Babica – nasze konie

Synowa właśnie wróciła z Beskidu Niskiego i z zachwytem opowiada o koniach w stadninach, jakie tam widziała. Przypomina mi to stare, dobre czasy. W naszym majątku mieliśmy zwykle kilkadziesiąt koni. Przeznaczone były do różnych celów.

Między innymi były cztery czwórki koni, przeznaczonych do prac gospodarczych i polowych. Wcześniej było pięć czwórek, ale odkąd Ojciec kupił traktor, to zostały cztery. Zwoziło się z ich pomocą siano i snopki zboża, orało pola, zwoziło się drzewo z lasu. Były to konie zgrane ze sobą, o wyrównanej sprawności, które dobrze współdziałały przy cięższych pracach. Pola były zwykle położone na pofałdowanym terenie, więc często, na przykład orka szła pod górę. Dwa konie nie dałyby rady. Do zwózki drzew z wyrębiska wystarczały dwa, bo zwoziło się zazwyczaj w dół. Kilka koni zatrudnionych było do prac gospodarskich. Były to konie bez szczególnych uzdolnień, najmniej wyspecjalizowane. Woziły na przykład wodę do ogrodu, brały udział w pracach w sadzie i ogrodzie, napędzały kierat przy pompowaniu wody, czasem jechały na targ z towarem lub po zakupy.

Koń remont

Źrebaki dzieliły się na dwie kategorie: najlepsze, starannie wyselekcjonowane, kierowano do dalszej hodowli na „remonty”, pozostałe – na sprzedaż. Remonty były chlubą ojca. Przeznaczone były na zamówienie armii dla kawalerii. Kiedy źrebięta już dorosły, zawoziło się je na specjalny przegląd komisyjny. Wymagania wojskowych były bardzo wysokie. Koń musiał być idealny pod względem budowy i sprawności fizycznej, nie mógł mieć żadnych zgrubień, skaz, czy zakłóceń proporcji. Musiały to być wierzchowce naprawdę dorodne. Jednak warto było się starać, bo wojsko płaciło za nie bardzo dobrze. O ile przeciętny koń kosztował około 150-200 zł, to para remontów szła zwykle za 1000–1500 zł!

Konie remonty

Do powozów i do karety służyły dwie pary dużych, mocnych koni cugowych. Sam powóz był przecież dość ciężki, a wypełniony ludźmi stanowił ciężar naprawdę spory. Konie te musiały być spokojne, zrównoważone, niepłochliwe i posłuszne. Jeździły przecież po drogach, czasem w sporym ruchu i hałasie. Musiały też być przyuczone do chodzenia w zaprzęgach. Pamiętam niektóre ich imiona: Perła, Lawerna, Dumka, która została po wojsku rosyjskim oraz dwa duże kare konie: Kokaina i Morfina.

Koń Perła i MajaPerła z Mają

Kilka koni było przeznaczonych pod wierzch. Zawsze było ich cztery (co najmniej): dla każdego z nas – dzieci i dla Ojca. Matka rzadko dosiadała konia, jeździła wtedy, w odróżnieniu od nas, po damsku (siedziało się na grzbiecie konia bokiem, z obiema nogami zwieszonymi po jednej stronie). Było w domu siodło damskie, wyposażone w specjalne tzw. kule (dwa wygięte, o różnej wielkości i położeniu uchwyty na nogi: jedna podpierała nogę amazonki, a druga obejmowała ją od góry zapobiegając zsuwaniu się). Obie utrzymywały nogi przy ciele konia. Mnie służyło ono do nauki jazdy po damsku. Uczył mnie wuj Wiktor Rado, który stanowczo uważał, że trzeba się uczyć jazdy „tak, jak należy”. Często po takich lekcjach ubierałam bryczesy i siodło, po czym jeździłam po swojemu, czyli po męsku. Były też dwa mniejsze konie Rusałka i Chochlik, na których jeździły dzieci. Z kolei moja ulubiona gniada wierzchówka to była Przyłbica, która cierpiała na tzw. roar, to jest dolegliwość polegającą na tym, że musiała się „wykaszleć” po długim biegu. Była więc tania bo nikt nie chciał takiego konia. Poza tym miała taką dziwaczny zwyczaj, że często tuż przed przeszkodą, kiedy ja już pochylałam się do przodu, żeby jej lżej było skakać, miała moment zawahania. Przez to ja całym ciałem opadałam na jej kark. Ona w tym momencie wykonywała skok, a ja siłą rzeczy lądowałam na ziemi.

Koń Dekezi i Kika

Dekezi, jasną kasztankę, ojciec kupił we Lwowie. Była świetna na długie biegi, ale u nas nie było takich warunków. Pan Starowieyski z Iwieżyc dał za nią dwa konie cugowe. Odwoziłam tam Dekezi i poznałam bliżej mojego przyszłego męża, Antoniego Szaszkiewicza. Wszyscy potem się śmiali, że „Kika zamieniła tam konia za męża”. Jazda konna była naszą ulubioną rozrywką. Uwielbialiśmy szwendać się na koniach po całej okolicy. Czasem robiliśmy długie wycieczki wierzchem. Na pobliskiej łące urządziliśmy przeszkody, przez które z zapałem skakaliśmy, często przy tym zaliczając upadki i siniaki. Wzdłuż pobliskiego lasu ciągnęła droga, długa na 1,5 kilometra, którą nazywaliśmy „Boguchwalski galop”. Była płaska i prosta, a nawierzchnię miała miękką, co pozwalało się nieźle rozpędzić. Po wojnie brakowało mi bardzo jazdy konnej, a do niedawna jeszcze byłam pewna, że i dziś poradziłabym sobie z nią świetnie.

Konie z jeźcami

2 myśli nt. „Babica – nasze konie

  1. natalia1603

    Bardzo lubię czytać Pani bloga 🙂 mam 24 lata, ale niezwykle ciekawią mnie opowieści o tym, jak żyło się dawniej. Pozdrawiam serdecznie.

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *