka” czyli od centralnego obiektu. Robiłam go szydełkiem, a następnie umieszczałam na materiale (np. na starym worku lub grubym płótnie). Potem dorabiałam tło, które powstawało spontanicznie. Następnie pozostałe elementy. Trzeba było dopasować wielkość, coś zakryć, coś dorobić żeby powstała całość. Niekiedy z dwóch powstawał jeden obraz, jak np. „Pejzaż z balonem”. Z kolei na innym ledwie się zmieściło to, co było przeznaczone do umieszczenia w nim, jak Kapitan na obrazie „Pełną Parą”.

A. Pełną parąTrzeba powiedzieć, że pomysły na obrazy powstawały spontanicznie, rzec by można przypadkowo. Były to czasem motywy z bajek mojego dzieciństwa, na przykład „Księżniczka na ziarnku grochu”. Czasem były nimi podpatrzone sceny z życia, jak zakonnice przed witryną sklepu z kapeluszami. W niektórych, starałam sie zawrzeć jakieś przesłanie – głównie takie, że warto cieszyć się życiem, jak np. „Kocie Dolce Vita”. Wszystkie obrazy z kotami są pogodne i wiele mówiące jak powinno się żyć! Ale są też takie, które podpatrzyłam u kogoś, jak np. „Samobójca” (prof. Jacek Waltoś zrobił taki projekt na plakat do filmu). Ponieważ sypnęły się wnuki w rodzinie, w domu w Krakowie było dużo książeczek i pism dla dzieci, w których też czasem coś podpatrzyłam. Ale czasem inspirowała mnie literatura piękna, tak powstał „Hamlet”. Lubię folklor polski i twórczość ludową, więc i to miało wpływ inspirujący na moje pomysły do makatek.

A. SamobójcaStarałam się, aby moje obrazy były bardzo kolorowe i urozmaicone, choć niekoniecznie realistycznie. „Krowa Grażyny” jest wielka, różnokolorowa i bardzo urodziwa. Korsarz wyławia z morza skrzynię pełną barwnych klejnotów i innych błyszczących skarbów. Inne znów mają jakąś zabawną niespodziankę jak np. siedząca baba z trzema nogami. Dla mnie było ważne to żeby się nie nudzić robiąc obraz. To się przekłada potem na jego odbiór. Widzowie często uśmiechają się na widok moich makatek.

A.Krowa GrażynyZrobiłam raz obraz na zamówienie. Synowa prosiła mnie o obraz o tematyce rodzinnej, która mogła by ozdobić gabinet terapii rodzinnej w jej pracy w klinice psychiatrycznej. O ile wiem nadal tam wisi i rozbawia ludzi. Jedna z moich wystaw w Krakowie odbyła się w Centrum Psychoterapii, które mieściło się wówczas na ul. Batorego. Sensacją było to, że przyjechał mój były mąż, Tonio, z czwartą żoną i spotkał na wystawie dwie poprzednie żony. Najgorzej, nie wiedzieć czemu czuła się ta ostatnia! Bo chyba nie ze względu na miejsce, gdzie naturalnie przybyła masa psychiatrów i psychologów.

Wernisaż 6Wernisaż wystawy w Centrum Psychoterapii – synowa trzyma mowę, Tonio pierwszy z prawej

Powstały też cykle – wspomnieniowy o tematyce żydowskiej, ukazujący społeczność żydowską w Czudcu przed wojną – świat, którego już nie ma. I cykl kilku obrazów o muzykach. Zrobiłam też portret Very, pewnej przemiłej Norweżki, też artystki, która zorganizowała u siebie w galerii w Drobak pod Oslo, wystawę prac Krzysia Litwina.

BaranBaran – ulubiony obraz wielu osób

O moich wystawach już trochę pisałam. W Stavanger mieliśmy z synem Jaszą galerię „11 kotów”, w której eksponowana była sztuka ludowa z Polski. Wtedy przychodzili do nas ludzie sztuki i oni zaproponowali mi wystawę w kawiarni „Sting” w centrum Stavanger. Norwegowie nie są zbytnio wrażliwi na kulturę, szczególnie obcą, rzadko więc się z nią stykają, ale ta wystawa była prawdziwym wydarzeniem w mieście. Wciąż musiałam dla różnych gazet opowiadać jak to spędzam czas wolny na robótkach ręcznych. Sęk w tym, że ani to nie był czas wolny (nigdy go nie miałam), ani robótki, tylko prawdziwa sztuka.

Janka, Lola, Natan, Rysiek.

Przypomniało mi się spotkanie u nas w domu, na które przyszedł nasz serdeczny przyjaciel, Jurek Vetulani. Znam go bardzo długo, jest teraz poważnym profesorem z Polskiej Akademii Nauk. Ale czy całkiem poważnym, skoro podobno w wolnych chwilach wodzi rej wśród artystycznej młodzieży w kawiarni ,,Piękny Pies”? I jak to z Jurkiem bywa, gadaliśmy o wszystkim, a ja w pewnym momencie zaczęłam opowiadać o Natanie Gurfinkelu.

NatanNatan w całej doskonałości

Natana poznaliśmy przez przyjaciółkę rodziny, nieocenioną Beatę, która mówi, że „On jest z internetu”. Nie wiem co to znaczy, ale dzięki temu polubiłam internet! Natan jest dziennikarzem, i to świetnym ale przede wszystkim jest uroczym i mądrym człowiekiem. Widujemy się z nim najczęściej raz w roku, w czerwcu, gdy przyjeżdża do Krakowa na festiwal kultury żydowskiej. Bo Natan jest Żydem i w 1968 roku, po tym jak wygnano z Żydów z Polski, zamieszkał w Kopenhadze. I właśnie, kiedy mówiłam Jurkowi, jak bardzo żałuję, że nie ma z nami w tej chwili Natana, rozległ się telefon. Natan dzwoni – ucieszył się Maciek, który odebrał telefon. Ale po chwili Maciek posmutniał. Natan mówi – wyjaśnił – że zmarła Janka Katz.

KatzównaJanina Katz;    fot. Łukasz Tyborowski

A Katzówna była moją dobrą znajomą, którą także poznałam w Piwnicy, i był taki czas, że bywała często u mnie na Urzędniczej. Janka studiowała polonistykę i socjologię, przyjaźniła się z Jurkiem Smoterem, który był także moim przyjacielem, przyjaźniła się także z Joanną Olczak, późniejszą Ronikierową, i z dziennikarzem Ryśkiem Taedlingiem. Pamiętam, jak z Ryśkiem krążyła po Piwnicy, prosząc wszystkich, by dali parę groszy na wódkę dla biednych Żydów. Janka była Żydówką, ale Rysiek nic o swoim żydostwie nie wiedział, więc prośby o grosz na wódkę były w jego przypadku żartem. Bo Rysiek jako dziecko został ocalony przez pewne poznańskie małżeństwo i nic nie wiedział o swoim korzeniach, a prawdę poznał dopiero w 1968 roku dzięki ,,życzliwym” ubekom. Po 1968 r. Rysiek wyjechał do Kopenhagi. Ale jego dzieje to osobna historia. Mój syn Maciek z żoną wspominają go z czułością, gdyż kiedyś podróżując promem do Norwegii, znaleźli się w Kopenhadze, a on zaprosił ich na wspaniałe duńskie piwo do kopenhaskiej knajpki. Byli wtedy zdrożeni i spragnieni, a Rysiek i piwo tak im poprawiły nastój, że do dziś uważają, iż było to najlepsze piwo w ich życiu. Pewnie wtedy nie było na ich kieszeń.

p63Rysiek z czasów  Piwnicy pod Baranami (chyba..)

Janka była ode mnie młodsza, bo urodziła się w 1939 roku, a jako małe dziecko trafiła razem z matką do obozu w krakowskim Płaszowie. Był to niemiecki obóz pracy przymusowej, później przekształcony w obóz koncentracyjny (Konzentrationslager Plaszow bei Krakau). dla ludności żydowskiej z getta, zlikwidowanego w marcu 1943 r. Gdy miała trzy lata, matka oddała ją na przechowanie do polskiej rodziny z Dobczyc, dzięki czemu Janka szczęśliwie przeżyła Zagładę. Jednak swoje wojenne przeżycia wspominała rzadko i niechętnie, zbywała mnie, gdy zadawałam jej jakieś pytania, raz chyba tylko, wypiwszy kilka kieliszków wódki, opowiedziała mi, co nieco o swoich przejściach i o tym, jak bardzo związana była emocjonalnie z państwem Kapłańskimi, którzy ją pokochali i ocalili. Pan Kapłański został podczas wojny zabity w dość niejasnych okolicznościach być może przez żołnierzy AK, bo podobno kolaborował z Niemcami, a może zwyczajnie przez zwykłych bandytów? Jakby nie było, dzięki niemu Janka ocalała. Ocalała także jej matka, choć pani Lola trafiła do Oświęcimia, a potem do obozu w Bergen Belsen.

kika_telefonTo ja odbieram telefon o śmierci Janki Katz – fot. Franciszek Vetulani

Lolę poznałam po wojnie i szalenie ją polubiłam, bo była uroczą i serdeczną osobą. Natomiast Janka była małomówna, skryta i nastroszona jak jeż. Lola pracowała jako kierowniczka w jedynym wówczas w całym Krakowie domu towarowym na rogu Wiślnej i św. Anny. Można tam było na przykład kupić pralkę, a mnie na takie cuda wtedy nie było stać, więc pralkę wypożyczałam ze specjalnej wypożyczalni na Łobzowskiej! Lola była niebywale towarzyska, bardzo przez wszystkich lubiana i często można ją spotkać w kawiarni. Była samotna, bo jej mąż został zamordowany w krakowskim obozie, została jej tylko Janka, którą Lola bardzo kochała, ale Janka była okropnym dzieckiem, do czego sama po latach się przyznawała w swoich autobiograficznych powieściach. Była wobec matki niesprawiedliwa i tak opryskliwa, że kilkakrotnie nie mogłam się powstrzymać, by nie zwrócić jej uwagi. Zachowanie Janki było jednak wynikiem jej wojennych przeżyć. Lola zresztą niezbyt się przejmowała grymasami Janki, wszystko była gotowa jej wybaczyć i była szczęśliwa, że jej dziecko ocalało od zagłady.

moje-zycie-barbarzyncy,pd,31880Okładka książki Janinki Katz

Po 1968 roku Janka wyjechała do Kopenhagi, gdzie po pewnym czasie zabłysnęła, jako poetka i autorka kilku autobiograficznych książek, które przeczytałam z wielkim zaciekawieniem. Współpracowała też z paryską ,,Kulturą” Jerzego Giedroycia i z Wolną Europą. A pani Lola po 1968 wyjechała do Wiednia, ale zmarła w Kopenhadze, gdy przyjechała odwiedzić Jankę. A teraz odeszła Janka…

I taki to był wieczór, gdyśmy wspominali naszych przyjaciół – Lolę, Jankę, i tych, którymi – jak Natan czy Rysiek – wciąż jeszcze możemy się cieszyć. Nie mówiąc o Jurku Vetulanim!

W zdrowym ciele.. – Narty po stromym i po płaskim

Już tylko nieco ponad trzy lata mi brakuje, by śpiewanie „Sto lat, sto lat!” w mojej obecności stało się wielkim nietaktem. W związku z tym, często mnie ludzie pytają, co trzeba zrobić, by długo żyć. Hmmm… Na pewno pomaga pogoda ducha, ale –  przecież wszyscy wiecie gdzie mieszka zdrowy duch! W moim przypadku powiedzenie, że sport to zdrowie, to nie tylko czcza gadanina. Błogosławię dziś moją matkę, że – wbrew ówczesnym zwyczajom – kiedy byliśmy dziećmi nie oddała nas na naukę do jakiejś prestiżowej szkoły z internatem, prowadzonej przez siostry zakonne. Mucha zawsze powtarzała, że zakonnice żałują dzieciom dwóch najtańszych rzeczy: mydła i powietrza.

Narty 2

Rodzice wysłali nas na naukę do Dworku Cisowego, niezwykłej szkoły prowadzonej przez twórczynię polskiego harcerstwa, Olgę Małkowską. Pisałam już o tym szerzej w tekście „Pieniny i pedagogika”. Tutaj chcę opowiedzieć o czymś, co zaszczepiono mnie i mojemu rodzeństwu właśnie w Pieninach – miłości do szusowania po śniegu!

Narty 3Mój brat Konstanty zwany Kotem

Co prawda, już jako małe dzieci jeździliśmy na sankach i próbowaliśmy jazdy na nartach, ale oczywiście tak bardziej dla zabawy. Nasza rodzinna Babica to początek pogórza, więc stoków nie brakuje, a wszystkie dzieciaki kochają śnieg. Jednak prawdziwej jazdy na nartach nauczyliśmy się pod okiem profesjonalnych instruktorów w Dworku Cisowym. Najlepszą z naszych nauczycielek była Żermena (Germaine) – rodowita Szwajcarka, która jeździła jak zawodowa, nomen-omen, alpejka. Wyróżniała się nie tylko umiejętnościami, ale także wielkim wzrostem; myślę że mogła mieć prawie 1,9 m! Nauczyła nas nie tylko prawdziwego narciarstwa zjazdowego, ale także innej umiejętności wyniesionej ze swej ojczyzny: jodłowania. Szalenie nas to bawiło, pękaliśmy ze śmiechu, ale jej to na szczęście nie zrażało. A skoro była w stanie nauczyć nawet taki antytalent muzyczny jak ja, to znaczy, że pedagogiem była świetnym.

Kiedy wracaliśmy na ferie zimowe do Babicy, od razu organizowaliśmy sobie jakiś teren do zjeżdżania. Nieocenionym partnerem do szusowania był nasz kuzyn Adam Uznański. Był jedynakiem, nieprzytomnie kochanym przez swoją matkę, która rozpieszczała go jak tylko mogła – na przykład zimy spędzał w Davos w Szwajcarii, bo mu to rzekomo dobrze na płuca robiło… Trzeba przyznać, że tam jednak czasu nie marnował: zjeżdżał na czym się tylko dało, łącznie z bolidem bobslejowym, który kupiła mu mama w prezencie. W Babicy Adam stawiał przy naszej pomocy tor slalomowy i przekazywał nam tajniki profesjonalnej jazdy. Wtedy jeździło się na nartach bardzo eleganckim stylem Telemark – do dziś wspominam te cudne skręty nazywane Kristiania czy efektowne zatrzymania w miejscu przy pełnej szybkości.

Kochaliśmy też inną odmianę narciarstwa: skiering. Polegało to na tym, że jadąc na nartach, trzymało się w rękach orczyk ciągnięty przez konia. Czasem jeździliśmy też za autem, ale nie było takiej frajdy – samochód jeździ tylko po drogach, a te, były twarde i wyślizgane. Konia prowadziła przeważnie moja siostra Maja, najsłabsza fizycznie z naszej trójki.W skieringu celowaliśmy zwłaszcza w czasie wojny. Podczas pierwszej, wyjątkowo surowej okupacyjnej zimy, przebywał u nas Lutyk Małkowski, syn wspominanej Olgi i Andrzeja Małkowskich. Miał obywatelstwo amerykańskie, ale nie miał jak wrócić do domu, bo w zawierusze wojennej został bez żadnych dokumentów i całą zimę mieszkał u nas. Lutyk wychowywał się w Szwajcarii, więc świetnie jeździł na nartach, nawet uczył nas prawidłowej techniki. Jednak jazdy za koniem wcześniej nie znał i bardzo się do skieringu zapalił.

Narty 1Moje prawnuki na nartach

Zdolności do jazdy na nartach odziedziczył po mnie syn Jasha, który podczas naszego pobytu w Austrii potrafił swoimi umiejętnościami zapewnić sobie szacunek miejscowych, a proszę mi wierzyć – jest to naprawdę trudne. Uważam, że białe szaleństwo jest rozsądną rzeczą!