Mój Kraków : Hulaszcze życie w lokalach

Gdy moja młodsza wnuczka Kasia, dostała się na upragnioną architekturę wnętrz do Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie, zakrzyknęłam: „- No, teraz się zacznie hulaszcze życie i wałęsanie po lokalach!”. Ona popatrzyła na mnie z wyższością i odrzekła: „- Co też wymyślasz Kiko, ja mam to już dawno za sobą”. I rzeczywiście będąc już na studiach, siedziała głównie na uczelni, a w domu nad książką, albo tak zwaną pracą twórczą. Zdumiało mnie, że ma to już „za sobą”; bo niby kiedy? W liceum? Czy może jeszcze wcześniej?! Okazało się, że tak, że moja nad wyraz towarzyska wnuczka, wraz kolegami z klasy z V LO, po lekcjach odwiedzała różne lokale, zapewne poza wiedzą i zgodą rodziców i naturalnie szkoły. Wyznała mi bez oporów, że najczęściej siadywali w kawiarni Teatru Słowackiego. Dzięki temu, że się w tamtym czasie wyszumiała, uznała, że czas przyłożyć się do nauki, dodatkowo oświadczając zdumionej rodzinie, że włóczenie się po knajpach jest nudne.

Kasia z MuchąKasia Szaszkiewicz z ukochaną ciocią Muchą z Pomorza w kawiarni Camelot w Krakowie

Przypomniały mi się moje gimnazjalne czasy, gdy w Krakowie nie wolno nam było pójść nawet do kawiarni. Wstępowałyśmy z koleżankami do cukierni np. Maurizia na Rynku Głównym (niedługo po wojnie zamieniono ją na kawiarnię Antyczną), teraz jest to Redolfi. Można tam było kupić pomadki w pięknie zdobionych bombonierkach, owoce kandyzowane własnej produkcji i chyba likiery lub nalewki. Inną cukiernią, którą odwiedzałam była cukiernia Majewskiego i Danka, przy Karmelickiej 15, własność ojca naszej koleżanki. I to wszystko! Było to surowo przestrzegane, do tego stopnia, że tuż przed maturą we Lwowie nie poszłam na zorganizowane tańce do lokalu, gdyż nie wypadało panience z dobrego domu, nawet w towarzystwie własnego wuja! Potem wybuchła wojna i nie miałam już tak dobrej okazji. Dlatego w przeciwieństwie do mojej wnuczki, nie wyszalałam się we wczesnej młodości.

28

Może dlatego potem, przez całe życie lubiłam się bawić i nigdy nie uważam życia towarzyskiego za nudne. Co do lokali jednak, o których chciałam napisać żebyście poznali od tej strony Kraków tamtych czasów, nie jestem ich znawcą, gdyż nie bywałam w nich wiele. To były czasy komuny i nikomu do śmiechu, ani do zabawy nie było. Dodatkowo nie stać nas było na wydatki w restauracjach. Co najwyżej, raz w miesiącu, zaraz po wypłacie, zawsze szłam z synami do Kapusty na ul. Św. Anny na wielkie pierogi. To było nasze hulaszcze życie!

Ale, ale! Bywało się czasem w kawiarniach. I tak naszą ulubioną była maleńka kawiarenka Lili przy ul. Grodzkiej 1 w kamienicy „Pod Łabędziem”, gdzie spotykali się literaci i satyrycy tacy jak Otwinowscy, Kwiatkowscy i inni. Wchodziło się od podwórza, Naturalnie zachodziłam też do kawiarni Literackiej przy ul. Sławkowskiej, na przykład, gdy przyjeżdżał zaprzyjaźniony ze mną Tadeusz Przypkowski z Jędrzejowa, a także niekiedy do Warszawianek, nieistniejącej już kawiarni przy ul. Sławkowskiej lub do restauracji o tej samej nazwie, w pałacu Dunajewskiego. Nie bywałam wcale w Kolorowej, gdzie rezydowała Piwnica, a także w kultowym w tych czasach barze Rio przy ul. Św. Jana, gdzie była ponoć najlepsza w Krakowie kawa. W tamtych czasach wolałam mocniejsze trunki, a zawsze też byłam zwolenniczką dobrej herbaty. Nie zagnieździłam się w modnym SPATIF-ie przy pl. Szczepańskim, może stał się on mekką artystów już po moim wyjeździe do Norwegii. A może było mi tam nie po drodze?

Z moim stosunkowo rzadkim bywaniem w lokalach było też tak, że ja dużo pracowałam i to na zmiany, co wykluczało spędzanie wieczorów w kawiarniach. Często były one dość wcześnie zamykane. W miarę możliwości bywałam w Feniksie, lokalu nocnym na rogu ulicy św. Jana i Rynku. Można tam było spotkać bardzo mieszane towarzystwo, i w zależności od tego, robić różne rzeczy, jeść, pić, tańczyć i rozmawiać . Najlepiej nam wychodziło to ostatnie, gdyż jak pisze Leszek Mazan:    „Tak więc chytry jest Germanin, Francuz sprośny, Włoch namiętny.
A zaś każdy krakowianin: goły i inteligentny”.

Dlatego w Krakowie jest tak dużo lokali, żeby było gdzie się spotkać i inteligentnie porozmawiać!

Co do specjalnych okazji, dla których stworzone są lokale jak na przykład Sylwester czy karnawał, wspominam dobrze imprezy w „U Plastyków” przy ul. Łobzowskiej, gdzie właśnie chodziłam na Sylwestra, mimo braku stosownej toalety oraz mężczyzny u boku. Zawdzięczam to zaproszeniu Hanki Cybisowej. Bo musicie wiedzieć, że nawet po wojnie nie wypadało kobiecie samej wejść do lokalu, a jeszcze na zabawę! Ale u Plastyków czułam się dobrze wśród bliskich mi osób, jak Wacław Taranczewski czy właśnie Hanka. Działo się tam, oj działo, a obowiązkową atrakcją, co roku było to, że przez okno (i to zamknięte!) wylatywał któryś z braci Krakowskich. Działo się to oczywiście z czynną pomocą kolegów artystów. Gdy odwiedzałam Kraków mieszkając w Norwegii, mój wielki przyjaciel Staszek Dawidowicz, zapraszał mnie na obiad do dobrej restauracji w hotelu Francuskim lub Staropolskiej przy ulicy Siennej. Dla mojego syna z Krakowa była to wielka atrakcja: obiad w dobrej restauracji i bardzo dobrym towarzystwie. Czasem mi towarzyszył, a potem opowiadał „swoim”, co podano do jedzenia oraz o czym rozmawialiśmy. Z czasem pamiętaliśmy już tylko wątki rozmowy, gdyż nieodżałowany Staszek był człowiekiem niezwykłej erudycji.

Na starość, gdy już dostępne są dla mnie wszystkie knajpy w Krakowie, a jest ich cała masa, bardzo lubię posiedzieć w miłym towarzystwie na przykład w barze sałatkowym Chimera, gdzie pysznie karmią i miło obsługują, a od większego dzwonu iść do ich restauracji, gdzie niestety trudno mi zejść po schodkach. Z wielką chęcią chodziłam w bardzo dobrym towarzystwie do Kawalerii, gdzie czuję się jak w domu przyjaciół, a szpinakowe wariacje cenię nade wszystko, a nie tak dawno wpadłam do El Toro na hiszpańskie jedzenie. Korzystam też co roku w lipcu, z zaproszenia na imieniny miłego sąsiada Krzysztofa Frysztackiego, które odbywają się w różnych wspaniałych restauracjach, a to „Bombonierka”,  a ostatnio La Campana,  prawdziwa włoska restauracja w ogrodach na Kanoniczej.

IMG_6529W Chimerze z Marią Keler-Hamela – miłym gościem z Warszawy

W tym miejscu powinnam napisać o Piwnicy pod Baranami, która była nie tylko kabaretem, ale też nieformalnym ośrodkiem kultury nieoficjalnej, ale przede wszystkim miejscem spotkań dla mnie w owych czasach najważniejszym. Ale było to miejsce na tyle specjalne, że muszę mu poświęcić oddzielny wpis. Powiem tylko tyle, ze zarówno w lokalu, domu, czy kabarecie można się świetnie bawić wtedy, gdy zbierze się grupa osób zaciekawionych życiem i sobą nawzajem, a jeszcze dowcipnych i inteligentnych. Nie muszą wcale być z Krakowa co widać na zdjęciach powyżej!

Jedna myśl nt. „Mój Kraków : Hulaszcze życie w lokalach

  1. Marek

    Rzeczywiście w V LO nie można było narzekać na brak życia towarzyskiego, a fakt że przesiadywanie w różnych lokalach bywało „nielegalne” dodawał wszystkiemu uroku… Teraz kiedy można już bez problemu kupić piwo i to w tak wielu miejscach sprawia, że umawiamy się w okolicach rynku krakowskiego najwyżej kilka razy w roku…

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *