Przypadki pana Bylickiego

Gdy ma się już prawie setkę lat na karku, liczba osób, z którą się człowiek w życiu zetknął może przyprawić o zawrót głowy. Jednak niektórzy ludzie zostawili jakiś trwalszy ślad w mej pamięci. Należy do nich niewątpliwie pan Stanisław Bylicki, o którym już kiedyś pisałam, a który miał coś, co można nazwać szóstym zmysłem, czy może nadprzyrodzonymi zdolnościami przewidywania niektórych zdarzeń. Dzięki temu potrafił wychodzić cało z niezwykłych opresji. Podczas mijającej majówki odwiedziła nas rodzina pana Stanisława, przywożąc prawdziwe skarby – film z wesela Kasi Bylickiej z 1940 roku, na którym jestem odmłodzona o przeszło 70 lat! Przeglądam w komputerze stare zdjęcia z tamtych lat, zostawione dla nas przez Nika Bylickiego i Jego żonę Irenkę i wspominam, wspominam.. Przypomniała mi się kapitalna historia właściciela Żyznowa, który na tych zdjęciach stanowi piękne tło dla uroczej, zgranej rodziny Bylickich i ich krewnych i przyjaciół.

ŻyznówŻyznów od strony zajazdu

Kiedy 1-ego września 1939 roku Niemcy najechali Polskę, wielu rodaków uciekało na wschód. Wojna już wcześniej wisiała w powietrzu, więc atakiem ze strony Wermachtu nie byliśmy jakoś szczególnie zaskoczeni. Jednak nagle zdarzyło się coś, czego nikt nie był w stanie przewidzieć: 17-ego września ruszyli na nas także Sowieci. Państwo Byliccy mieli majątek Żyznów na Rzeszowszczyźnie, niedaleko naszej Babicy, ale posiadali też mieszkanie we Lwowie. Wtedy wielu ziemian miało jakieś drugie lokum w większym mieście, zwykle Lwowie lub Krakowie, bo do obu tych miast często się jeździło – a to załatwiać sprawy urzędowe, a to w interesach, a to w odwiedziny do znajomych, czy na różne bale. Po ataku ze strony Rosjan zapanowała konsternacja i gdy nasza klęska już była jasna, wszyscy się głowili, do której strefy lepiej trafić: okupowanej przez Niemców czy przez Rosjan? Żydzi przeważnie uciekali na wschód, ziemianie jednak woleli zostać w swoich majątkach, licząc (jak się później okazało – raczej słusznie), że słynący z gospodarności Niemcy, nie będą chcieli zrobić krzywdy producentom płodów rolnych.

Wtedy nikt z nas nie wiedział, czego się tak naprawdę spodziewać ani po jednych ani po drugich. Zwłaszcza Rosjanie stanowili zagadkę, bo choć co nieco wiedziano o ich nieludzkiej polityce wobec „obszarników” i „kułaków” na terenie ZSRR, to naiwnie liczyliśmy, że na terenie podbitej Polski nie pozwolą sobie aż na tyle. Ale co to wszystko ma do pana Bylickiego?

Żyznów Bylicki w powozieŻyznów Bylicki w powozie2Otóż w trakcie klęski wrześniowej rodzina Bylickich się podzieliła: ich dorosłe już dzieci Wojtek, Kasia, Andrzej i Magdzia pojechały do Lwowa, a rodzice zostali w swoim majątku w Żyznowie. Wtedy jednak jak grom z jasnego nieba spadł na nas atak radziecki i okazało się, że zostali rozdzieleni nową granicą. Przebiegała ona w okolicach Przemyśla i okazała się bardzo trudna do sforsowania. Pan Bylicki nagle postanowił pojechać swoim samochodem do Lwowa i przywieźć dzieci do Żyznowa. Odwodziliśmy go od tego wszyscy: „Dla Sowietów jesteś obszarnikiem, zaraz Cię zastrzelą”, „Życie Ci niemiłe – samemu się pchać w ich łapy?!”.

Jednak pan Bylicki miał – jak już wcześniej wspominałam – pewną niezwykłą zdolność. Po pierwsze posiadał wielki dar przekonywania i wzbudzania zaufania. Mógł pleść przysłowiowe androny (i lubił to robić), a Ci co go nie znali, wierzyli w to święcie. Po prostu się wydawało, że skoro on tak powiedział, to tak właśnie musi być. Po drugie: nachodził go czasem taki dziwny stan, że umiał jakby przepowiadać przyszłość; wiedział co nastąpi i co w związku z tym należy zrobić. Dzięki temu przez dwadzieścia lat udało mu się utrzymać Żyznów, mimo że rodzina miała ogromne kłopoty finansowe. Ich majątek wielokrotnie powinien zostać zlicytowany, ale pan Bylicki zawsze jakoś wychodził z tego obronną ręką. Mój ojciec wiele razy mówił: „No, tym razem jednak mu się nie uda, na pewno stracą Żyznów”, po czym się okazywało, że dzięki zdolnościom pana Stanisława jakoś się wykręcali.

Kiedy więc we po klęsce wrześniowej ustaliła się granica, licznie obsadzona wojskiem i pogranicznikami, pan Bylicki, niepokojąc się o losy dzieci postanowił pojechać do Lwowa. Nie miał o nich do tej pory żadnych informacji, ale naszło go jedno z tych przywidzeń, że to właśnie dziś ma się zebrać i pojechać. My byliśmy pewni, że w najlepszym razie mu się nie uda, a w najgorszym nie wróci żywy, on się jednak na nikogo nie oglądał, wsiadł w auto i pojechał. Dotarł na punkt graniczny niedaleko Przemyśla i okazało się, że Niemcy żadnych trudności nie robią, nawet nie bardzo pilnując granicy. Trzeba więc było dogadywać się z Rosjanami.

Pan Stanisław zgłosił się do jakiegoś dowódcy punktu granicznego, powiedział, kim jest, że ma majątek, chce kupić benzynę, że ma samochód z szoferem i chce jechać do Lwowa po dzieci. Sowieci go przesłuchali, po czym zostawili na zewnątrz komendy i kazali czekać. Odtąd zaczęły się niekończące, trwające kilka dni przesłuchania, ciągle z tym samym zestawem pytań: kim jest, po co jedzie, do kogo itp. Noc spędzał w aucie, po czym od rana przychodzili kolejni Rosjanie, a to zwykli żołnierze, a to jacyś komisarze, czasem ci sami, czasem inni i wciąż pytali o to samo. On za każdym razem cierpliwie odpowiadał zgodnie z prawdą. Podejrzliwym Rosjanom się w głowie nie mieściło (zresztą nikomu by się nie pomieściło!), że ziemianin sam, z własnej woli, może chcieć jechać do ZSRR. Sami nie wiedzieli, co zrobić w tak nietypowej sytuacji, zwłaszcza, że w Armii Czerwonej ryzykownie było podejmować samodzielnie jakiekolwiek decyzje, zwlekali więc jak mogli. Nagle jednego z oficerów olśniło i podszedł do p.Bylickiego mówiąc: „Chcecie przywieźć tu dzieci, tak? To jak my je tu przywieziemy ze Lwowa, to będziecie zadowoleni i odjedziecie stąd, tak?”. Pan Stanisław odpowiedział, że tylko o to mu chodzi. Wtedy Sowieci zaproponowali, żeby dał im swoje auto, to przywiozą całą czwórkę.

żyznów samochód2Każdy by się w tej chwili zastanawiał, że w tej sytuacji nie zobaczy już ani dzieci ani auta, ale nie Staszek Bylicki. Bez namysłu przekazał im samochód, a kilku żołnierzy wsiadło wcześnie rano do środka i pojechali. Jeszcze tego samego dnia wrócili ze wszystkimi dziećmi! Potem młodzi Byliccy opowiadali nam, że po południu wpadli im nagle do mieszkania krasnoarmiejcy i zaczęli gwałtownie ich pospieszać: „Zbierać się! Bystro, bystro! Wasz tata czeka na granicy!” Byliccy wietrzyli podstęp, ale o żadnej dyskusji nie było mowy, więc chcąc nie chcąc wsiedli i pojechali. A na granicy Rosjanie ich po prostu przekazali ojcu i kazali czym prędzej odjeżdżać. Przyjechali do Żyznowa i zaraz potem prosto do nas do Babicy.

Gdy potem opowiadali komuś tę historię, wydawała się tak nieprawdopodobna, że mało kto im wierzył. Nawet my pewnie uważalibyśmy, że p.Stanisław koloryzuje, gdyby nie to, że faktycznie przywiózł dzieci z ZSRR!   Ciekawe co by teraz powiedział na wyczyny Putina na Ukrainie!

2 myśli nt. „Przypadki pana Bylickiego

  1. Ola z miasta Łodzi pochodzi

    Czytam od jakiegos czasu tego bloga.
    Ten wpis mnie zaciekawil, bo wojne w moim pokoleniu kojarzy sie jako dzialania wojskowe albo Holokaust.
    A przeciez to takze niezwykly czas dla ludzi wtedy zyjacych – zwyklych ludzi zamieszanych w zawieruche dziejowa.
    Interesujacy dokument o tamtych czasach.
    Prosze o wiecej.

    Ola

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *