W zdrowym ciele.. – Narty po stromym i po płaskim

Już tylko nieco ponad trzy lata mi brakuje, by śpiewanie „Sto lat, sto lat!” w mojej obecności stało się wielkim nietaktem. W związku z tym, często mnie ludzie pytają, co trzeba zrobić, by długo żyć. Hmmm… Na pewno pomaga pogoda ducha, ale –  przecież wszyscy wiecie gdzie mieszka zdrowy duch! W moim przypadku powiedzenie, że sport to zdrowie, to nie tylko czcza gadanina. Błogosławię dziś moją matkę, że – wbrew ówczesnym zwyczajom – kiedy byliśmy dziećmi nie oddała nas na naukę do jakiejś prestiżowej szkoły z internatem, prowadzonej przez siostry zakonne. Mucha zawsze powtarzała, że zakonnice żałują dzieciom dwóch najtańszych rzeczy: mydła i powietrza.

Narty 2

Rodzice wysłali nas na naukę do Dworku Cisowego, niezwykłej szkoły prowadzonej przez twórczynię polskiego harcerstwa, Olgę Małkowską. Pisałam już o tym szerzej w tekście „Pieniny i pedagogika”. Tutaj chcę opowiedzieć o czymś, co zaszczepiono mnie i mojemu rodzeństwu właśnie w Pieninach – miłości do szusowania po śniegu!

Narty 3Mój brat Konstanty zwany Kotem

Co prawda, już jako małe dzieci jeździliśmy na sankach i próbowaliśmy jazdy na nartach, ale oczywiście tak bardziej dla zabawy. Nasza rodzinna Babica to początek pogórza, więc stoków nie brakuje, a wszystkie dzieciaki kochają śnieg. Jednak prawdziwej jazdy na nartach nauczyliśmy się pod okiem profesjonalnych instruktorów w Dworku Cisowym. Najlepszą z naszych nauczycielek była Żermena (Germaine) – rodowita Szwajcarka, która jeździła jak zawodowa, nomen-omen, alpejka. Wyróżniała się nie tylko umiejętnościami, ale także wielkim wzrostem; myślę że mogła mieć prawie 1,9 m! Nauczyła nas nie tylko prawdziwego narciarstwa zjazdowego, ale także innej umiejętności wyniesionej ze swej ojczyzny: jodłowania. Szalenie nas to bawiło, pękaliśmy ze śmiechu, ale jej to na szczęście nie zrażało. A skoro była w stanie nauczyć nawet taki antytalent muzyczny jak ja, to znaczy, że pedagogiem była świetnym.

Kiedy wracaliśmy na ferie zimowe do Babicy, od razu organizowaliśmy sobie jakiś teren do zjeżdżania. Nieocenionym partnerem do szusowania był nasz kuzyn Adam Uznański. Był jedynakiem, nieprzytomnie kochanym przez swoją matkę, która rozpieszczała go jak tylko mogła – na przykład zimy spędzał w Davos w Szwajcarii, bo mu to rzekomo dobrze na płuca robiło… Trzeba przyznać, że tam jednak czasu nie marnował: zjeżdżał na czym się tylko dało, łącznie z bolidem bobslejowym, który kupiła mu mama w prezencie. W Babicy Adam stawiał przy naszej pomocy tor slalomowy i przekazywał nam tajniki profesjonalnej jazdy. Wtedy jeździło się na nartach bardzo eleganckim stylem Telemark – do dziś wspominam te cudne skręty nazywane Kristiania czy efektowne zatrzymania w miejscu przy pełnej szybkości.

Kochaliśmy też inną odmianę narciarstwa: skiering. Polegało to na tym, że jadąc na nartach, trzymało się w rękach orczyk ciągnięty przez konia. Czasem jeździliśmy też za autem, ale nie było takiej frajdy – samochód jeździ tylko po drogach, a te, były twarde i wyślizgane. Konia prowadziła przeważnie moja siostra Maja, najsłabsza fizycznie z naszej trójki.W skieringu celowaliśmy zwłaszcza w czasie wojny. Podczas pierwszej, wyjątkowo surowej okupacyjnej zimy, przebywał u nas Lutyk Małkowski, syn wspominanej Olgi i Andrzeja Małkowskich. Miał obywatelstwo amerykańskie, ale nie miał jak wrócić do domu, bo w zawierusze wojennej został bez żadnych dokumentów i całą zimę mieszkał u nas. Lutyk wychowywał się w Szwajcarii, więc świetnie jeździł na nartach, nawet uczył nas prawidłowej techniki. Jednak jazdy za koniem wcześniej nie znał i bardzo się do skieringu zapalił.

Narty 1Moje prawnuki na nartach

Zdolności do jazdy na nartach odziedziczył po mnie syn Jasha, który podczas naszego pobytu w Austrii potrafił swoimi umiejętnościami zapewnić sobie szacunek miejscowych, a proszę mi wierzyć – jest to naprawdę trudne. Uważam, że białe szaleństwo jest rozsądną rzeczą!

Jedna myśl nt. „W zdrowym ciele.. – Narty po stromym i po płaskim

  1. Krzysztof

    Witam Pani Kiko.
    Czytam Pani bloga regularnie ale odzywam się pierwszy raz.
    Z zainteresowaniem poczytałem o tych Pani poczynaniach sportowych. Przyznam się, że kojarzyłem Panią raczej jako osobę o pełniejszych kształtach, więc nie jako sportsmenkę.
    Muszę przyznać – zaskoczyła mnie Pani. Co jest chyba zresztą dla Pani typowe.

    A propos Telemarku – czy Pani wie, że ta technika jazdy żyje do dziś i rozgrywane są nawet zawody w kilku konkurencjach związanych z jazdą telemarkiem?

    Pozdrawiam i życzę zdrowia!

    Krzysztof

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *