Konspiracja w czasie okupacji – opowieść na prośbę wnuka

Czasy drugiej wojny światowej przypadły na lata mojej młodości. Ponoć młodość wspomina się najmilej, ale muszę przyznać, że nie lubię wracać pamięcią do lat okupacji. Gdy wnukowi opowiadałam ostatnio o jakimś zdarzeniu z tamtych czasów, pytał: „Czyli w tej sytuacji ryzykowałaś życiem?”. A przecież wtedy człowiek wstawał rano, nie wiedząc czy dożyje wieczora. Ryzykowało się właściwie wszystkim, każde nieopatrznie powiedziane słowo, kontakt z nieodpowiednią osobą, czy po prostu przejaw dobroci lub życzliwości mógł zaprowadzić przed pluton egzekucyjny. Myślę, że w takiej sytuacji chyba łatwiej było się angażować w ryzykowne przedsięwzięcia – jak współpraca czy przynależność do struktur Polskiego Państwa Podziemnego.

Przed wojną, razem z resztą rodzeństwa, należałam do harcerstwa. Dzięki temu poznałam masę wspaniałych ludzi, z których większość, po wybuchu wojny wstąpiła do konspiracji. Oczywiście w strukturach różnych organizacji było wiele osób niezwiązanych z harcerstwem, które się zasłużyło polskości. Pamiętam na przykład pewną niepozorną panią z poczty w Czudcu (mówiło się o niej „panna z poczty”), o której po wojnie się dowiedziałam, że dzięki swej uczciwości i bohaterstwu uratowała wiele istnień ludzkich. Po prostu dokładnie analizowała przychodzące listy, telegramy i słuchała rozmowy telefoniczne, wyławiając donosy, czy inne potrzebne Podziemiu informacje. Donosy niszczyła, a wszelkie wiadomości o konfidentach przekazywała AK-owcom. Dzięki temu unieszkodliwiono wielu niemieckich sługusów, a na kilku, tych najbardziej niebezpiecznych wydano wyroki śmierci. Normalnie ich nie likwidowano, zakładając, że na ich miejsce Niemcy na pewno kogoś znajdą i zajmie sporo czasu rozpracowanie nowego agenta. Lepiej więc, mieć taką kanalię na oku i uważać na słowa w jego obecności.

Jednak pewnego dnia, pani ta przechwyciła bardzo ważną informację, że jeden z wyjątkowo znaczących konfidentów, poirytowany tym, że jego donosy nie odnoszą skutku, zapowiedział, że osobiście uda się do gestapo w Rzeszowie. Stworzyło to tak dużą groźbę dla struktur Podziemia, że by uprzedzić niemiecką akcję, AK zdecydowało się zlikwidować od razu niemal wszystkich kapusiów w okolicy. Przez to uniknięto represji, a Niemcy zamiast uderzyć w struktury podziemia, musieli cała siatkę budować od nowa, co wymaga mnóstwa czasu.

Ja, dzięki kontaktom z czasów harcerstwa, jakby naturalnie zostałam wciągnięta do struktur Armii Krajowej. Najpierw poprosiła mnie o przysługę moja znajoma z tamtych czasów, której nazwiska dziś nawet nie pamiętam. Chodziło o to, że w naszym dworze w Babicy mieli kwaterunek dwaj niemieccy wojskowi lekarze. Byli to ludzie raczej przyzwoici, którzy zaraz zadeklarowali, że będą leczyć okoliczną ludność, a ja służyłam im za tłumaczkę. Nie znałam słowa po niemiecku, ale radziłam sobie używając słownika, z czasem ucząc się tego języka. Mieli niedostępne Polakom sulfamidy, więc ich usługi cieszyły się dużym wzięciem. Moim zadaniem dla konspiracji było kopiowanie dokumentów tych lekarzy. Codziennie jeździli oni na chyba jakąś odprawę i obiad do Czudca, więc miałam kilka godzin by pomyszkować w ich rzeczach. Najtrudniejsze było to, by na koniec wszystko tak z powrotem poukładać, żeby Niemcy nie zorientowali się, że ktoś tam grzebał. Kiedy zauważyłam jakiś interesujący dokument, przepisywałam go, zwykle nie rozumiejąc nawet treści. Przekazywałam te kopie rzeczonej znajomej, ale nie mam pojęcia, czy kiedyś się Podziemiu przydały.

Na prośbę tej znajomej kopiowałam też emblematy widoczne na pojazdach wojskowych Niemców, służące, jako kryptonimy oznaczeń odpowiednich oddziałów. Nie używali oni słów i liter by oznaczyć pojazdy, a zamiast tego mieli różnego rodzaju obrazki, przedstawiające proste wizerunki zwierząt, roślin, budynków itp. Ja je skrzętnie przerysowywałam, notując gdzie i kiedy widziałam dany emblemat. Myślę, że informacje te pomagały Akowcom identyfikować ruchy wojsk niemieckich.

W ogóle drodzy czytelnicy trzeba Wam wiedzieć, że jedną z zasad konspiracji jest to, że „im mniej wiesz – tym lepiej dla ciebie!”. W związku z tym bardzo często wykonuje się jakieś zadanie od przełożonego, nie mając pojęcia, jaki jest jego cel.

Pani, od której otrzymywałam te zadania, trafiła wkrótce do Auschwitz. Wysyłaliśmy jej tam paczki, ale niestety nie przeżyła wojny, umierając tuż przed jej końcem. Wojna zabrała tak wielu porządnych ludzi z naszego otoczenia, że nie powinno nikogo dziwić, że trudno mi się o tych czasach opowiada. Skoro jednak Piotr, mój ukochany wnuk mnie naciska, opowiem następnym razem coś więcej o mojej (nader co prawda skromnej) działalności dla Armii Krajowej.

2 myśli nt. „Konspiracja w czasie okupacji – opowieść na prośbę wnuka

  1. Dorka DOO

    Jest Pani bardzo dzielną kobietą nie dziwię się że sprawia Pani ból pisanie o tak trudnych czasach, jednak tacy ludzie jak np. Ja , którzy nie zyli w czasie wojny uczymy się od takich osób jak Pani jak wyglądało życie podczas wojny naprawę , gdyż nie zawsze w literaturze wojennej znajdziemy prawdę na ten temat. Dlatego bardzo Pani dziękuję , że jednak pomimo wszystko zdecydowała sie Pani na te wpisy.
    Pozdrawiam i chylę czoła 🙂

    Odpowiedz
  2. Monika

    Jest Pani cudownym skarbcem wiedzy!!! Włada Pani wspaniałym językiem. Zawsze z niecierpliwością czekam na każdy kolejny wpis i czytam go z niesamowitą radością. Dziękuję bardzo, że poświęca Pani swój czas i raczy nas tak wartościowymi opowieściami. Fajnie, że wnuczek wyprosił wpis o czasach wojny. Jest to niesamowite móc choć w małym stopniu wyobrazić sobie przez co Pani i miliony ludzi przeszło, abyśmy teraz mogli żyć w wolnym kraju.
    Bardzo Pani dziękuję za wszystko i życzę przynajmniej 200 lat w takim zdrowiu jak teraz lub w jeszcze lepszym 🙂

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *