Cup of tea

Home, my sweet home! Nareszcie wróciłam do domu, chociaż nie byłam w stanie wejść do niego na własnych nogach. Jestem dużo słabsza bo apetyt mam tylko na herbatę i to taką jak lubię: mocną, gorzką i podaną w pięknej porcelanowej filiżance. A jak się zapewne domyślacie nie miałam do niej dostępu w pensjonacie, gdzie podają w kubeczku lekko zabarwioną wodę i usiłują ci ją posłodzić!

filiżankaMam nadzieję, że „moja” herbata postawi mnie na nogi, chociaż synowa mi podaje dodatkowo jakiś wzmacniający napój o smaku waniliowym i zapewnia, że i tak muszę wrócić do jedzenia. Ale póki co myślę z wdzięcznością o herbacie. Lubiłam ją już przed wojną, a jeszcze bardziej wtedy, gdy ktoś z babickich gości oświadczył, że jest znacznie lepsza, gdy niesłodzona. W czasie wojny piło się napój herbaciany gorszego sortu, a kawy prawie nie było. Ale już po wojnie, pamiętacie herbatę Ulung w puszkach? W Norwegii, która pije cienką kawę na sposób amerykański, można było kupić każdy rodzaj herbaty i rozmaite podgrzewacze na stół, co sprawiało, że była cały czas dostępna. Nawet –  jak przed wojną – dostepna była herbata z samowara! Był czas, że po godzinie 17.00 nie mogłam pić mocnej herbaty, gdyż wtedy nie mogłam zasnąć. Odkryłam wtedy smakowe herbaty owocowe, w tym moją ulubioną z czarnej porzeczki. Teraz piję herbatę naturalną, czasem earl grey, chętnie lapsang souchong, która smakuje jakby była lekko podwędzana. Tak więc rozkoszuję się swoim łóżkiem, herbatą oraz towarzystwem Konstancji, która przywitała mnie owacyjnie, a teraz głośno mruczy, gdy ją głaskam.

kika i KotKonstancja zwana Kotą, z którą dzielę pokój oraz łóżko

Patrzę też na kwiaty – ostatnie piwonie i ostro pomarańczowe bratki, które pachną szalenie. Nie ma to jak w domu! W telewizji jak to mówią ogórki, ale też sensacje z jakimiś podsłuchanymi rozmowami. No i piłka nożna, będzie można wspólnie z wnukiem i może nawet synem oglądać mecze. Powoli dojdę do siebie i mam nadzieję wrócę do pisania dla Was. Synowa z pewnością zacznie wystawiać mnie w fotelu na taras, gdzie kwiatów ponoć moc! Przybędą czwartkowi goście, wpadną z wrzaskiem prawnuki: Pola, Malwina, Ignaś i Julka, a może Maurycy i Makary oraz coraz bardziej rozumny (sądząc ze spojrzenia) półroczny Adaś. A co do remontu – wciąż trwa i końca nie widać..

Jeszcze na wygnaniu..

Pragnę zapewnić czytelników, że myślę o nowych wpisach, które jednak pojawią się niebawem po moim powrocie do domu. To się przeciąga, gdyż remont zawsze napotyka na przeszkody i wydłuża w czasie. Ja postanowiłam wrócić do domu, gdy w łazience będzie już woda. Nasza rodzinna projektantka wnętrz, moja wnuczka warszawska – Kasia, ma coraz to nowe pomysły, a rodzice jej kibicują. Mam nadzieję, że w planie jest woda w łazience, ale kiedy to nastąpi? Póki co jest mowa tylko o lustrach i płytkach, fugach  oraz punktach świetlnych. Synowa planuje kwiaty w łazience.

groble

IMG_0006

Tymczasem jestem w pensjonacie w Grobli (zdjęcia powyżej) gdzie odwiedzają mnie ludzie i zwierzęta (przychodzą sarny i gołębie zakładają gniazda na moim balkoniku). Opieka jest bardzo dobra, wciąż ktoś wpada, dopytuje się o samopoczucie lub przynosi jakieś smakołyki. Często zaglądają przyjaciele i rodzina. Gdyby mi tylko sił przybywało, a nie ubywało, niestety jest odwrotnie.. Wszyscy przypisują to apetytowi, który mnie chwilowo opuścił. Na szczęście jest to apetyt na jedzenie, a nie na życie!  Czekajcie na mnie, mam sensacyjne sprawy dzięki Marysi Vetulaniowej, która przyniosła pewien list sprzed przeszło sześćdziesięciu lat. Od kogo?  Cierpliwości, proszę! Przesyłam Wam wielkie serdeczności z miejscowości Grobla, gdzie odpoczywam od miasta.

luft z WierąOdwiedziny Wiery, serdecznej sąsiadki z domu w Krakowie

Wakacje przez remont

Drodzy czytelnicy, spieszę powiadomić, że zostałam wywieziona „na luft” czyli przymusowy pobyt w pensjonacie w miejscowości Grobla niedaleko Nowego Brzeska. Jest tu bardzo wygodnie wręcz luksusowo! Odwiedzajcie mnie – zapraszam! Rodzina chciała mi oszczędzić huku i kurzu z kucia łazienki,  w której trwa remont, oraz braku wody bieżącej. Taka jest oficjalna wersja,  nigdy nie wiadomo czy to prawda? Przekonam się po powrocie, czyli za dwa tygodnie i tą drogą dam Wam znać. Martwię się jedynie o koty, bo sytuacja życiowa się im z pewnością pogorszy. Ale przetrwają!  Czego i Wam serdecznie życzę. Adios!

Makatka1

Koty łowią ryby

Ryszard Horowitz w Krakowie!

Znów czas poleciał do przodu i nie da się go dogonić. Majówka, na którą wszyscy czekają, gdzieś wyjeżdżają, biegają, na coś się umawiają, już dawno za nami. Miło wspominam te dni, gdyż codziennie zjawiał się ktoś z Warszawy, a na koniec nasz przyjaciel, specjalista od inkunabułów, Michał Spandowski, załapał się na wystawę Ryszarda Horowitza, na którą naturalnie też się wybrałam do Pałacu Sztuki.  I powiem wam, że nie żałuję, bo było to wydarzenie na wielką skalę!

Kika i HorowitzSpotkanie na wernisażu w 2014 r

Był cały Kraków – kto żyw przygnał na wystawę. Było masę zdjęć Ryśka, był on sam z rodziną i wielką świtą krakowskich VIP-ów. Nieoceniony Jurek Vetulani zdobył dla mnie katalog z wystawy, a bardzo uprzejmi i przystojni młodzieńcy wnosili mnie na wózku  i znosili z wysokich schodów. Nad wszystkim czuwał mój ukochany wnuk Piotrek, dzięki któremu mój wózek nie został zadeptany w tłumie.

HorowiyzZdjęcie z plakatu na wystawę

Rysia Horowitza znam jeszcze z czasów krakowskich, gdy był nastolatkiem i nic nie zapowiadało, że dojdzie do takiego poziomu artyzmu w fotografii. Chodził do szkoły, interesował się sztuką. Był prześlicznym i bardzo miłym chłopcem. Poznałam też jego uroczą siostrę i nie muszę zapewniać jak błogosławiliśmy los, że ta rodzina wyszła żywa z wojny. Ryszard, już, jako dorosły człowiek, opowiadał mi z czułością o swojej mamie. Zapamiętałam np., że gdy ją odwiedził chyba w Wiedniu, zachęcała go by jadł sardynki zapewniając, że są „zagraniczne”.

IMG_0567nasze spotkanie po wielu latach – kilka lat temu w Krakowie

Jego samego spotkałam w Nowym Yorku, gdzie wybraliśmy się do wielkiego, kilkupiętrowego sklepu z aparatami fotograficznymi, kamerami etc. Potrzebowałam jakiegoś obiektywu dla syna Jaszy i Rysiek znalazł go, wybrał, a zamiast zapłacić podpisał jakiś świstek. Gdy pytałam go czy nie ma karty, czemu nie dał czeku, mruknął tylko, że „znają go tutaj i ani karty, ani niczego nie potrzebuje”. Zażartowałam, że gdybym wiedziała, poprosiłabym o dużo więcej, wyobrażając sobie, że on nie musi wcale za to płacić! Rysiek był dla mnie bardzo uczynny i miły. I zawsze z tym nieśmiałym uśmiechem, który mu do dziś pozostał, a który jest chyba zasłoną dla przeżyć i uczuć, których nie ujawnia. Teraz na wystawie, wyglądał na bardzo skrępowanego własną wielkością.. Cieszę się, że ma szczęśliwą rodzinę, śliczną i przemiłą żonę i że jego zdjęcia dają ludziom tyle pięknych, mocnych wrażeń.

IMG_0571na poprzedniej wystawie w Krakowie, Ryszard z żoną

Na wystawie spotkałam też Jurka Fedorowicza, aktora, działacza społecznego i polityka, który siedział ze mną dłuższą chwilę. Mogłam powspominać odległą przeszłość, np. o tym, że gdy rodziłam mojego Maćka na ziemi kłodzkiej, pan Jerzy urodził się w tym samym miejscu i w tym samym czasie! Pamiętam, ile razy przyjechałam z Norwegii, zawsze się gdzieś z nim spotkałam, najczęściej na jakimiś wydarzeniu ważnym dla Krakowa. I zawsze witamy się serdecznie jak starzy przyjaciele, jakby wyczuwając, że na podobnych sprawach nam zależy. Tym razem pan Jerzy pokazywał wszystkim zdjęcia swoich wnuczek w telefonie komórkowym. Pomyślałam sobie, że kolejna rzecz go łączy z moim synem, poza miejscem i czasem narodzin, to jest miłość do dzieci i w ogóle do ludzi!

jerzy fedorJerzy Fedorowicz taki, jaki jest

Jeszcze przed oczami przesuwają mi się twarze przyjaciół spotkanych na tym wernisażu: siostry Leszczyńskie, Joanna Ronikierowa i jej córka Kasia, cała rodzina Vetulanich, Irena i Jacek Nalepowie i wiele innych. Tylko nikt z naszych nie zrobił mi żadnego zdjęcia! Ale zmyślna żona mojego wnuka, znalazła jedno zdjęcie w internecie, więc zamieszczam je na początku niniejszego wpisu. Dziękuję Lucynko!

Przypadki pana Bylickiego

Gdy ma się już prawie setkę lat na karku, liczba osób, z którą się człowiek w życiu zetknął może przyprawić o zawrót głowy. Jednak niektórzy ludzie zostawili jakiś trwalszy ślad w mej pamięci. Należy do nich niewątpliwie pan Stanisław Bylicki, o którym już kiedyś pisałam, a który miał coś, co można nazwać szóstym zmysłem, czy może nadprzyrodzonymi zdolnościami przewidywania niektórych zdarzeń. Dzięki temu potrafił wychodzić cało z niezwykłych opresji. Podczas mijającej majówki odwiedziła nas rodzina pana Stanisława, przywożąc prawdziwe skarby – film z wesela Kasi Bylickiej z 1940 roku, na którym jestem odmłodzona o przeszło 70 lat! Przeglądam w komputerze stare zdjęcia z tamtych lat, zostawione dla nas przez Nika Bylickiego i Jego żonę Irenkę i wspominam, wspominam.. Przypomniała mi się kapitalna historia właściciela Żyznowa, który na tych zdjęciach stanowi piękne tło dla uroczej, zgranej rodziny Bylickich i ich krewnych i przyjaciół.

ŻyznówŻyznów od strony zajazdu

Kiedy 1-ego września 1939 roku Niemcy najechali Polskę, wielu rodaków uciekało na wschód. Wojna już wcześniej wisiała w powietrzu, więc atakiem ze strony Wermachtu nie byliśmy jakoś szczególnie zaskoczeni. Jednak nagle zdarzyło się coś, czego nikt nie był w stanie przewidzieć: 17-ego września ruszyli na nas także Sowieci. Państwo Byliccy mieli majątek Żyznów na Rzeszowszczyźnie, niedaleko naszej Babicy, ale posiadali też mieszkanie we Lwowie. Wtedy wielu ziemian miało jakieś drugie lokum w większym mieście, zwykle Lwowie lub Krakowie, bo do obu tych miast często się jeździło – a to załatwiać sprawy urzędowe, a to w interesach, a to w odwiedziny do znajomych, czy na różne bale. Po ataku ze strony Rosjan zapanowała konsternacja i gdy nasza klęska już była jasna, wszyscy się głowili, do której strefy lepiej trafić: okupowanej przez Niemców czy przez Rosjan? Żydzi przeważnie uciekali na wschód, ziemianie jednak woleli zostać w swoich majątkach, licząc (jak się później okazało – raczej słusznie), że słynący z gospodarności Niemcy, nie będą chcieli zrobić krzywdy producentom płodów rolnych.

Wtedy nikt z nas nie wiedział, czego się tak naprawdę spodziewać ani po jednych ani po drugich. Zwłaszcza Rosjanie stanowili zagadkę, bo choć co nieco wiedziano o ich nieludzkiej polityce wobec „obszarników” i „kułaków” na terenie ZSRR, to naiwnie liczyliśmy, że na terenie podbitej Polski nie pozwolą sobie aż na tyle. Ale co to wszystko ma do pana Bylickiego?

Żyznów Bylicki w powozieŻyznów Bylicki w powozie2Otóż w trakcie klęski wrześniowej rodzina Bylickich się podzieliła: ich dorosłe już dzieci Wojtek, Kasia, Andrzej i Magdzia pojechały do Lwowa, a rodzice zostali w swoim majątku w Żyznowie. Wtedy jednak jak grom z jasnego nieba spadł na nas atak radziecki i okazało się, że zostali rozdzieleni nową granicą. Przebiegała ona w okolicach Przemyśla i okazała się bardzo trudna do sforsowania. Pan Bylicki nagle postanowił pojechać swoim samochodem do Lwowa i przywieźć dzieci do Żyznowa. Odwodziliśmy go od tego wszyscy: „Dla Sowietów jesteś obszarnikiem, zaraz Cię zastrzelą”, „Życie Ci niemiłe – samemu się pchać w ich łapy?!”.

Jednak pan Bylicki miał – jak już wcześniej wspominałam – pewną niezwykłą zdolność. Po pierwsze posiadał wielki dar przekonywania i wzbudzania zaufania. Mógł pleść przysłowiowe androny (i lubił to robić), a Ci co go nie znali, wierzyli w to święcie. Po prostu się wydawało, że skoro on tak powiedział, to tak właśnie musi być. Po drugie: nachodził go czasem taki dziwny stan, że umiał jakby przepowiadać przyszłość; wiedział co nastąpi i co w związku z tym należy zrobić. Dzięki temu przez dwadzieścia lat udało mu się utrzymać Żyznów, mimo że rodzina miała ogromne kłopoty finansowe. Ich majątek wielokrotnie powinien zostać zlicytowany, ale pan Bylicki zawsze jakoś wychodził z tego obronną ręką. Mój ojciec wiele razy mówił: „No, tym razem jednak mu się nie uda, na pewno stracą Żyznów”, po czym się okazywało, że dzięki zdolnościom pana Stanisława jakoś się wykręcali.

Kiedy więc we po klęsce wrześniowej ustaliła się granica, licznie obsadzona wojskiem i pogranicznikami, pan Bylicki, niepokojąc się o losy dzieci postanowił pojechać do Lwowa. Nie miał o nich do tej pory żadnych informacji, ale naszło go jedno z tych przywidzeń, że to właśnie dziś ma się zebrać i pojechać. My byliśmy pewni, że w najlepszym razie mu się nie uda, a w najgorszym nie wróci żywy, on się jednak na nikogo nie oglądał, wsiadł w auto i pojechał. Dotarł na punkt graniczny niedaleko Przemyśla i okazało się, że Niemcy żadnych trudności nie robią, nawet nie bardzo pilnując granicy. Trzeba więc było dogadywać się z Rosjanami.

Pan Stanisław zgłosił się do jakiegoś dowódcy punktu granicznego, powiedział, kim jest, że ma majątek, chce kupić benzynę, że ma samochód z szoferem i chce jechać do Lwowa po dzieci. Sowieci go przesłuchali, po czym zostawili na zewnątrz komendy i kazali czekać. Odtąd zaczęły się niekończące, trwające kilka dni przesłuchania, ciągle z tym samym zestawem pytań: kim jest, po co jedzie, do kogo itp. Noc spędzał w aucie, po czym od rana przychodzili kolejni Rosjanie, a to zwykli żołnierze, a to jacyś komisarze, czasem ci sami, czasem inni i wciąż pytali o to samo. On za każdym razem cierpliwie odpowiadał zgodnie z prawdą. Podejrzliwym Rosjanom się w głowie nie mieściło (zresztą nikomu by się nie pomieściło!), że ziemianin sam, z własnej woli, może chcieć jechać do ZSRR. Sami nie wiedzieli, co zrobić w tak nietypowej sytuacji, zwłaszcza, że w Armii Czerwonej ryzykownie było podejmować samodzielnie jakiekolwiek decyzje, zwlekali więc jak mogli. Nagle jednego z oficerów olśniło i podszedł do p.Bylickiego mówiąc: „Chcecie przywieźć tu dzieci, tak? To jak my je tu przywieziemy ze Lwowa, to będziecie zadowoleni i odjedziecie stąd, tak?”. Pan Stanisław odpowiedział, że tylko o to mu chodzi. Wtedy Sowieci zaproponowali, żeby dał im swoje auto, to przywiozą całą czwórkę.

żyznów samochód2Każdy by się w tej chwili zastanawiał, że w tej sytuacji nie zobaczy już ani dzieci ani auta, ale nie Staszek Bylicki. Bez namysłu przekazał im samochód, a kilku żołnierzy wsiadło wcześnie rano do środka i pojechali. Jeszcze tego samego dnia wrócili ze wszystkimi dziećmi! Potem młodzi Byliccy opowiadali nam, że po południu wpadli im nagle do mieszkania krasnoarmiejcy i zaczęli gwałtownie ich pospieszać: „Zbierać się! Bystro, bystro! Wasz tata czeka na granicy!” Byliccy wietrzyli podstęp, ale o żadnej dyskusji nie było mowy, więc chcąc nie chcąc wsiedli i pojechali. A na granicy Rosjanie ich po prostu przekazali ojcu i kazali czym prędzej odjeżdżać. Przyjechali do Żyznowa i zaraz potem prosto do nas do Babicy.

Gdy potem opowiadali komuś tę historię, wydawała się tak nieprawdopodobna, że mało kto im wierzył. Nawet my pewnie uważalibyśmy, że p.Stanisław koloryzuje, gdyby nie to, że faktycznie przywiózł dzieci z ZSRR!   Ciekawe co by teraz powiedział na wyczyny Putina na Ukrainie!

Powojenne moje losy – Kłodzko

Czas mija nieubłaganie, wracam więc do pisania zgodzie z obietnicą. Jednemu z przyjaciół dawno temu obiecałam, że napiszę słowo o Kłodzku, mieście, w którym na pewien czas zamieszkałam z ojcem, mężem i bratem, niebawem po wojnie. Tam też przyszli na świat moi synowie. Jest to bardzo ładne miasteczko, malowniczo położone na brzegu Nysy Kłodzkiej, u stóp obronnego zamku, a późniejszej twierdzy. Zabudowa przez to jest tarasowa i powoduje, że na terenie miasteczka występują znaczne różnice wysokości, wynoszące kilkadziesiąt metrów! Niektóre uliczki pną się stromo (z trudem pchałam po nich wózek z dzieckiem), a niekiedy trzeba wspinać się po schodach, żeby dostać się do niektórych części rynku. Pamiętam wielki, spadzisty jak w Sienie plac. Jest dużo skwerów i parków, które oddzielają starówkę od reszty miasta. I ten piękny, kamienny most św. Jana, ozdobiony wielkimi figurami, będący kopią mostu Karola w Pradze, sprawiał, że uważaliśmy Kłodzko za dobre miejsce do zamieszkania. W lecie 1945 r. dotarły do Kłodzka pierwsze transporty repatriantów ze wschodnich kresów Polski, dla których zorganizowano szkolnictwo, instytucje kulturalne.

2008 KłodzkoKłodzko dzisiaj (r. 2008, widok z twierdzy)

Mój ojciec dostał tam propozycję pracy w Państwowych Nieruchomościach Ziemskich, od Bolesława Drobnera, który z ramienia nowych władz zajmował się gospodarzeniem na Ziemiach Odzyskanych. W pobliskich Ząbkowicach Śląskich dostał też pracę mój mąż. Pracował też brat.

2008 Twierdza KłodzkaTwierdza Kłodzka

Życie tam nie było łatwe. Państwo dopiero się rodziło, nic nie funkcjonowało poprawnie, władza była słaba i nieudolna. Przestępczość osiągała gigantyczne rozmiary. Wieczorami nie wychodziło się z domu, ale i tak nie było dnia, aby nie słyszało się o rabunkach, gwałtach a nawet zabójstwach w bliskiej okolicy. Szczególnie ludność miejscowa, która jeszcze nie wyjechała do Niemiec, była narażona na liczne napady i kradzieże. Sklepów nie było, komunikacji zbiorowej żadnej. Żywiliśmy się tylko właściwie w stołówkach, gdzie wydawano posiłki na kartki, które otrzymywali zarejestrowani mieszkańcy. Pamiętam okres, w którym do stołówki trzeba było przynosić własną sól, gdyż kuchnie stołówkowe jej nie miały. Nie wyobrażacie sobie, jak smakuje chleb upieczony bez soli! Jest to coś tak wstrętnego, że nie sposób tego przełknąć. Ludzie trochę soli zdobywali oczywiście z przemytu. Po różne towary chodziło się przez granicę do Czech, bo tam było o niebo lepiej z zaopatrzeniem.

Po pewnym czasie zamieszkaliśmy wszyscy w Żelaźnie, gdyż ojciec pragnął powrotu na wieś. Przez te ziemie żołnierze radzieccy gnali bydło w kierunku wschodnim – dla siebie. Były to znaczne liczby, całe stada krów, owiec, kóz. Ojciec, który starał się zabezpieczać opuszczone po wojnie gospodarstwa przed dewastacją i rozkradaniem, wpadł na pomysł, aby pootwierać opustoszałe zagrody, a w nich szopy i stodoły. Tam też część przepędzanych zwierząt trafiła i została w Polsce. Zaraz też znaleźli się ludzie, miejscowi lub napływowi, którzy się osiedlili i gospodarzyli.

2008 Żelazno po latachPo latach w Żelaźnie z prawnukami Gaby i Guciem (rok 2008)

Na ziemiach tych po wojnie pozostali niektórzy Niemcy i Polacy, którzy – jak np. wielu Ślązaków – mówili po niemiecku. Byli przerażeni, ale pracowici. Czekał ich wyjazd do Niemiec. Ojciec ich zatrudniał, traktował po ludzku i chronił przed władzą radziecką, która panoszyła się tam bezkarnie. Nas w końcu też dopadła i jako „wrogowie ludu” mieliśmy poważne kłopoty. Nowej władzy nie chodziło bowiem właściwie o ochronę gospodarstw, (chociaż po to przecież zatrudnili Ojca), tylko o wprowadzenie stopniowej kolektywizacji, czyli tworzenie kołchozów. Ojca spostrzegano więc coraz bardziej, jako szkodnika, wroga, gdyż on przekazywał opuszczone pola i zagrody w ręce pracowitych gospodarzy.

Po pewnym czasie Ojciec poważnie zachorował, więc pojechaliśmy do Krakowa, gdzie można go było leczyć. I tu już zostaliśmy. Życie w mieście wymagało zupełnie nowych umiejętności, które nabyłam, ale uczciwie mówiąc – nie ma to jak wieś!

 

Życzenia wielkanocne

Okazuje się, że właśnie minął miesiąc od ostatniego wpisu na blogu. Zaprzyjaźnieni czytelnicy zaczęłi się niepokoić czy wszystko w porządku ze mną. Chcę rozwiać te obawy: może nie wszystko, ale w sumie w porządku! Dużo miałam różnych zajęć, a robienie czegokolwiek przychodzi mi z coraz większym trudem. Dlaczego? Pewien lekarz mówi, że odpowiedzialny za to jest pesel, w który wpisaną mamy datę urodzenia.

BARAN2

Dziękuję wszystkim za dobre życzenia świąteczne. I nawzajem życzę wesołych świąt w otoczeniu miłych osób. I lepszej pogody, która pozwoli Wam na piękne spacery, a mnie wyjść chociaż na taras i popatrzeć na kwiaty, które synowa wciąż sadzi. A także zagonić moich pisarczyków do roboty czyli zapisania moich wspomnień i myśli na blogu! A teraz popatrzcie na życzenia, które dostałam od  przyjaciela, a którymi warto obdarzyć wszystkich!

kura z jajami

Kwas azotowy, czyli jak się tłumaczyć

Mój wnuk, nasz rodzinny historyk, wciąż drąży okupacyjne wspomnienia. Przypomniała mi się druga moja akcja dla AK, a mianowicie zdobycie  kwasu, potrzebnego najpewniej do jakiejś dywersji.

Otóż pewnego dnia zgłosili się do mnie znajomi z Podziemia, że pilnie potrzebują kilku litrów kwasu azotowego i kilku litrów kwasu siarkowego. Zapewnili mnie przy tym, że można je kupić o w sklepie u Shaiter’a w Rzeszowie. Już przed wojną był to duży sklep z artykułami dla rolników, który z czasem rozrósł się w trzypiętrowy dom towarowy. Kupowało się tam  wszystko, od podkowy, przez nawozy, aż po części do maszyn rolniczych. Jak wszyscy ziemianie, bywaliśmy tam często, więc moja obecność nikogo nie dziwiła. Na to właśnie liczyło Podziemie.

Gdy pytałam Akowców po co im te kwasy, okazało się, że sami nie wiedzą. Problem w tym, że zakup tak dużej ilości takich substancji mógł jednak wzbudzić czyjeś podejrzenia. Z kwasem siarkowym było jeszcze pół biedy, bo w gospodarce używało się go do badania próbek tłuszczu w mleku. Co prawda na nasze potrzeby wystarczały śladowe ilości, ale zawsze jakoś można by się wyłgać. Duży problem stanowił jednak kwas azotowy – gdy próbowałam podpytać znajomych do czego się go stosuje, nikt nie wiedział. Jak więc wytłumaczyć w sklepie chęć jego kupienia? Pojechałam  umówionego dnia do Rzeszowa licząc, że może nikt nie spyta, albo że wymyślę coś na miejscu.

Często tak w życiu działałam (i bardzo wszystkim polecam!), że tłumaczenie się z czegoś zostawiałam na przysłowiową ostatnią chwilę. Człowiek przyciśnięty do muru chyba się jakoś mobilizuje, bo zawsze znajdowałam odpowiednie słowa. Gdy na przykład wracałam zbyt późno do domu, nie wymyślałam wcześniej żadnej historii, tylko zdawałam się na impuls. Zdarza się, że już pytający odpowiada sobie sam, wystarczy tylko potwierdzić: „Co – znowu się pewnie zasiedziałaś u tej Krysi, tak?”. Wtedy wystarczy tylko potwierdzić.

Są też przecież inne sposoby – trzeba w momencie otrzymania niewygodnego pytania zarobić jakieś straszne zamieszanie: rozlać mleko, przewrócić coś robiąc wielki hałas, czy samemu się potknąć efektownie upadając. Po chwili nikt już nie będzie pamiętał, że to pytanie w ogóle padło.

Wchodząc więc do sklepu Sheiter’a nie miałam w głowie żadnego sensownego wytłumaczenia. Przywitałam się, podałam sprzedawcy listę zakupów i zaczęłam się rozglądać po leżących towarach. Subiekt to zapisał i poszedł realizować zamówienie. Myślałam, że mam spokój, gdy nagle, będąc już kilka metrów ode mnie, odwrócił się i zapytał: „A kwas azotowy to Pani do czego?”. To była tak rzadko kupowana substancja, że pewnie sam był ciekaw, ale odpowiedzieć trzeba… I nagle, jak zawsze, olśniło mnie!

Przypomniałam sobie, że kilka dni temu córki Shaiter’a, właściciela sklepu, spędzały wakacje w Babicy i chciały zagrać w tenisa na naszym korcie. Powiedziałam więc: „A wie Pan, nasz kort strasznie zarósł różnymi mchami i nie możemy tego nijak zwalczyć. Próbowaliśmy wszystkiego i nic nie pomagało. Na takie zielsko może pomóc tylko kwas azotowy. A przecież córki Pańskiego szefa za kilka dni chcą u nas zagrać ponownie.”

Oczywiście sprzedawca nie znał się na pielęgnacji kortu (bo niby skąd!), ale podziałało chyba nazwisko Sheiter’a, bo odpowiedział „a tak, oczywiście!”. I poszedł do magazynu. Ja zresztą nie musiałam wieźć tego kwasu, bo umówieni już wcześniej Akowcy odebrali go własnym transportem ze sklepu.

A mnie do dziś została w głowie zagadka: po co im był ten kwas? Gdy coś więcej poczytałam, okazało się, że kwas azotowy jest bardzo silny, niszczy nawet metal powodując jego korozję. Potem się pokątnie dowiedziałam, że być może był potrzebny Podziemiu do jakiejś dywersji w zakładach lotniczych – prawdopodobnie wystarczyło wpuścić parę kropel w niewidoczne miejsce silnika, by z czasem uległ on awarii.

Film z wernisażu

Drodzy czytelnicy, podaję link do filmu, który nakręcił na moich urodzinach Franciszek Vetulani. Bardzo dziękuję Frankowi za tę pamiątkę. Nie wiem jak mu się to udało zrobić w ciasnocie jaka tam panowała, ale efekt jest bardzo dobry. Zresztą zobaczcie sami: http://youtu.be/xyTB21fcucg

Wystawa, wystawa i po wystawie..

Kika Szaszkiewiczowa.Obiecałam Wam zdjęcia z mojego urodzinowego wernisażu – dotrzymuję słowa! Autorem, któremu bardzo dziękuję  jest fotograf, Grzegorz Kozakiewicz, który zawsze się znajdzie tam, gdzie się coś dzieje.

Kika Szaszkiewiczowa.A przy okazji raz jeszcze bardzo gorąco dziękuję wszystkim, którzy się do tego przyczynili. Marysi Tomaszewskiej za użyczenie lokalu, który był podziwiany na równi z moimi dziełami. Jurkowi Vetulaniemu za brawurowe poprowadzenie imprezy, a jego wnukowi Frankowi za ofiarne sfilmowanie całości. Mam nadzieję na prezentację filmu w jakiś nieodległy czwartkowy wieczór.

Kika Szaszkiewiczowa.Tamara Kalinowska pięknie zaśpiewała

Piwnicy dziękuję za kapitalny występ. Włodarzom Krakowa za odznaczenie mnie prawdziwym orderem! Czwartkowym przyjaciołom, komisarzom wystawy za jej aranżancję. Niewidzialnej ręce za użyczenie sztalug. Wszystkim gościom za to, że tak licznie dopisali. Dzieciom, że to wytrzymały i dobrze się bawiły. Mam nadzieję, że dorośli też.. Podobno pan Barman był bardzo miły i profesjonalny, a to najważniejsza funkcja w takiej sytuacji!

Kika Szaszkiewiczowa.Tadzio Kwinta ubawił wszystkich do łez i rozruszał towarzystwo – stara dobra szkoła kabaretu!

Z kolei do domu, z okazji moich urodzin napłynęły liczne kartki z życzeniami, przemiłe listy, kwiaty, a telefon dosłownie się urywał. Od Prezydenta Rzeszowa dostałam piękne życzenia.

Życzenia Prezydenta Rzeszowa

Wydawnictwo Literackie przysłało mi kosz wiosennych kwiatów oraz życzenia w formie wiersza (w końcu to literaci!), który zamieszczam poniżej.

Życzenia WLDostałam masę słodkich i pachnących prezentów oraz trochę dobrych książek. A także, od kochanych przyjaciół, oryginalnego anioła w fioletowej sukience, z dostawą do domu. I jeszcze piękny czajnik do parzenia herbaty, mojego ulubionego napoju (ze świetną herbatą w załączeniu) i śliczny dzwonek do wzywania kogoś z rodziny, gdy czegoś potrzebuję.

Z MurzynamiEgzotyczni goście

Ze Stavanger przyleciał mój wielbiciel Ryszard Kalinowski, z którego rodziną jestem zaprzyjaźniona od czasu, gdy na fali emigracji solidarnościowej osiedli w Norwegii. Przywiózł mi życzenia, opowiedział o nowinkach, o swojej teraźniejszej tam działalności. Pożartowaliśmy jak za dawnych czasów. Poczułam się jakby mi ubyło lat. Podobnie, gdy śpiewał dla mnie Jacek Wójcicki . Jeszcze raz dziękuję za wspaniałą zabawę!

Kika Szaszkiewiczowa.