Karabiny i drzewka

Wychowanie w dwudziestoleciu międzywojennym cechowało się wielkim patriotyzmem. Nie dziwi więc fakt, że Polska była jedynym z podbitych przez Niemców krajem, gdzie zjawisko zorganizowanej kolaboracji właściwie nie istniało. Za to ogromna liczba moich znajomych zaangażowana była w konspirację. Oczywiście dowiadywałam się o tym (jeśli w ogóle) przeważnie po wojnie, bo w trakcie okupacji ściśle przestrzegano zasad bezpieczeństwa.

Ja zostałam zaprzysiężona do Związku Walki Zbrojnej, poprzedniczki AK, chyba w roku 1941. Moim bezpośrednim przełożonym był Staszek Pokrywka, przed wojną zawodowy żołnierz, za okupacji jeden z lokalnych dowódców konspiracji. Jednak z dwóch powodów nie mogłam zbyt aktywnie działać w strukturach Podziemia: po pierwsze, jako ziemianka byłam zbyt rozpoznawalna w okolicy, a po drugie Staszek roztoczył nade mną coś na kształt parasola ochronnego. Być może chodziło o to, że się we mnie trochę podkochiwał, a być może dał mojemu ojcu obietnicę, że nie będzie mnie narażał.

Jednak przypominam sobie przynajmniej dwa przypadki, gdy przysłużyłam się Akowcom. Pierwszym z nich była akcja przewozu pod nosem niemieckiej policji broni ze zrzutów alianckich. Zaczęło się od tego, że przyszedł do mnie Staszek z kilkoma ludźmi i poprosił, abym wzięła elegancki powóz z furmanem oraz duży kufer, i pojechała z nimi. Domyśliłam się od razu, że będziemy coś przewozić, ale powiedzieli, że dowiem się dopiero w ostatniej chwili. Nie pytałam więcej, bo jak to w konspiracji: „Mniej wiesz – dłużej żyjesz”. Jechaliśmy chyba z 10 km, aż za Czudec, po strasznych wertepach. Staszek, jego dwaj ludzie i ja siedzieliśmy w powozie, a obstawa jechała rowerami: jeden daleko przed a drugi za nami. Pamiętam, że była to wczesna wiosna, więc odbywały się omłoty. Zorganizowane to było tak, że z mijanej młocarni wyskakiwało dwóch ludzi i prowadzili do następnej młocarni. Tam zeskakiwali z rowerów, a wskakiwali inni.

Dojechaliśmy aż do końca drogi, głęboko w jakiś nieznany mi las. Dalej Akowcy poszli pieszo, a ja czekałam w powozie jakieś półtorej godziny. W końcu wrócili niosąc ze sobą broń: chyba osiem karabinów, trochę granatów oraz jakąś broń krótką. Mieliśmy to wszystko przewieźć do innej kryjówki. Okazało się, że nie ma jak ukryć karabinów – były za długie by zmieścić się w kufrze, więc lufy wystawały. Wpadłam wtedy na pewien pomysł: mijając jakieś gospodarstwo chłopskie zauważyłam oparte o płot, stojące w pękach, powiązane małe drzewka. Kazałam jednemu z naszych żołnierzy chwycić taki pęk i wziąć do powozu. Wcisnęłam drzewka korzeniami do kufra, a wystające gałęzie maskowały lufy karabinów.

Najgorsze było to, że musieliśmy przejechać przez Rynek w Czudcu, gdzie największą narożną kamienicę zajmował posterunek niemieckiej policji, a droga szła bezpośrednio pod nią. Na ulicach toczył się normalny codzienny ruch, zresztą raczej niewielki, bo nikt nie chciał przebywać zbyt blisko Niemców. Kiedy wjechaliśmy na Rynek, zobaczyliśmy taką scenę: kilkadziesiąt metrów przed nami trzech Niemców kontroluje chłopską furmankę, a przygląda się temu stojący bliżej nas komendant policji. Kazałam wtedy Staszkowi podjechać blisko komendanta i zatrzymać powóz. Staszek zbladł i zaprzeczył, ale powiedziałam stanowczo: „Nie ma czasu na dyskusje, rób co mówię!”. Komendanta znałam z widzenia, bo przyjeżdżał do nas do majątku po warzywa, więc zdarzyło się nam czasem zamienić kilka słów.

Zeskoczyłam z powozu i podbiegłam do niego, witając się i plotąc coś piąte przez dziesiąte, oczywiście wspominając, że wiozę drzewka. Równocześnie obserwowałam policjantów sprawdzających ten drugi wóz. Mówiłam bardzo głośno, ekspresyjnie, żeby być widoczną z daleka. Jak tylko zobaczyłam, że tamci skończyli kontrolę, w pół słowa wskoczyłam na wóz i kazałam furmanowi ruszać z kopyta. Mijani policjanci machali na nas rękami krzycząc „Halt!”, ale ja odpowiedziałam głośno, że już nas komendant sprawdził. Widzieli wcześniej, że z nim rozmawiam, więc odpuścili, a my pojechaliśmy dalej. Potem się dowiedziałam, że byliśmy o krok od strzelaniny, bo ludzie na rowerach z naszej obstawy mieli już odbezpieczone pistolety. Będąc w pewnej odległości od nas, nie wiedzieli, dlaczego stanęliśmy i myśleli, że Niemcy nas kontrolują. Gdy mijaliśmy Babicę, ja zeszłam z powozu i poszłam do domu, a Akowcy pojechali dalej do jakiejś swojej, uprzednio przygotowanej kryjówki.

Później strasznie zrugałam Staszka, że akcja była źle przeprowadzona: przede wszystkim powinni mi powiedzieć po co jedziemy, bo miałabym możliwość przygotować coś bardziej właściwego – np. furmankę, która rzuca się w oczy dużo mniej niż powóz. A w ogóle to zaraz wymyśliłam jeszcze coś: do tak długiej broni trzeba było wziąć trumnę, ubrać się na czarno, zwiesić głowy udając powagę i udawać, że się wiezie zwłoki.

 

 

 

 

 

3 myśli nt. „Karabiny i drzewka

  1. Monika

    Brawo!!! Jest Pani niesamowita i niepowtarzalna. Gratuluję odwagi I PODZIWIAM BARDZO PANIĄ. DZIĘKUJĘ za wszystkie wpisy. Są wspaniałe. Pozdrawiam

    Odpowiedz
  2. Ewelina

    Świetna opowieść a zarazem niesamowita przygoda…. Uwielbiam słuchać jak babcia mi opowiada co było kiedyś….ślę moc pozdrowień

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *