Podróże za ocean – wiadomo Ameryka!

Na wyjazd do Ameryki namówił mnie przyjaciel Zdziś Krupiński, więc poleciałam tam do niego w w odwiedziny, nie zaś do pracy, jak wszyscy Polacy. Zastanawiam się, czy mnie tam coś bardzo zaskoczyło, ale chyba nie, bo przecież wiedziałam dużo o Stanach, oglądałam filmy, zdjęcia. Jednak na miejscu, w Nowym Jorku wszystko wydawało mi się dużo większe niż się spodziewałam: domy, ulice, auta, a nawet porcje jedzenia na wielkich talerzach. I oczywiście ludzie – masę tam było grubasów, czułam się wśród nich – a przecież też byłam gruba – całkiem szczupło.

Wyruszyłam poznawać miasto, które rzeczywiście robi wrażenie, a także kolejne wielkie muzea, o których wiele słyszałam. I tak obejrzałam Metropolitan Museum of Art z wielką kolekcją malarstwa, usytuowane niedaleko Central Parku, koło którego mieszkałam. Jest tam wielki dział poświęcony historii sztuki światowej. Z kolei Muzeum Guggenheima ze zbiorami sztuki współczesnej, zrobiło na mnie wielkie wrażenie wspaniałością architektury. Wiedziałam, że w tym czasie w jednym z muzeów w Nowym Yorku, prowadzonym przez Holendrów jest wystawa dzieł przywiezionych z petersburskiego Ermitażu. Gdy tam pobiegłam oczom moim ukazał się dziwny widok w Ameryce, a mianowicie niezwykle długa kolejka przed galerią sztuki! U nas to był widok zwyczajny, z tym, że przed sklepami, ale tu?! Stały w niej głównie postacie przypominające te, które widywałam w Polsce przed wojną, a mianowicie Żydzi (zapewne też z Rosji), których było sporo w Nowym Jorku, a którzy zlecieli się oglądać znane im malarstwo. Wielu było w jarmułkach, z pejsami, a nawet ubranych w charakterystyczne stroje chasydów. Stanęłam w kolejce, w której wrzało jak w ulu, a następnie, wewnątrz, przesuwałam się wraz z nią przed wspaniałymi dziełami sztuki malarskiej.

Nasłuchałam się wcześniej o tym, jak niebezpiecznie jest w Ameryce, trochę to bagatelizowałam, trochę starałam się uważać na siebie. Do czasu. Pewnego dnia wracając przez Central Park do domu, ujrzałam naprzeciwko dużą grupę dziewcząt, w większości czarnoskórych, bardzo rosłych, które szły głośno gadając, śmiejąc się do siebie, zabawiając wesoło. Wyglądały jak grupa szkolna, były dobrze ubrane. Gdy się zbliżyły, zaczęły do mnie rzucać jakimiś ogryzkami, grudkami ziemi. Co śmielsze podeszły i zaczęły mnie potrącać, popychać, ciągnąc za moje poncho zaśmiewając się głośno. Wyprostowałam się wtedy i swoją słabą angielszczyzną wygłosiłam mowę w tym stylu, że „jestem z Europy, która bardzo lubi Amerykę, a widzę, że dziewczęta amerykańskie nie są grzeczne dla damy z Europy”. I wtedy one uspokoiły się nagle i odeszły. Wiedziałam wcześniej, że tam są takie zasady, że nie wolno dotykać drugiego, bo wtedy on po ostrzeżeniu „don’t touch me” może cię walnąć, lub nawet strzelić. Ja wybrałam wariant uprzejmy – perswazję. W końcu pochodzę ze Starego Kontynentu.

Drugi mój wyjazd do USA był odwiedzinami przyjaciółki, która z Polski przyjechała do Chicago do syna i jakiś czas tam została, aby go wspierać, gdyż zaczął tam studia. Równocześnie udało się zorganizować moją wystawę, co nie było łatwe, bo w zasadzie nikogo tam nie znałam, a ponadto taka akcja trochę kosztuje. Upatrzyłam sobie lokal sporych rozmiarów, w którym wcześniej byłyśmy na koncercie Pietrzaka „Żeby Polska była Polską”. W tym lokalu odbywały się też większe imprezy rodzinne. Ludziom nie przeszkadzało, że na ścianach zawisły moje obrazy, wręcz przeciwnie – byli zachwyceni. Na otwarcie wystawy przyszło prawie tyle samo Polonii, co na Pietrzaka i jeszcze trochę Amerykanów. Sukces był ogromny, a dla mnie najważniejsze było to, że nie musiałam płacić za lokal (wymieniona na wstępie przez właściciela kwota była dla mnie nieosiągalna, ale metodą Scarlett O’Hara zostawiłam to „na jutro”). Właściciel nie chciał pieniędzy, gdyż moje obrazy przyciągały klientelę, więc zwiększyło to obroty w części restauracyjnej lokalu. Miałam propozycję zrobienia obrazu na zamówienie, takiej wielkości, aby zasłonił plamę czy dziurę w tapecie. Nie skorzystałam z tej ani innych, nie lubię się pozbywać moich prac.

 Kika w Chicago

Wpisy do księgi z mojej wystawy; na zdjęciach Zbigniew K. Rogowski i ja w kominiarce

W Ameryce przyglądałam się życiu wielu osób i doszłam do wniosku, że jest ono bardzo trudne. Dominuje je praca, która z przerwą zajmuje cały dzień i w której musisz być w pełnej formie. Nikt nie ryzykuje chorowania, bo straci tę pracę, a zresztą leczenie jest niebywale kosztowne. Cały czas trzeba być w fantastycznym nastroju i wznosić radosne okrzyki z każdej okazji i na widok każdej osoby. Po tym pobycie ukułam maksymę, że „praca hańbi”, mając rzecz jasna na myśli taką pracę. Naprawdę uważam inaczej, że żadna praca nie hańbi – tego nauczono mnie w domu, a potem jeszcze bardziej w Norwegii, gdzie jest wielki szacunek do ludzkiej pracy i do człowieka w ogóle. Ale w tej Ameryce coś się we mnie buntowało, gdy patrzyłam na przykład na rodzinę zaprzyjaźnionych lekarzy, nieprzytomnie zaharowanych i bardzo z tego zadowolonych. Oczywiście ludzie jakoś sobie z tym radzą, ale dla mnie skończył się mit Ameryki, kraju, który miał dawać szansę na wolność, a doprowadza człowieka do zniewolenia.

3 myśli nt. „Podróże za ocean – wiadomo Ameryka!

  1. Grazyna1

    Świetnie sie czyta Pani opowiadania. Z opinia o Ameryce troche sie zgadzam. Życzę zdrowia i serdecznie pozdrawiam

    Odpowiedz
  2. Laura

    Bardzo ciekawe spostrzeżenia. Większość moich znajomych (przed wyjazdem zwykle zapatrzonych w ten kraj) wróciła z całkiem innym nastawieniem, niemal z rozczarowaniem.

    Odpowiedz
    1. Krzysztof F.

      Droga Kiko, raz jeszcze.

      Jest noc, ale to zgoła dobrze, gdyż chcę w odpowiedzi wystukać kilka uwag między innymi o Nowym Jorku, a przecież jest to miasto which never sleeps. W przyszłym tygodniu minie dokładnie 35 lat od chwili, gdy po raz pierwszy poleciałem do Ameryki i wylądowałem na lotnisku Kennedy’ego, a potem regularnie, wielokrotnie. Od razu też podkreślę coś podstawowego: zawsze w tamtym kraju czułem się dobrze i mam do tamtej rzeczywistości zdecydowanie pozytywny stosunek. Oczywiście może wynikać to z faktu, że te swoje amerykańskie lata przeżyłem właściwie bez wyjątku stosunkowo wygodnie i w poczuciu bezpieczeństwa osobistego losu. Stypendium, czy inny kontrakt uniwersytecki, zapewnione fundusze itd… Jednak chyba nie tylko o to chodzi. Po prostu, jest tam coś może nawet nieuchwytnego, co mi po prostu odpowiada. We Włoszech, które zachwycają, jestem chwilowym przybyszem, turystą, tam w USA niemalże u siebie (oczywiście w subiektywnym sensie tego słowa).

      A teraz ten zapowiadany Nowy Jork. Mam nadzieję napisać coś bez popadania w ton infantylny, a ograniczę się tylko do jednego aspektu. Tak, Manhattan (pozostańmy tylko przy nim) robi wrażenie czegoś bardzo „dużego” – w różnych okolicznościach i wymiarach. Dobrze to uchwyciłaś. Chociażby Grand Central – trudno zareagować obojętnością. Ta wielkość może przytłaczać i i sprawiać wrażenie „odhumanizowanej”. Ale, jest też swoisty kontrapunkt, coś nieoczekiwanie przeciwstawnego: „małe” nisze, w których jest się niemalże w przytulnej atmosferze, w swoim oswojonym miejscu. Mam w Nowym Jorku kilka takich ulubionych, a jedno z nich jest tam, gdzie przecinają się Broadway oraz Piąta Aleja i gdzie jest plac, coś w rodzaju skweru, dumnie nazwanego parkiem Madisona (park, co ciekawe, jest prywatny). W trójkącie wynikającym z owego przecięcia jest słynny Flatiron, podobno kiedyś, gdy powstał ponad sto lat temu, najwyższy budynek świata (dzisiaj brzmi to nieco jak żart, gdy się obróci głowę w dowolnym kierunku). Potrafię siedząc na ławce długo gapić się na ten budynek i wcale się nie dziwię, że owe sto lat temu inspirował najsłynniejszych ówczesnych fotografów ze szkoły Stieglitza. Ale przecież nie tylko ten plac, budynek, lecz również urocze bary, naprawdę fajne lokale. W tej chwili jestem trochę zły na samego siebie, bo nie mogę sobie przypomnieć nazwy mego ulubionego, ale mają w nim naprawdę podziwu godną kolekcję różnych i dziwnych gatunków piwa. Nie jestem przesadnym piwoszem, lecz nie opuszczam tego baru bez wypicia kilku butelek. Ot, taki mój nowojorski punkcik.

      Czy przypadkiem nie napisałem za dużo? Jeśli tak – nie przepraszam! Do następnego, K

      Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *