„W zdrowym ciele…” – jazda konna

Sport był bardzo ważny w moim życiu. I też wiele mu zawdzięczam. Teraz, gdy do setki brakuje mi raptem niecałych czterech lat, mogę już tylko oglądać zawody w telewizorze, czyli jak ja to mówię „w ogłupiaczu”. Jako miłośniczka koni, najchętniej śledzę różne gonitwy i zawody hippiczne, byle tylko móc popatrzeć na te cudowne stworzenia!

Chętnie oglądam też tenis, lekkoatletykę na Olimpiadach, mecze piłki nożnej oraz snooker, w telewizji rzecz jasna. Ta odmiana bilarda niesłychanie uspokaja i koi nerwy.

Od maleńkości uprawiałam wiele różnych sportów. Przed wojną prawie nie było sportu zawodowego, więc ćwiczyło się amatorsko, ale – jak to w młodości – z wielką pasją. Grałam w tenisa na naszym korcie w Babicy, często pływałam w Wisłoku wpław i kajakiem, jeździłam konno na wszelkie możliwe sposoby, strzelałam na polowaniach, chodziłam z Dworku Cisowego na wycieczki górskie, a zimą jeździłam na nartach. Nawet przez pewien czas w football grałam! Razu pewnego, jeden z praktykantów mojego ojca stworzył z synów okolicznych chłopów drużynę piłkarską, w której chętnie graliśmy także my – dzieci ze dworu. Byłam więc chyba jedną z pierwszych dziewcząt w Polsce kopiących z zapałem futbolówkę.

Największą jednak moją pasją była jazda konna, chyba przez obcowanie z żywym stworzeniem. Z nami – dziećmi Jarochowskich – było niemal tak jak w tym słynnym dowcipie, kiedy to jeden kowboj pyta drugiego: „Jak tam Twój synek? Umie już chodzić?”. Na to drugi kowboj: „Nie, jeszcze nie chodzi, dopiero uczy się jeździć”.

Ja zaczęłam intensywną naukę jazdy w wieku pięciu lat, pod okiem znakomitego nauczyciela, Wiktora Rado. Był to przyjaciel rodziców, oficer kawalerii pochodzenia węgierskiego, który przyjeżdżał do nas co roku, na kilka letnich miesięcy. Zawyrokował, że nie ma co uczyć dziecka jazdy „na pół gwizdka”, tylko trzeba rzucić je od razu na głęboką wodę, zaczynając naukę od tego co najtrudniejsze, czyli jazdy na sposób damski. To bardzo trudna, zupełnie inna technika jazdy, wymagająca specjalnego wierzchowca i specjalnego siodła, jak na zdjęciu poniżej..

siodło damskie

Codziennie rano jeździłam więc na lonży trzymanej przez Wiktora, a kiedy byłam już nieco starsza, po południu szalałam z młodszym rodzeństwem na koniach przykrytych tylko derką. Najpierw jeździliśmy po naszym parku i najbliższej okolicy, by stopniowo wypuszczać się na coraz dalsze wycieczki. Najdłuższą trasę zrobiłam do Nozdrzca za Dynowem – to jakieś 60-70 km w jedną stronę. Innym razem umówiłam się z kuzynem, który miał majątek Miejsce Piastowe za Krosnem, z którym się nawzajem odwiedzaliśmy – oczywiście konno.

Sport jeździectwo

Nasza trójka z wujem Rado na swoich ulubieńcach

Nauczyliśmy się więc jazdy konnej na wszelkie możliwe, nawet akrobatyczne sposoby, co przydawało się np. przy przejazdach przez Wisłok. Wtedy – nie chcąc się zmoczyć – po prostu stawaliśmy na grzbiecie konia i przejeżdżaliśmy w kucki.

W czasach mojej młodości konie były bardzo ważną częścią życia ludzi. Samochodów prawie się nie spotykało, a że drogi były kiepskie, auta miały bardzo ograniczoną możliwość poruszania. Głównym środkiem lokomocji pozostawały więc konie. Ludzie potrafili godzinami rozprawiać na temat tych szlachetnych zwierząt, jak dziś rozmawia się o motoryzacji. Ciągle się konie sprzedawało, kupowało, wymieniało; inne były pod wierzch, inne do powozów czy do pracy w gospodarce. Każdy z nas miał swoje ukochane wierzchowce, urządzano im konkursy piękności i zawody jeździeckie. Zresztą przecież już o tym nie tak dawno pisałam!

Mój brat Kot, świetny jeździec, kiedy miał ok. 16 lat, zbudował porządny ćwiczebny parkur na łąkach niedaleko domu. Było tam – pamiętam – 20 różnych przeszkód. Hulaj dusza – skokom nie było końca! Teraz, z perspektywy czasu myślę, że miałam naprawdę – nomen-omen – końskie zdrowie. Gdy słyszę, że nieraz ciężko zagonić młodzież do sportu, cieszę się bardzo, że właściwie wszystkie moje wnuki i prawnuki są bardzo sprawne i uwielbiają ruch na świeżym powietrzu, a niektóre z nich jak Julka czy Ignacy (linia warszawska) mają niezłe osiągnięcia sportowe. To jest świetne dla nich dlatego, że sport nie tylko podnosi krzepę i ćwiczy wolę walki, ale uczy szlachetnej rywalizacji, współpracy w drużynie, bardzo wielu pożytecznych rzeczy, które są w życiu nieodzowne.

9 myśli nt. „„W zdrowym ciele…” – jazda konna

  1. Myszka

    Koń to rzeczywiście niesamowite stworzenie. Szkoda że w dzisiejszych czasach używamy raczej tych mechanicznych…
    Czy w czasach waszej młodości, były już rowery? Czy Pani, Kiko jeździłś kiedyś na rowerze?
    Moje dzieci uwielbiają jazdę na rowerach, głownie terenowych – nie da się tego porównać do jazdy konnej, ale poczucie szybkości i dominacji nad tą dwukołową maszyną jest troszkę podobne.

    Pozdrowienia!

    Odpowiedz
    1. Kika

      Rower pojawił się u nas na początku wojny, ale nigdy nie stał się moją pasją. Podobnie nigdy nie zrobiłam prawa jazdy na samochód, chociaż bywałam często pilotem na trasie Stavanger – Kraków, gdyż mam bardzo dobrą orientację w przestrzeni. Ale konie wygrywają nawet z jazdą motorem! Żałuję, że mam to za sobą – jak wiele rzeczy. Ale wspomnienia zostają na zawsze, a jak zamkniesz oczy czujesz wiatr na twarzy i galop konia pod Tobą..
      pozdrowienia również dla dzieci!
      Kika

      Odpowiedz
  2. Marek

    Pani Kiko, proszę o więcej wspomnień.
    Zacząłem czytać Pani bloga i teraz gorzko żałuję, że nie rozmawiałem z dziadkami tak dużo jakbym chciał teraz. Teraz już za późno, niestety. Czemu pewne rzeczy rozumiemy dopiero z wiekiem?

    Pozdrawiam i życzę pogody ducha – choć tego to chyba akurat Pani nie brakuje.

    Odpowiedz
    1. Kika

      Drogi Panie, proszę się katować żalem, że Pan czegoś nie dopełnił – było, minęło. Niech to będzie nauczka, żeby samemu nie zaniedbać informowania dzieci i wnuków jak to było w XX wieku w którym zapewne Pan się urodził. A czy rzeczywiście na starość więcej rozumiemy? Nie jestem pewna, głupstwa popełnia się dalej. Tym też niech Pan się nie trapi. Widać jest to człowiekowi potrzebne.
      ukłony i serdeczności
      Kika

      Odpowiedz
  3. Myszka

    Czytając tak pasjonujące wspomnienia, wcale bym się nie zdziwiła gdyby pojawił się artykuł w np „Przekroju”: „lekcje jazdy na rowerze dla 100letnich Babć” – inicjatywa pani Szaszkiewiczowej!

    Odpowiedz
  4. Anulka

    Jazda konna to wspaniały sport, który warto pielęgnować i go trenować. Jest jednak kosztowny, gdyż sprzęt jeździecki taki jak: bryczesy, czapraki, derki, czapsy, ogłowie to nie sa małe koszty. Znacie najniższe ceny tego sprzętu? Gdzie warto go kupić? Artykuł bardzo dobry.

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *