Powojenne moje losy – Kłodzko

Czas mija nieubłaganie, wracam więc do pisania zgodzie z obietnicą. Jednemu z przyjaciół dawno temu obiecałam, że napiszę słowo o Kłodzku, mieście, w którym na pewien czas zamieszkałam z ojcem, mężem i bratem, niebawem po wojnie. Tam też przyszli na świat moi synowie. Jest to bardzo ładne miasteczko, malowniczo położone na brzegu Nysy Kłodzkiej, u stóp obronnego zamku, a późniejszej twierdzy. Zabudowa przez to jest tarasowa i powoduje, że na terenie miasteczka występują znaczne różnice wysokości, wynoszące kilkadziesiąt metrów! Niektóre uliczki pną się stromo (z trudem pchałam po nich wózek z dzieckiem), a niekiedy trzeba wspinać się po schodach, żeby dostać się do niektórych części rynku. Pamiętam wielki, spadzisty jak w Sienie plac. Jest dużo skwerów i parków, które oddzielają starówkę od reszty miasta. I ten piękny, kamienny most św. Jana, ozdobiony wielkimi figurami, będący kopią mostu Karola w Pradze, sprawiał, że uważaliśmy Kłodzko za dobre miejsce do zamieszkania. W lecie 1945 r. dotarły do Kłodzka pierwsze transporty repatriantów ze wschodnich kresów Polski, dla których zorganizowano szkolnictwo, instytucje kulturalne.

2008 KłodzkoKłodzko dzisiaj (r. 2008, widok z twierdzy)

Mój ojciec dostał tam propozycję pracy w Państwowych Nieruchomościach Ziemskich, od Bolesława Drobnera, który z ramienia nowych władz zajmował się gospodarzeniem na Ziemiach Odzyskanych. W pobliskich Ząbkowicach Śląskich dostał też pracę mój mąż. Pracował też brat.

2008 Twierdza KłodzkaTwierdza Kłodzka

Życie tam nie było łatwe. Państwo dopiero się rodziło, nic nie funkcjonowało poprawnie, władza była słaba i nieudolna. Przestępczość osiągała gigantyczne rozmiary. Wieczorami nie wychodziło się z domu, ale i tak nie było dnia, aby nie słyszało się o rabunkach, gwałtach a nawet zabójstwach w bliskiej okolicy. Szczególnie ludność miejscowa, która jeszcze nie wyjechała do Niemiec, była narażona na liczne napady i kradzieże. Sklepów nie było, komunikacji zbiorowej żadnej. Żywiliśmy się tylko właściwie w stołówkach, gdzie wydawano posiłki na kartki, które otrzymywali zarejestrowani mieszkańcy. Pamiętam okres, w którym do stołówki trzeba było przynosić własną sól, gdyż kuchnie stołówkowe jej nie miały. Nie wyobrażacie sobie, jak smakuje chleb upieczony bez soli! Jest to coś tak wstrętnego, że nie sposób tego przełknąć. Ludzie trochę soli zdobywali oczywiście z przemytu. Po różne towary chodziło się przez granicę do Czech, bo tam było o niebo lepiej z zaopatrzeniem.

Po pewnym czasie zamieszkaliśmy wszyscy w Żelaźnie, gdyż ojciec pragnął powrotu na wieś. Przez te ziemie żołnierze radzieccy gnali bydło w kierunku wschodnim – dla siebie. Były to znaczne liczby, całe stada krów, owiec, kóz. Ojciec, który starał się zabezpieczać opuszczone po wojnie gospodarstwa przed dewastacją i rozkradaniem, wpadł na pomysł, aby pootwierać opustoszałe zagrody, a w nich szopy i stodoły. Tam też część przepędzanych zwierząt trafiła i została w Polsce. Zaraz też znaleźli się ludzie, miejscowi lub napływowi, którzy się osiedlili i gospodarzyli.

2008 Żelazno po latachPo latach w Żelaźnie z prawnukami Gaby i Guciem (rok 2008)

Na ziemiach tych po wojnie pozostali niektórzy Niemcy i Polacy, którzy – jak np. wielu Ślązaków – mówili po niemiecku. Byli przerażeni, ale pracowici. Czekał ich wyjazd do Niemiec. Ojciec ich zatrudniał, traktował po ludzku i chronił przed władzą radziecką, która panoszyła się tam bezkarnie. Nas w końcu też dopadła i jako „wrogowie ludu” mieliśmy poważne kłopoty. Nowej władzy nie chodziło bowiem właściwie o ochronę gospodarstw, (chociaż po to przecież zatrudnili Ojca), tylko o wprowadzenie stopniowej kolektywizacji, czyli tworzenie kołchozów. Ojca spostrzegano więc coraz bardziej, jako szkodnika, wroga, gdyż on przekazywał opuszczone pola i zagrody w ręce pracowitych gospodarzy.

Po pewnym czasie Ojciec poważnie zachorował, więc pojechaliśmy do Krakowa, gdzie można go było leczyć. I tu już zostaliśmy. Życie w mieście wymagało zupełnie nowych umiejętności, które nabyłam, ale uczciwie mówiąc – nie ma to jak wieś!

 

Jedna myśl nt. „Powojenne moje losy – Kłodzko

  1. Basia

    Dziękuję za kolejną, ciekawą opowieść 🙂 Zatrzymuje Pani kawałki naszej historii, które niezapisane, zginęłyby bezpowrotnie…a to przecież nasza historia ukształtowała nas takimi, jakimi jesteśmy…Pozdrawiam serdecznie i czekam na następną opowieść.

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *