Babica – spotkania z rogaczami

Na rogacze idzie się pojedynczo (na jelenie i dziki idzie się z nagonką). Sezon polowania na nie był ściśle określony: od czerwca do końca lipca (na kuropatwy i bażanty – od 1 września do połowy listopada). Wcześniej obchodzi się teren wielokrotnie i obserwuje się, gdzie rogacze chodzą regularnie. W naszych lasach wiedziało się już z doświadczenia, gdzie są takie miejsca i te właśnie się odwiedzało, aby je spotkać. Tam trzeba było się schować i obserwować, aby ocenić, który z byków nadaje się do odstrzału. Chodziło o wykrycie jego cech wskazujących na degenerację. Myślistwo to przecież dbałość o stan lasów i zwierząt, polega na wspieraniu rozwoju osobników dorodnych i silnych oraz eliminowaniu osobników mogących przekazywać potomstwu cechu regresywne. Zmiany takie pojawiały się w nieregularnościach poroża. Dążyło się do tego, aby namierzyć takiego byka, który miał jak największe poroże, najgrubsze i najcięższe i o jak największej rozpiętości odnóży, ale który zarazem miał widoczne dysfunkcje. Na konkursach myśliwskich decydowała objętość poroża. Pewien nasz znajomy upolował u nas rogacza, któremu rogi tak się rozwinęły, że jedno odnóże rosło w dół zamiast w górę i dosięgło pyska zwierzęcia, aż przeszkadzało mu w otwieraniu go. Trofeum to wygrało na mistrzostwach świata, gdyż dzięki temu nietypowemu rozstawieniu rogów nie zmieściło się w standardowym naczyniu pomiarowym (objętość rogów mierzono przez zanurzanie ich w wodzie w wystandaryzowanym naczyniu). Ponadto myśliwi dbają o dokarmianie zwierząt leśnych w okresach trudnych, aby ułatwić im przeżycie. W naszych lasach rogaczom porzucało się w określonych miejscach fasolę, bób i koniczynę.

Łowiectwo, Berlin

Na polowanie szło się wtedy, kiedy ludzie zeszli już z pól po pracach rolnych, rogacze wychodziły bowiem często z lasu na pola, ale dopiero wtedy, gdy panował tam spokój. Jeśli się było dobrze obznajomionym z lasem, zwierzyną i okolicą, powodzenie było pewne.

Łowiectwo, trofeaW dworach, gdzie polowano z upodobaniem wieszano liczne trofea – tak i u nas w Babicy..

Z rogaczami mam kilka zabawnych wspomnień. Byłam raz w pobliżu naszej leśniczówki gdzie na lichym poletku pasły się krowy pilnowane przez dzieciaki. Tam z lasu wybiegły dwa młode rogacze i walczyły ze sobą. Trwało to dłuższy czas, więc dzieciaki przyglądały się z zaciekawieniem. Zapamiętałe w bijatyce rogacze to nacierały na siebie, to odskakiwały, albo goniły się nawzajem zawzięcie. W pewnej chwili jeden z nich, pędząc przed siebie na oślep, potknął się i zrolował wprost na 10-letniego chłopca, z którym skotłowali się gwałtownie. W tym momencie drugi rogacz w zapamiętaniu doskoczył do nich i natarł na nich rogami. Rozległ się przeraźliwy wrzask chłopca, rogacze uciekły, my przybiegliśmy ratować poszkodowanego. Okazało się, że ma poranione pośladki i obficie krwawił. Kiedy chcieliśmy mu opatrzyć rany, chłopak zaczął wrzeszczeć wniebogłosy, że za nic nie zdejmie spodni. Takie to były czasy! Ale wszystko dobrze się skończyło.

Łowiectwo trofeum

Dzików u nas nie było, tylko od czasu do czasu, przeważnie w okresach działań wojennych, pojawiały się w naszych lasach dziki tzw. przechodnie. Widywaliśmy je przez kilka dni, po czym wędrowały gdzieś dalej. Nie wiadomo, dlaczego nie osiedliły się w naszych lasach, może były to lasy za mało gęste, niezbyt „matecznikowate”.

Jeleni też u nas nie było. Tuż przed wojną, w 1939 roku pojawił się niespodziewanie jeden okazały jeleń, który przyłączył się do stadka naszych saren i z nimi pasł się na łąkach, z nimi chodził po lasach, ale wkrótce wybuchła wojna i zginął od żołnierskich kul.

W zwyczaju ziemian posiadających lasy było zapraszanie znajomych raz w roku na zimowe polowania. U nas zwykle miało to miejsce w styczniu, kiedy to polowało się na jarząbki, bażanty i zające. Ojciec sprowadził do naszego majątku bażanty, ale niespecjalnie się przyjęły. Dopiero, gdy po regulacji Wisłoka pozostał taki podmokły, nieużywany teren, upodobały go sobie na gniazdowanie i rozprzestrzeniły się u nas.

Tak więc, na większą zwierzynę można było wybierać się jedynie w gościnę na polowania urządzane przez innych. Ojciec był bardzo często zapraszany na różne myśliwskie imprezy, gdyż znany był w Polsce, jako bardzo dobry myśliwy. Pewnego razu został zaproszony na polowanie do Badeniego (późniejszego ojca Dominikanina). Miał on w powiecie lwowskim słynne i wielkie lasy, którymi administrował w jego imieniu Andrzej Skrzyński, nasz krewny. Główną atrakcją polowania był słynny dzik „Dziadek”. Dzika tego otropiono, i kiedy nadeszła wiadomość: „Dziadek w miocie”, rozstawiono myśliwych w półkoszach. Wtedy wójt zatrąbił, nagonka ruszyła. Po pewnym czasie, kiedy już zwierzęta przeszły linię strzelców, Ojciec odszedł i po chwili zobaczył taką scenę: na brzegu polany siedzi wielki dzik – niewątpliwie „Dziadek”. Oparty był na przednich nogach. U każdego jego ucha wisiał jeden pies. Były to psy leśniczego, szkolone do polowań na dziki. Na przeciwko tej trójki stał leśniczy, czerwony na twarzy, któremu ręce trzęsły się tak, że nie był w stanie złożyć się do strzału. Patrzył bezradnie to na „dziadka”, to na Ojca. Ojciec niewiele myśląc wycelował i jednym strzałem powalił „dziadka”. Psy były bardzo poturbowane w walce z „Dziadkiem”, ale po pewnym czasie wykurowano je w szpitalu.

Dzik w knieji

Czas bardzo szybko mija, spostrzegłam się, że to, co napisałam powyżej miało powstać w czasie święta myśliwych, tzw. Hubertusa, ale święto prawie miesiąc temu minęło.. Urządzało się z tej okazji wspaniałe polowania oraz różne towarzyszące uroczystości towarzyskie. Wspomnienia tamtych zdarzeń bledną, lecz nie mijają, więc się nimi z Wami podzieliłam. Szczególnie, że teraz chyba znacznie mniej się poluje. Mój syn uważa, że to bardzo dobrze. Przychylam się do tego, ale wspomnienia z młodości nas utrzymują w miłym nastroju, a o to przecież chodzi, żeby sobie znajdować powody do dobrego samopoczucia i dzielić je z innymi.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *