Sublokatorzy

Kiedy mieszkałam z rodzicami i rodzeństwem w Babicy, zawsze jakaś zbłąkana duszyczka znalazła u nas miejsce. Czasem pomieszkiwało nawet wiele osób – a to na wakacje, a to na praktyki rolnicze, a to tak, by być blisko przyjaciół. Oczywiście dwór był wielki, kilkadziesiąt pokoi, więc parę osób w tę czy w tę nie robiło różnicy.

Chyba właśnie odtąd polubiłam mieszkanie wśród ludzi. Właściwie zawsze miałam kogoś w pobliżu. Kiedyś nawet sama zostałam dokwaterowana – po wojnie w Krakowie robiono przymusowe „zagęszczanie” mieszkań i na właścicieli padł blady strach, że jak sami kogoś nie przyjmą pod swój dach, to dokwaterują im zupełnie obcych ludzi niewiadomego autoramentu. Dzięki temu trafiłam do mieszkania państwa Rościszewskich przy ulicy Urzędniczej w Krakowie. Chyba do końca życia nie mogli sobie wybaczyć tego błędu – przecież moje maleńkie mieszkanie tętniło życiem towarzyskim zakłócając spokój statecznym krakowskich mieszczan. Pomieszkiwało w nim kolejno kilka osób, o których kiedyś napiszę.

Poźniej, mieszkając w Norwegii kupiłam (na kredyt oczywiście!) małą kamieniczkę w Stavanger, w urokliwej starówce, przy ulicy Vålandsgate, gdzie wciąż podziwiać można charakterystyczne, śliczne, białe domki drewniane, pamiątki dawnych czasów rybackich. Utkwili mi w pamięci lokatorzy mojej kamienicy. Sami z Jaszą żyliśmy skromnie w małym mieszkanku, a pozostałe mieszkania wynajmowaliśmy, ratując w ten sposób nasz dziurawy budżet. Często ludzie wynajmują komuś mieszkania trzymając lokatorów na dystans. Ale to nie my! Prawie każdy, kto tylko był życzliwie do życia nastawiony, zaraz stawał się naszym przyjacielem, a nawet niemal członkiem rodziny.

Gamle Stavanger

Najbardziej poszukiwały wtedy mieszkań właśnie rozwijające się przedsiębiorstwa naftowe, dla swoich pracowników – zarówno pojedynczych ludzi, jak i całych rodzin. Z czasem pobudowały one całe osiedla, ale na początku musiały wynajmować. Płacili bardzo dobrze. Ryzykowny był tylko ograniczony czas pobytu, ale zapotrzebowanie było tak duże, że zwalniane miejsce od razu zajmował ktoś inny. Przez nasz dom przewinęło się naprawdę mnóstwo osób, z wieloma z nich byliśmy w ogromnej przyjaźni.

Pamiętam pewnego Filipińczyka o imieniu Nestor, na którego żartobliwie mówiliśmy „Ludożerca”. Jasza poznał go, kiedy pracował na statku. Filipińczycy i inne azjatyckie narody, nie zajmowali się robotą naftową; pomagali bardziej w codziennych pracach np. w zmianie pościeli i dbaniu o czystość. Z ludożercą Jasza bardzo się przyjaźnił, a ponieważ miał on kłopoty ze znalezieniem mieszkania, zaproponował mu wynajem strychu za niewielkie pieniądze. Były tam podstawowe warunki mieszkaniowe, ale korzystał z naszej łazienki. Szalenie go polubiliśmy, okazał się bardzo pomocnym i poczciwym człowiekiem. Był z zupełnie innej kultury, np. nie jadał przy stole jak my, tylko kucał gdzieś osobno i jadł palcami. Początkowo nie chciał się do nas całkiem przyłączyć, dlatego trochę się izolował, uważał ze jego styl bycia może być dla nas rażący, ale nam zupełnie to nie przeszkadzało. Po pewnym czasie okazało się, że był on swoistego rodzaju guru dla innych Filipińczyków, bez przerwy się z kimś spotykał i naradzał, w sprawach różnych wyjazdów i organizowaniu żywności. Jego dwa małe pokoiki stały się Filipińskim Centrum. Bardzo miło go wspominam.

Nestor                           Łowca z Maćkiem

        Nestor                                                          Łowca

Inną ciekawą osobą był tzw. „Łowca”. Kiedyś zgłosiło się do nas parę osób w sprawie wynajmu, m.in. pewien Norweg, który proponował mniej pieniędzy niż reszta, ale pozwoliliśmy mu mieszkać, ponieważ był z północnej Norwegii, a wiedzieliśmy, że nikt inny mu nie wynajmie mieszkania. Niby niewielka różnica, ale panowała tam jakaś awersja i nieufność wobec siebie – to tak jakby Kaszub miał wynająć mieszkanie Góralowi. Jasza miał w Stavanger kolegów pochodzących z północy, którzy bardzo to ukrywali, ale dało się ich poznać po kilku pierwszych wypowiadanych słowach, bo akcent był bardzo wyraźny. Okazało się, że nasz lokator uwielbiał polować, miał mnóstwo eksponatów, wypchane zwierzęta, nawet ryby. Nazwaliśmy go Łowcą. Był bardzo sympatyczny i imponował moim wnukom.

lowczy Norwegia 2

Wspaniałe trofea i Magdalena

Oczywiście mieliśmy też jakieś gorsze doświadczenia ze swoimi lokatorami. Pamiętam parę dziewczyn, które ponoć pracowały na platformie. Niewygodne było to, że całymi nocami wywoływane były przez chłopców stojących pod oknami, nie wiem czy były lekkich obyczajów, trudno mi to stwierdzić, ale na pewno bardzo rozrywkowe. To cecha wielu norweskich dziewczyn – tam zarówno chłopcy, jak i dziewczyny zachęcane są przez rodziny do zabawy, ale tylko przed ślubem, po ślubie natomiast są bardzo wierni, i przestrzegają zasad. Nikogo nie dziwi na przykład, że 15-letnia dziewczyna przyjmuje na noc chłopca, a mama rano przynosi im śniadanie. Dzieci nieślubne też są bardzo mile widziane. Dziecko to dziecko, nieważne czy był ślub, ono jest najważniejsze. A wracając do lokatorek, to nie chciały płacić rachunków, więc przytrzymaliśmy im rzeczy. Byłam sama, a one przyjechały z policją, która stała po ich stronie, ponieważ my byliśmy obcokrajowcami. W pewnym momencie zamknęli drzwi za sobą i po ich drugiej stronie zobaczyli wielkie zdjęcie, naszej pięknej przyjaciółki w mundurze policyjnym. Od razu zmienili nastawienie, z niegrzecznych na przyjaźnie nastawionych, nie zabrali żadnych rzeczy, uspokoili dziewczyny i odeszli.

Miło wspominam dom na Vålandsgate, z sąsiadami żyliśmy bardzo dobrze, z jedną rodziną mieliśmy wspólnego kota. Mieszkaliśmy tam około 10 lat. Zawsze uważam, że ze wszystkimi da się żyć jak tylko ma się wzajemną dobrą wolę.

9 myśli nt. „Sublokatorzy

  1. Kika

    Ma Pani rację, dobra wola musi być wzajemna i z istoty w kontaktach sąsiedzkich jest taka pt. „jak ty mnie , tak ja tobie”. Dlatego warto ją mieć, aby dobrej wzajemności się doczekać. Tak jest w Krakowie u mojego syna, gdzie mieszkam: kilka rodzin żyje ze sobą w serdecznej, sąsiedzkiej zażyłości. Jest to nie do przecenienia, jak w wielu sytuacjach są sobie pomocni. Sama tego doświadczam, gdyż dzieci i staruszki potrzebują najwięcej pomocy w nieoczekiwanych sytuacjach. W Norwegii, aż tak blisko ludzie nie bywają ze sobą w sąsiedztwie. Ale są mili, serdeczni i nawet pomocni. Właśnie – to już temat „sąsiedzi”, a nie sublokatorzy! A co do kota, to był ten czarny Dzwonnik, o którym pisałam. Jego drugi dom ogrodami stykał się z naszym (ulicą szło się dookoła). To był kot, który się we mnie zakochał i forsował wszelkie przeszkody, żeby do mnie dotrzeć. Nie chcę myśleć, że sprawiała to kaszanka.
    pozdrawiam Panią miło
    Kika

    Odpowiedz
  2. Magdalena P.

    Witam cieplutko-znów ciekawy, zajmujący tekst. Ja też należę do osób bardzo lubiących ludzi i do każdego potrafię dotrzeć. Czuję w Pani pokrewną duszę. Piękna ta kamieniczka norweska i patrząc na nią-taką „cichutką”, „spokojniutką” trudno sobie wyobrazić tę różnorodność lokatorów. Jakież to musiało być barwne i kontrastowe. Norwegia wydaje mi się taka „zrównoważona”. powściągliwa, Pani to barwny motyl.

    Pozdrawiam serdecznie

    Magdalena

    Odpowiedz
    1. Kika

      Pani Magdo, to nie jest dokładnie moja kamieniczka, choć podobna (nie mam dobrego zdjęcia..). Ta jest w ścisłym Gamle (starym) Stavanger. Rzeczywiście nasi lokatorzy i w ogóle mieszkańcy byli b. różnorodni jak na Norwegię. Do nas przyjeżdżało, przychodziło sporo Polaków, bardzo różnych od przeciętnego Norwega.
      Zapraszam Panią do galerii, gdzie są 4 dziś zamieszczone obrazy, które dawno temu powstały właśnie w Norge. Jakoś to zrównoważone i powściągliwe życie w Skandynawii skłania do tego by je ubarwiać.
      pozdrowienia
      Kika

      Odpowiedz
  3. Aga

    Witam Pania, nie samowity blog;), ja wlasnie zabieralm sie za nauke norweskiego, gdy ogladajac dztvn zobaczylam informacje o Pani blogu. Napewno przeczytam go od deski do deski.
    Aktualnie jestem w norge -oslo. Jezeli bedzie mi dane odwiedzic Stavanger, przesle Pani kilka aktualnych zdjec. Zastanawia mnie jak to bylo byc kilkanasie lat temu w Norwegii….czy bylo lepiej niz teraz, czy latwo bylo znalesc prace,jak to wszystko wygladalo?
    Pozdrawiam Serdecznie

    Odpowiedz
    1. kika Autor wpisu

      Stavanger jest bardzo ładnym miastem – niech Pani jedzie i pozdrowi je ode mnie. W jedną z Oslo stronę jechać proszę drogą nad morzem, a drugą koniecznie przez Telemark (góry). Czytała Pani „Krystynę córkę Lawransa”? Jak chodzi o Polonię w Norwegii, gdy ja tam byłam na początku było inaczej niż gdy wyjeżdżałam. Nie wiem czy lepiej – inaczej. Tak jak w życiu – nie ma gorzej/lepiej, jest inaczej. Praca była, jest i będzie, bo mało tam ludzi, a kraj bogaty. O Polonii napiszę niebawem na blogu, żeby Pani coś wiedziała.
      Mange hilsen
      Kika

      Odpowiedz
  4. Monika

    Witam,
    trafiłam tutaj i dopiero zaczynam czytać Pani teksty, od razu jednak trafiłam na jedną rzecz a mianowicie Pani mieszkała na urzędniczej w krakowie u Państwa Rościszewskih, a ja miałam przyjaciółkę Kamilę Rościszewską z ul. Urzędniczej, gdzie często bywałam i znam tą starą kamienice i mieszkanie.
    pozdrawiam serdecznie

    Odpowiedz
    1. kika Autor wpisu

      Miło, że Pani się odezwała. O naszym mieszkanku na Urzędniczej warto napisać – gdyż doprawdy miało charakter! Może zdążę to zrobić chociaż tematów przybywa, a czasu ubywa.. Teraz mieszka w nim Jona Rościszewska, więc całkowicie zmieniło charakter.
      pozdrawiam serdecznie. Niestety, chyba nie znam Pani przyjaciółki, ale to rzadkość bo z reguły wszystkich znam.
      Kika

      Odpowiedz
  5. Aga

    Witam Panią;), dziekuję za odpowiedź, nie czytałam książki: „Krystynę córkę Lawransa”, ale myślę że siegne po nia…widzę że i Panią los posyłał w różne cześci świata….
    Pochodzę z tego samego miasta co Pani- tj Rzeszowa;), na Ukrainę uciekli moi dziadkowie w czasie wojny- ktorych nigdy nie mialam mozliwosci poznac ze wzgledu iz- umarli zanim ja sie urodzilam.
    Pozniej wrocili do Rzeszowa. W Rzeszowie sie urodzilam, mieszkalam, studiowalam, po czym los rzucil mnie do pieknego Krakowa po to tylko zebym znow wrocila do Rzeszowa, a teraz Oslo….
    Zawsze myslałam ze bede mieszkać cale życie w jednym miejscu, gdzie mam rodzinę i znajomych, jak widac los lubi płatac figle….
    Jezeli chodzi o Stavanger to napewno wybierzemy sie tam wybierzemy- tą trasą o ktorej Pani wspomina, czekamy tylko na dlugie letnie dni, kiedy dzien bedzie dluzszy od nocy i trasy beda przejezdne…
    Mange hilsen

    ps. podziwiam ze nauczyla się Pani norweskiego, mi się myli norweski z j. angielskim, pewnie gdybym nie umiala j. ang byloby mi łatwiej nauczyc się norweskiego;) – ot takie moje gdybanie;)

    Odpowiedz
    1. Kika

      Najwyraźniej poruszamy się po tych samych szlakach.. Bardzo mi miło. Co do norweskiego, nie jest to łatwy język. Mnie pomogła znajomość niemieckiego w jego nauce. Ale długo trwało i wymowę mam niezbyt dobrą. Mój młodszy syn, który tam był od 18 roku życia rozpoznaje po wymowie, kto jest z jakiej części Norwegii. Ale tak naprawdę można się dogadać w każdym języku – tylko trzeba chcieć. Pozdrowienia dla krajanki!
      Kika

      Odpowiedz

Pozostaw odpowiedź Monika Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *