Babica: Wielkanoc

Czas złożyć życzenia na Święta Wielkanocne, co niniejszym czynię, życząc wszystkim dobrych, rodzinnych świąt. A przy okazji wracam wspomnieniami do Babicy, gdyż pani Małgorzata, czytelniczka mojego bloga, prosiła mnie o to.

koszyk z jajami i bazie

Święta we dworze wyglądały podobnie jak teraz na polskiej wsi, a może i w mieście, tylko były robione z większym rozmachem. Cóż dwór był małą, jakby dziś się powiedziało, firmą, która zatrudniała kilkadziesiąt osób (licząc rodzinę, służbę, wszystkich pracowników). Dla wszystkich trzeba było przygotować dużo specjalnego jadła, wszystko należało wysprzątać i pięknie przyozdobić. Oprócz stałych mieszkańców i rezydentów na święta przyjeżdżali krewni z Krakowa i Lwowa.

Na tydzień przed świętami, jak zwykle zjawiał się u nas umówiony rzeźnik z Czudca. Robił świniobicie, po czym sam wyrabiał kiełbasy, szynki, salceson, pasztet i inne wspaniałe mięsiwa i przetwory. Musiało być tego sporo, bo do stołu świątecznego zasiadało zawsze około dwudziestu osób.

W Wielką Sobotę stawiało się w pokoju jadalnym duży stół na 24 osoby i na nim układało się produkty do święcenia: przyniesione z lodowni wędliny, pasztety, owoce, i oczywiście jaja. Ze spiżarni przynoszono placki (ciasta) oraz babki, chleb i inne pieczywa. Placków było siedem, wszystkie wielkości brytfanki, wśród nich mazurki i przekładańce. Babek było kilka piaskowych i drożdżowych, lukrowanych. Na samym środku stołu kładziono mój najbardziej ulubiony placek serowy (czyli sernik po prostu). Na nim tradycyjnie stawiano dużego baranka z cukru, z roku na rok tego samego. Przed nim stała spora ceramiczna misa z kilkunastoma pisankami. Były wyjątkowo piękne, zdobione na czarnym tle kolorowymi kwiatkami, baziami, ptaszkami, zwierzętami i innymi ilustracjami, starannie wyskrobywanymi rysikami i barwionymi, co podkreślało ich kontrastowe piękno. Była to specyficzna sztuka ludowa babickiej wsi. Niektóre wiejskie domy w Babicy specjalizowały się w tym artystycznym rzemiośle z dumą, od zawsze. Były też owoce, przyprawy (oliwa, ocet, sól i pieprz), wino. Służba stawiała swoje koszyki z własnymi produktami do święcenia. Obok dużego stołu stał drugi mniejszy stolik na koszyki dziecięce. Na osobnym stole stały duże, wysokie na około pół metra, okrągłe jajeczniki z rodzynkami (rodzaj ciasta z wyglądu przypominającego sękacz litewski). Był to tradycyjny prezent dla służby, który bardzo był przez nich ceniony. A ponieważ służby było u nas, wraz z pracownikami folwarcznymi, stajennymi itp., zazwyczaj około 20-25 osób, to tyleż było i jajeczników. Wszystko było przystrojone zielonymi gałązkami bukszpanu i baziami.

Jajo 3IMG_6993

Około godziny trzeciej po południu Ojciec posyłał powóz do Czudca po księdza. Ksiądz kanonik Błażej Stopa przyjeżdżał wraz dwoma ministrantami i wszyscy trzej przebierali się w sieni. Następnie starannie kropił przygotowaną uprzednio wodą święconą wszystkie dobra. Po święceniu odmawialiśmy wspólną modlitwę. Brali w niej udział wszyscy domownicy i rezydenci, służba z rodzinami i niektórzy okoliczni, bardziej z nami zaprzyjaźnieni, mieszkańcy wsi. Po tej ważnej ceremonii, księdza zapraszało się na herbatę, z poczęstunkiem, bo odkąd papież zniósł post w sobotę, można było już jeść normalnie. Ojciec jednak, a my za nim, nadal staraliśmy się przestrzegać postu w sobotę. Toteż i ten poczęstunek był raczej skromny.

Następnego dnia, w Święto Zmartwychwstania Pańskiego, całą rodziną jechaliśmy do Czudca o świcie, na mszę poranną, czyli rezurekcję, na godzinę 600. Trwała ona wraz procesją około 2-3 godziny. Ojciec nasz miał tradycyjnie ten zaszczyt, że księdza proboszcza, nieco już wiekowego, prowadził w procesji wspierając pod rękę i podtrzymując wraz z nim wzniesioną, ciężką monstrancję z hostią. Po powrocie do domu zasiadaliśmy do śniadania składając sobie życzenia. Dla dorosłych niepostrzeżenie przechodziło ono w obiad świąteczny. Dla dzieci była to okazja, aby zejść im z oczu i poswawolić.

A ponieważ zakazane owoce najlepiej smakują, już jako małe dzieci sięgaliśmy po nie. Pamiętam przygodę, która się wydarzyła, gdy miałam może 8 lat, a było to w drugi dzień Świąt Wielkanocnych. Biegaliśmy z rodzeństwem po parku, gdzie znajdowała się sadzawka z małą wyspą, na której stała figura Matki Boskiej, o której już kiedyś pisałam. Postanowiliśmy popływać łódką, co było dozwolone tylko pod opieką dorosłych. Ale dorośli świętowali w kościele, albo w domu, więc namówiliśmy jakiegoś chłopca stajennego, który był prawie dorosły, aby popłynął z nami. W łodzi nie było na czym siedzieć, poza maleńką deseczką dla sternika, więc zajął to miejsce on, a my siadaliśmy na burtach. Po przejażdżce dobijaliśmy do brzegu i wtedy ten chłopak skoczył z łódki na brzeg. W tym momencie łódka zarazem gwałtownie odpłynęła wstecz i zachwiała się tak mocno, że Maja wpadła do wody. A że trzymała się mocno rękami za burtę, pod wodą znalazła się tylko jej górna część ciała, głowa i korpus do pasa. Ja i Kot skoczyliśmy na drugą burtę, przeważyliśmy łódkę i Maja wróciła spod wody tylko niemiłosiernie ubłocona. Wszyscy wyglądaliśmy w naszych świątecznych, pięknych ubrankach jak nieboskie stworzeniach. Był kwiecień, zimno, więc spodziewając się ostrej awantury rodzicielskiej postanowiliśmy zakraść się boczną klatką schodową do naszych pokojów. Najpierw weszłam ja, żeby rozeznać, czy nikogo tam nie ma. Niestety w tym momencie schodami schodził wuj, który był w dobrym humorze i pogwizdywał wesoło. Zobaczył mnie i z troską zapytał, co się stało, bo taka blada jestem. Ja mu na to, nie chcąc już kręcić, powiedziałam prawdę: „Bo, bo Maja się utopiła!”. Teraz wuj zrobił się blady i z wrażenia aż usiadł na schodach, po czym mnie objął. W tym momencie drzwi wejściowe otworzyły się gwałtownie, a przez nie wbiegła zmoczona i umorusana Maja. Wuj w lot zrozumiał, że moje określenie „utopiła się” oznaczało, że wpadła do wody i roześmiał się z ulgą. Prosiliśmy go, aby nic nie wspominał rodzicom, obiecał, że nie piśnie im ani słówka, ale kiedy tylko zjawiliśmy się wśród dorosłych, wszyscy śmiali się z nas. Wuj nie był w stanie utrzymać języka za zębami.

IMG

Taki to mieliśmy szczególny śmigus dyngus, który pamiętam do dziś.

10 myśli nt. „Babica: Wielkanoc

    1. kika Autor wpisu

      Dziękuję bardzo i życzę nawzajem! I żeby wreszcie nadeszła wiosna od morza po góry (przez Warszawę ma się rozumieć!)
      Kika z rodziną

      Odpowiedz
    1. kika Autor wpisu

      Dziękuję bardzo z życzenia i wyrazy uznania od Pani. Życzę wzajemnie i jeszcze żeby ta pogoda przyszła w dosłownym sensie, tęsknię już za ciepłą wiosną, aby wyjść na taras i popatrzeć na kwiaty, powdychać zapach bratków. Czy Pani wie, że ostro pomarańczowe bratki cudownie pachną? Ja dowiedziałam się nie tak dawno, a więc jeszcze wielu nowych rzeczy się dowiaduję!
      pozdrawiam stałą Czytelniczkę
      Kika

      Odpowiedz
  1. Teresa

    Droga Pani Kiko!
    Z ogromną ciekawością i przyjemnością przeczytałam Pani książkę. Czytałam ją jednocześnie mojej 82- letniej Mamie. Jesteśmy wdzięczne Pani za podzielenie się swoim ciekawym i długim życiem.Mam w Bergen kolezankę ze studiów, która mieszka tam od ponad 20 lat. W ub.roku ja miałam przyjemność podziwiać tą piękną część Norwegii.Zdecydowana większość dni w roku z zachmurzeniem i opadami w tej części półwyspu skutkuje u ludzi przygnębieniem lub depresją. Proszę powiedzieć jak Pani,mieszkając w Stavanger, radziła sobie z wpływem pogody na nastroje?Podobno niektórzy Norwedzy też nie są od tego wpływu wolni.Zyczę dużo zdrowia i jeszcze wielu ciekawych wpisów w Pani ciekawym blogu. Czekamy obie z mamą.

    Odpowiedz
    1. kika Autor wpisu

      Szanowne Panie, dziękuję za miłe słowa. Co do tego jak sobie radziłam z pogodą, czyli jej wpływem na nastroje muszę się przyznać, że próbowałam różnych rzeczy – czytałam dużo książek, robiłam swetry na drutach, a potem obrazy szydełkiem, spotykałam się z ludźmi. A gdy to wszystko nie pomogło postanowiłam tę pogodę polubić! I to się okazało najskuteczniejsze. I działa nawet teraz, gdy śnieg pada wtedy, kiedy już nie powinien! A Bergen to bardzo urokliwe miasto, jakby taki norweski Kraków.
      pozdrawiam serdecznie
      Kika

      Odpowiedz
  2. Aneta

    Pani Kiko, życzę Waszej rodzinie wspaniałych świąt Wielkiej Nocy, miłych rozmów w rodzinnym gronie, zaskakujących wspomnień, a przede wszystkim dużo zdrowia i nieustającej pogody ducha!

    Ten staw z figurą Matki Boskiej, to bardzo magiczne miejsce… a Pani opowieści są tak barwne, że pozwalają mi w myślach spacerować razem z Wami i spędzać święta w Babicy.

    Odpowiedz

Pozostaw odpowiedź kika Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *