Mój Kraków – początki na Piasku

Nadeszły kolejne zmiany w rodzinie: synowa zredukowała nieco swoje zatrudnienie (co nie znaczy, że w dużym stopniu, gdyż resztą miejsc pracy w których jest, można by obdzielić kilka osób!). Wyłoniła się możliwość, o której z mężem dawno marzyli – „wypadów w Kraków” (jak mówi młodzież) z oglądaniem różnych jego zakątków. I tak we dwoje – raz w tygodniu oprowadzają się nawzajem po ciekawych miejscach, w których, na co dzień nie bywają. Potem idą na „małe co nie co”, na czym korzystam, gdyż przynoszą mi smakołyki. Czekam, że kiedyś pokażą zdjęcia stamtąd. Okazuje się, że w wielu miejscach, któreś z nich nie było jeszcze nigdy! Nie zawsze są to zabytki, zawsze jakieś cuda zgrabnie dobrane i inteligentnie zaprezentowane.

Kraków w zimie

Zaczęłam myśleć o „moim” Krakowie, w którym się urodziłam, w którym bywałam w dzieciństwie u rodziny – ciotki Haliny Klugerowej przy ul. Sobieskiego (wówczas dzielnica Piasek), w którym jako nastolatka chodziłam do szkoły, a w młodości mieszkałam z mężem i dziećmi. Na starość wróciłam, by w nim dokonać żywota. Gdy słucham relacji Maćka i jego żony, a szczególnie oglądając zdjęcia, które robią, widzę, że niewiele się w nim zmieniło. I mam nadzieję, że tak pozostanie! Oczywiście już kolej żelazna nie chodzi alejami Trzech Wieszczy i trochę domów przybyło, ale najważniejsze centra są te same, a w nim ci sami ludzie – potomkowie rodzin odwiecznie tu mieszkających. Młodzi zawsze bardzo się śmieją, gdy ja dopytuję nowo poznane osoby o nazwiska i koligacje. A potem się dziwią, że znajduję zawsze jakieś z nimi powiązania towarzyskie, a nierzadko pokrewieństwo rodzinne! To przecież jest Kraków – stąd się nie wyjeżdża i dlatego te rody się mieszają między sobą i przybyszami.

Urodziłam się w Krakowie na oddziale położniczym – dumie profesora Aleksandra Roznera, uważanego za twórcę polskiej ginekologii, w szpitalu na Garncarskiej (Piasek rzecz jasna!). Jechałam tamtędy niedawno – budynek stoi na swoim miejscu, chociaż teraz się w nim raczej umiera niż rodzi (onkologia). Profesor Rozner w latach trzydziestych dostał 100 mg radu w darze od Marii Skłodowskiej-Curie i jako pierwszy w Polsce zastosował rad w leczeniu nowotworów. Nie dziwię się teraz, że moja Matka tak bardzo go ceniła!

Byłam chrzczona w kościele oo. Karmelitów na Piasku, gdzie w kaplicy jest renesansowy obraz Matki Bożej Piaskowej, o wyraźnych rysach semickich. Swoimi wielkimi, czarnymi i przenikliwymi oczami wodzi za człowiekiem gdziekolwiek by się nie stanęło. Trzyma ona na rękach spore już i czegoś smutne dziecię. Kościół, którego historia jest bardzo burzliwa, posiada bardzo obszerną zakrystię i ciekawe wnętrze. Za moich czasów kościół ten był bardzo uczęszczany. Jest w nim ślad sławnej stopki fundatorki klasztoru – Królowej Jadwigi.

Kraków TWAkoleżanki z gimnazjum

Moje gimnazjum, do którego po latach przyjechałam do Krakowa, również imienia Królowej Jadwigi, mieściło się nad Hawełką przy Rynku Głównym. Charakteryzował je wysoki poziom, chodziło do niego wiele Żydówek. Nauczali w nim profesorowie z najwyższej półki, na przykład języka polskiego pani Bronisława Ostrowska, znana wówczas poetka, był też wybitny historyk. Mnie niestety wyrzucili za chodzenie po lekcjach z chłopcami. A kiedy miałam z nimi chodzić skoro w szkole nie było wówczas koedukacji?! Mieszkałyśmy z siostrą Mają na stancji u panien Romiszowskich przy ul. Smoleńsk w tzw. kamienicy egipskiej, a później przy ul. Studenckiej u pp. Siessów, którzy mieli syna Fryderyka.

Maja i Frycek Siess

Pamiętam Kraków z tego czasu, jako miasto z polotem. Otaczali mnie sami znajomi, gdyż w Krakowie wszyscy się znają. Jak powiedział Otwinowski „Kraków jest pod względem towarzyskim bardzo dobrze zaprojektowany”. Wszyscy się spotykali na balach, rautach, koncertach i wystawach. I w kościele naturalnie. W towarzystwie mieszali się starzy i młodzi oraz ludzie ze wszystkich sfer. Pamiętam, jak rodzice nazywali pewne trzy panny z Akademii Sztuk Pięknych: „Hopsztyndry”. Wnosiły one w towarzystwo radość i beztroskę. Jedną z nich była Hanka Cybisowa-Rudzka, o której Wam wcześniej pisałam. Czułam się w owych czasach w Krakowie bardzo dobrze – i tak już zostało!

5 myśli nt. „Mój Kraków – początki na Piasku

  1. Agnieszka

    Droga Pani Kiko!

    Pani wpisy czyta się z zapartym tchem, zdarzyło mi się kilka razy wejść na Pani bloga trochę automatycznie, i dopiero po wejściu uświadomiłam sobie, że było mi smutno, a po rozpoczęciu czytania – przestało 🙂 I tak chyba już podświadomie wiem, że Pani wpisy poprawiają humor. Jest w nich tyle pozytywnej energii!
    Bardzo się ciesze, że założyła Pani tego bloga i dzieli się z nami, czytelniczkami i czytelnikami, swoimi pięknymi historiami. Jak na razie w ogóle się nie wyczerpują i coś czuję, że w zanadrzu ma ich Pani całe mnóstwo!
    Serdecznie Panią, Pani Kiko pozdrawiam!

    22-letnia czytelniczka Agnieszka (dodałam specjalnie wiek, tak, żeby Pani wiedziała, że młodzież Panią chętnie czyta , a nawet z zadziwieniem stwierdza, że Pani ma więcej energii i animuszu niż wiele tejże młodzieży przedstawicieli)

    Odpowiedz
    1. kika Autor wpisu

      Pani Agnieszko Droga, dziękuję za ten wpis. Tak po prawdzie to piszący bloga, czeka na na takie miłe komentarze, ale również te krytyczne! To motywuje do pisania. Ja jak dotąd mam same pozytywne odpowiedzi, pewnie ludzie czują respekt do mnie ze względu na wiek. Jak widać sędziwy wiek ma swoje przywileje! Trochę się jednak wyczerpują nie tyle tematy ile pamięć zawodzi.. I ogarnia człowieka pokusa, żeby opisywać fakty te poważne, a zapomina o skandalach i śmiesznych wydarzeniach, które czytelników cieszą! Dyktuję synowej odpowiedź do Pani i ona mi mówi, że Pani ten wpis dała o 3 w nocy! Dziecko, niech Pani w swoim wieku nie czyta bloga starej baby tylko korzysta z życia – wpis o balach w czasach mojej młodości dedykuję Pani. Ukłony i serdeczności dla Pani oraz Jej młodych przyjaciół (oby było ich jak najwięcej, również tych czytających czasem mojego bloga). Z życzeniami animuszu rzecz jasna.
      Kika

      Odpowiedz
  2. Agnieszka

    Pani Kiko,
    Bardzo Pani dziękuję za ciepłą odpowiedź i za dedykację wpisu – to niezmiernie miłe uczucie mieć zadedykowany wpis.
    Dodam tylko, że chętnie czytam też te opowieści smutniejsze, nostalgiczne, bo i one mają niezwykłą wartość – i zawsze skłaniają mnie do przemyśleń. A i w tych bardziej poważnych wpisach pojawiają się błyskotliwie wplecione, wesołe myśli, perełki. Tak, jak gdyby Pani nie była nigdy tak absolutnie do końca poważna, jak gdyby zawsze choć trochę aktywna była ta najjaśniejsza, radosna strona Pani osobowości.
    Wysyłam Pani najcieplejsze myśli i obiecuję, że postaram się bardziej korzystać z życia i trochę wcześniej chodzić spać.
    Agnieszka

    Odpowiedz
    1. Justyna

      Również mam problem z przesiadywaniem do późna.

      Jakiś czas temu robiłam wywiady z najstarszymi mieszkańcami wiosek położonych w pobliżu Zalewu Włocławskiego i muszę przyznać, że było to jedno z najciekawszych doświadczeń w moim życiu. Bardzo się cieszę, że Pani pisze i wspomina – to bardzo ważne, by się to zachowało. Często jak trafiałam do wiosek z pytaniem o najstarszych mieszkańców ludzie mówili mi, że oni już pomarli. „Jakby pani przyszła ze dwa miesiące wcześniej…”. To smutne, bo wraz z tymi ludźmi odeszło wiele historii. Takich, o których nikt nie uczy w szkole i o których nikt nie opowiada.

      Czytając Pani wpisy mam nieodparte wrażenie, że powinnam się urodzić wcześniej. Że to, o czym Pani opowiada, nawet jeżeli są to smutne historie, nawet jeżeli wyziera z nich bieda i głód, przemawiają do mnie bardziej niż dzisiejsze czasy. I chociaż sama dosyć mocno związana jestem z Internetem i komputerem, bo pracuję z nimi na co dzień, mam taką wewnętrzną tęsknotę za tymi czasami, o których nie mam pojęcia.

      I bardzo chciałabym Panią kiedyś spotkać – żeby za to wszystko podziękować.

      Odpowiedz
      1. Kika

        Droga Pani Justyno, odp[owiadam hurtem na na wszystkie trzy Pani komentarze, za które bardzo dziękuję.
        miło mi, że dobrze się Pani czuje w kawiarni „Piwnicy pod Baranami”, ale proszę pamiętać, że prawdziwego ducha nadaje temu miejscu kabaret. Napiszę o nim chociaż będzie trudna teraz, bo synowa złamała prawą rękę i jestem zdana na męskich sekretarzy, którzy nie są tak pewni – jak to mężczyźni!
        Odnośnie do szczurów, nie znam składu tego specyfiku. W głębi duszy żal mi tych inteligentnych zwierząt. Drogą dedukcji wnioskuję, że w miksturze, którą ów wędrowiec dodawał do pokarmu dla nich, musiał być jakiś związek fosforu (bo świeciła w ciemności) oraz być może gips, który twardniał po napiciu się wody. A na pewno jeszcze coś niezwykle smakowitego dla szczurów, skoro tak gremialnie przybywały.
        Cieszę się, że docenia Pani wartość opowieści starych ludzi. W dawnych domach byli oni pod tym względem bardziej szanowani i wieczorami rodzina zbierała się przy nich i wysłuchiwała opwieści. Był to właściwie rodzaj szkoły. teraz wystarcz kliknąć i wyguglować niemal każdą informację , także o dawnych czasach. Z tego też powodu piszę bloga, starając się ożywić nieco suche informacje i podziałać na wyobraźnię. Wystarczy tylko kliknąć…
        Serdecznie Panią pozdrawiam
        Kika.

        Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *